Katarzyna przechadzała się przy witrynach, jedząc jedzenie wzrokiem. Myślami wyobrażała sobie, na co mogłoby wystarczyć parę złotych w jej nikłym portfelu. Doszła do wniosku, że trzeba oszczędzać. Z trzech podwójek zostało jej tylko jedna, a po pogrzebie mamy nie pozostało już żadnej kasy.
Po kolei: została sama, nigdy nie wyszła za mąż, najpierw studiowała, chciała zostać księgową. W rzeczywistości Katarzyna nie znosiła cyfr i wszystkiego, co z nimi związane, ale tata nalegał wtedy mocno: Bez pieniędzy nie przeżyjesz, to przydatny zawód.
Lubię się troszczyć o innych, wiesz, żeby im było łatwiej, podbudować ich i tak dalej! mówiła nieśmiało do ojca młoda Katarzyna.
Lekarzem, co? Po co? Oczywiście, lekarzy szanuje się zawsze wtrącił tata.
Nie, chcę być siostrą miłosierdzia. A, tato? odpowiedziała dziewczyna.
Nie rozumiem pielęgniarką? zmarszczył brwi ojciec.
No prawie. Tylko jeszcze dbać o innych próbowała wyrazić Katarzyna.
To jakaś opiekunka? Sanitarna? Czy ty zwariowałaś? To głupie! Zawód ma być prestiżowy! Głupia jesteś! wykrzyknął tata, kręcąc się po pokoju, jak Napoleon w swoim dowodzie.
Katarzyna w końcu się otrząsnęła. Szczerze próbowała uczyć się księgowości. Nocą śniły jej się liczby, krążyły wokół niej jak ćmy. Budziła się spocona. Chciała powiedzieć ojcu, że nie każdy musi być jak Napoleona, że nie musi być pierwszym, nie musi walczyć po prostu żyć i pomagać. To ją pociągało.
Kiedy babcia zachorowała, to właśnie mała Katarzyna najintensywniej chciała być przy niej. Ciocia marszczyła brwi, odsuwała się i szeptała, że to nieładnie. Katarzyna nie rozumiała, jak to nieładnie, skoro babcia zawsze pachniała bułeczkami, trawą i miodem. Postanowiła częściej jej mówić miłe słowa, przebierać, zmieniać pościel.
Siedziała przy babci, czytała bajki, wycierała czoło i prosiła dorosłych, by mogła coś uprać, pomóc. Kiedy babcia odeszła, wszyscy płakali i biegali w kółko. Ciocia leżała w półomdleniu, wyjąc: Niech ją szybciej zabiorą, boję się duchów!.
Katarzyna przemykała cichutko do pokoju. Babcia zdawała się spać z halfsmile. Katarzyna przytuliła się do jej ręki i zaliczyła łzy.
Córeczko! Przestraszyłaś się? Wynocha stąd! wpadł do pokoju tata.
Nie, tato. Płaczę, bo będzie mi smutno bez babci i bez nas wszystkich. Ona już nie cierpi, jest w miejscu pięknym, gdzie wszystko złoci się jak w bajce westchnęła Katarzyna.
Co ty mówisz? Gdzie pięknie? Chora? nie zrozumiał tata, pochylając się nad nią.
Katarzyna chciała mu wyjaśnić, że zamknęła oczy i zobaczyła babcię idącą po drodze pełnej baśniowych kwiatów, oświetloną złotym światłem, a na wzgórzu stał biały dom z kolumnami. Usłyszała wtedy słowa babci: Wszystko, kochanie, już za mną. Nie płacz, słoneczko!. Lecz dziewczyna milczała, bojąc się zranić ojca.
Później naprawdę starała się dokończyć księgowość, lecz szybko porzuciła studia. Po pierwsze, czuła, że oddycha nie w swoim ciele, a w obcym życiu. Po drugie, tata odszedł do innej kobiety, a mama ciągle płakała, chorując ze stresu. Katarzyna błagała ojca, by wrócił choć na chwilę, dopóki mama nie wyzdrowieje. On mruknął, czerwieniał, bledł, a na koniec wymamrotał, że życie jedno i trzeba z niego wycisnąć cały sok, po czym odszedł.
Katarzyna i mama zