Kingo, poszłabyś do sklepu po chlebek? rozmazany wzrok czterdziestopięcioletniej kobiety nie mógł już się skupić na drobnym siedmioletnim kształcie dziewczynki, która łapczywie przełknęła ślinę na dźwięk słowa chleb.
Oczywiście, mamusiu
Dziewczynka cierpliwie czekała na pieniądze, za które sprzedawczyni z całodobowego sklepiku pod blokiem ciocia Basia ochając i wzdychając, wydawała Kindze bochenek, a czasem nawet wsunęła w jej głodną dłoń mleczną czekoladkę lub garść kruchych krówek.
O matko, co za los takie maleństwo u tych pijaków rośnie, mówiła za nią Basia, popijając rozpuszczalną kawę.
Kinga, starając się nie wpuszczać do płuc oszałamiającego zapachu chrupiącej skórki, gnała do domu na złamanie karku. Kiedy była grzeczna, mama zawsze odkrawała jej krajeczek, na którym układały się ze dwie, trzy tłuste szproty z puszki, z których złote, słodkie oleje wsiąkały aż do wnętrza bochenka. Dziewczynka jadła wtedy powoli, z namaszczeniem, dokładnie przeżuwając swój skromny przysmak. Sądy po liczbie butelek, rodzice spodziewali się dziś gości, więc innej kolacji już nie będzie. Teraz najważniejsze było niepostrzeżenie wymknąć się z mieszkania i nie rzucać się nikomu w oczy potem można było oberwać. Ostatnim razem tata tak ją zdzielił, że dwa dni bolała głowa, a z nosa ciekła co jakiś czas krew.
Kinga wyszła z klatki. Mimo ciepłej, kwietniowej nocy, na osiedlu było cicho. Ludzi prawie nie było, gdzieś grała skoczna muzyka, a w kieszeni dziewczynki czekały dwie czekoladowe cukierki. Było dobrze. Dziś nie trzeba było marznąć podczas błąkania się po ulicach, a jeśli co, można zajść do cioci Basi napewno poczęstuje kawą ze śmietanką i cukrem. Kinga snuła się, wpatrując się w okna, marząc, by mieć prawdziwą przyjaciółkę. Wtedy byłaby naprawdę szczęśliwa: ktoś do dzielenia się snami, myślami albo milczenia, gdy do domu nie można. Jednak żałosny pisk z zarośli przy śmietniku zatrzymał ją w pół kroku. Ostrożnie zajrzała w stertę starego, śmierdzącego materiału. W przetartej kartonie po butach siedział mały pręgowany kociak i cicho miauczał. Kinga wyciągnęła rękę, a on obwąchał ją zachłannie. Słodki zapach szprotek rozbudził jego apetyt i zaczął łapczywie lizać jej palce. Dziewczynka zachichotała od delikatnego kotego języczka.
Głodny pewnie? Patrz, co mam! Kinga z namaszczeniem położyła całą rybkę przed nosem kotka, wciskając resztkę chleba sobie do ust.
Jedz, kiciuniu.
Przyszły łowca rzucił się z apetytem na zdobycz, mruczał przezabawnie, łykając w całości, fukając, gdy Kinga próbowała go pogłaskać.
Spokojnie, nie spiesz się. Małymi kęsami, bo potem żołądek boli, ja to znam, uśmiechnęła się do nowego przyjaciela.
Chcesz, żebym cię zabrała do siebie? Nazwę cię Pręgusek i zawsze będziemy się dzielić jedzeniem, Kinga podniosła lekkiego jak piórko kociaka i schowała pod kurtkę.
Latarnie żółte jak miód w maju oświetlały chodnik, po którym drobna dziewczynka kroczyła i trajkotała z mruczącą mordką, wyglądającą zza kołnierza.
***
W mieszkaniu panował spokój. W kuchni zostały tylko puste butelki, brudne talerze i pełniutka popielniczka. Piec buczał głucho, wskazówki zegara leniwie stukały. Kinga osiadła na krześle, Pręgusika posadziła na blacie. Zwierzak niepewnie obwąchał pustą szklankę.
Fuj! Pręgusek, nie ruszaj! To paskudztwo. Jeszcze zapragniesz tego codziennie, to już nie będziemy mogli być przyjaciółmi! ścisnęła kociaka do siebie. On tylko zamruczał, wpierając aksamitne łapki w jej nos, jakby szeptał: Nie bój się, jesteśmy razem!
Tej nocy Kinga spała głęboko i słodko. Śniły jej się dobre rzeczy lody bananowe, drożdżówki z wiśniami. Pręgusek ułożył się przy niej, mrucząc jej swoje kocie kołysanki.
Ale rano tata zobaczył kota i zaczął ryczeć na cały blok, że tego stworzenia ma tu nie być. Mama z papierosem przy uchu przykładała zimny kompres do głowy. Chrypliwym głosem poprosiła córkę, by wyniosła kota z dala od kłopotów.
Dziewczynka, przełykając smak goryczy, usiadła z Pręguskiem pod klatką i długo zastanawiała się, gdzie go zanieść. Nie mogła zostawić takiego cudnego przyjaciela przy śmietniku. Płacząc poszła do sklepu, do cioci Basi. Tam gorączkowo wyjaśniała, prosiła, błagała by przygarnęła kociaka, obiecując odwiedzać, karmić i opiekować się nim. Dobre kobiety nie miały serca odmówić Pręgusek mógł zamieszkać w sklepowej komórce. Dali mu starą wyleniałą bluzę i obcięte wiaderko po majonezie za miskę.
Całą wiosnę i lato Kinga biegała do Pręgusika, odłamując kawałeczek z kupionego bochenka, za co wiele razy dostawała lanie w domu. Ale czy to ważne, gdy masz przyjaciela? Siedziała z nim godzinami, opowiadając o wszystkim, co ją spotkało. Pręgusek zwijał się w kłębek na jej chudych kolanach i mruczał, mrużąc magiczne fioletowe ślepia. Ciocia Basia nakładając mu resztki obiadu do miseczki, spojrzała kiedyś z podziwem:
O rany, takiego kota to jeszcze nie widziałam! Oczy to on ma nie z tej ziemi. Basia, patrz!
Obie ekspedientki z zachwytem gapiły się w bezdenność tych oczu, w których było ciepło i zrozumienie. A on tylko mruczał, najedzony i zadowolony.
Jesienią Pręgusek wyrósł na pięknego, dorodnego kocura z czarodziejskimi oczami. Wielu chciało go zabrać, lecz do nikogo się nie zbliżał czekał na swoją panią.
Pewnego razu Kingi długo nie było. Nie przychodziła po chleb, nie zaglądała do kota. Ciocia Basia martwiła się czy nie zachorowała. Kiedy Kinga w końcu przyszła, jej blade policzki były już zżółknięte od siniaków. Na dolnej wardze ciemniał strupek. Na zatroskane spojrzenia sprzedawczyń odpowiedziała tylko:
Upadłam.
Za sklepem tuliła opuchniętą twarz do miękkiego kociego futerka i długo coś szeptała swojemu przyjacielowi, aż zasnęła, trzymając go w objęciach. Ciocia Basia położyła ją na kanapie w zapleczu, przykryła starym kocykiem. Potem zadzwoniła po dzielnicowego, ale ten tylko westchnął, że trudno udowodnić bicie i tak naprawdę nie chciał mieć z tymi pijakami do czynienia. Basia popłakała się z bezsilności. Było jej żal dziewczynki, której nie mogła pomóc. Sama nie miała dzieci i nie raz myślała, że chciałaby taką córkę.
Pręgusek nerwowo kręcił się koło kanapy, obwąchiwał troskliwie jej twarz, a potem po prostu zniknął.
Kinga całą noc przespała w sklepie. Nikt się nią nie zainteresował. Rano, po śniadaniu z kanapek i słodkiej herbaty, ciocia Basia zostawiła ją z ciocią Olą sama w sklepie, tłumacząc, że pójdzie załatwić ważne sprawy. Kinga ucieszyła się. Gdy Basia dotarła pod blok, drogę zagrodził jej dzielnicowy.
Stój! Nie idź tam. U nas tu morderstwo, lepiej się nie mieszaj. Ty widziałaś przypadkiem dzieciaka od Majewskich w nocy?
Kingę? Kto został zabity? zapytała roztrzęsiona Basia, rozglądając się po klatkach.
Rodziców jej. Szukamy, czy dziewczynki też nie zabrali.
Nie spała u mnie w komórce, wszystko z nią dobrze. A kto zabił?
Nie wiemy, może pijacka awantura, może się podusili nawzajem. A może ktoś inny. Słuchaj, Basia, zostawisz ją u siebie na parę dni? Zanim papierów nie załatwimy, żeby do domu dziecka nie trafiła. Jak się znajdzie jakaś babcia, wtedy ją weźmie.
Oczywiście, żadnych problemów, serce Basi aż podskoczyło z radości. Zupełnie jej nie było żal rodziców Kingi. Wróciła do sklepu, szczęśliwa.
Z Olą uzgodniły, że nie powiedzą dziewczynce jeszcze o tragedii przekazały, że mama pozwoliła jej tymczasowo zamieszkać u Basi. Kinga była zachwycona, dopytywała czy nauczy się obsługi kasy fiskalnej.
Od tego czasu Pręgusek więcej się nie pojawił. Kinga długo, rozpaczliwie wołała go, biegała do śmietnika, ale kot nie wrócił. Jedzenie w jego miseczce nie znikało.
Ciocia Basia dbała o Kingę, obawiając się dnia, kiedy ją zabiorą. W końcu postanowiła złożyć wniosek o adopcję w urzędzie. Spotkała się z odmową samotna, niezamężna, z pracą nocną. Kobieta milknęła przed tą urzędniczą wyliczanką i rezygnowała by po pewnym czasie spróbować znów. Tak minęły dwa miesiące. Kinga przyzwyczaiła się do Basi, nauczyła się robić jajecznicę, czytać po literkach i sprzątać, żeby sprawić radość zmęczonej po pracy kobiecie.
Pierwszy śnieg spadł trzeciego listopada, właśnie wtedy Kinga skończyła osiem lat. Zdmuchiwała kolorowe parafinowe świeczki na sklepowym miodowniku, i odwróciwszy się do Basi, głośno powiedziała:
Chcę, żebyśmy już zawsze były razem i żebyś była moją mamą! objęła rozczuloną kobietę.
Ja też o tym tylko marzę, Kingusiu wyszeptała Basia.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Nikogo nie spodziewały się dziś, więc gdy na progu pojawił się elegancki młody mężczyzna, Basia była szczerze zdziwiona.
Dzień dobry, jestem przedstawicielem opieki społecznej miasta Krakowa. Trafiły do mnie wasze pisma, chciałem się osobiście poznać, uśmiechnął się, wyciągając dłoń.
Zapraszamy, właśnie nie spodziewałyśmy się dziś nikogo, zaprosiła go Basia do kuchni.
Napije się pan herbaty? Ciocia Basia kupiła pyszną ze smakiem tropikalnych owoców. Na pewno pan takiej nie pił! Kinga postawiła kubek przed mężczyzną.
Dziękuję ci, a to twój tort? uśmiechnął się.
Tak! Skończyłam osiem lat. W przyszłym roku pójdę do szkoły! przytaknęła z powagą.
Do szkoły chodzić to ważna sprawa. A jak ci tu się mieszka? Opowiedz! napił się i słuchał.
Rozmawiali jeszcze długo, jedząc tort i popijając herbatę o smaku egzotycznych owoców. Mała dziewczynka i uprzejmy, elegancki urzędnik. Basia słuchała ich z łokciem podpartym o blat, w dziwnym cieple w sercu.
Ale cóż, muszę już iść, powiedział w końcu mężczyzna, wyciągając z teczki grubą teczkę papierów.
Oto, pani Basiu, z tymi dokumentami pójdzie pani jutro do sądu rejonowego, zgłosi się pani do sekretariatu i napisze wniosek. Proszę się nie martwić wszystko pani wyjaśnią. Sąd to formalność. Będzie pani mogła odebrać Kingę.
Odebrać? Basia zgubiła słowa. Ale Kinga z radością przytuliła go i powtarzała:
Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!
Dziękuję wyszeptała Basia, powstrzymując łzy wzruszenia.
Dbajcie o siebie, spojrzał na Basię. Kobieta zamarła. Patrzyły na nią bezdenne, fioletowe oczy, w których tliło się morze czułości i zrozumieniaZanim zamknęły się za urzędnikiem drzwi, Kinga wybiegła na próg. Noc była spokojna i pełna miękkiego, wirującego śniegu. Dziewczynka spojrzała w ciemność gdzieś pod latarnią mignął pręgowany cień, coś pomiędzy snem a jawą.
Kinga uniosła rękę, jakby machała przyjacielowi, którego już nie było i który, być może, był tylko potrzebny wtedy, kiedy była najbardziej samotna. Poczuła ciepło nie kociego futra, lecz bijące od serca cioci Basi, która podeszła i objęła ją ramieniem.
Chodź, Kingusiu wyszeptała Basia. Nasze życie dopiero się zaczyna.
Dziewczynka uśmiechnęła się, zamykając drzwi na śnieżną noc. W środku czekał na nią ciepły pokój, zapach świeżego chleba i miodownika, a nad nimi wszystkimi przysiadał cichy spokój, który znali tylko ci, którym nareszcie ktoś odpowiedział: zostaniesz tu, bo jesteś mój, i nigdzie już nie pójdziesz.
Gdy zasypiała tej nocy, przytulona do Basi, wydawało się jej, że gdzieś za oknem rozlega się ciche, uspokajające mruczenie. I wiedziała, że nawet jeśli już nigdy nie znajdzie Pręgusika, to magiczne fioletowe oczy zawsze będą pilnować jej szczęścia.


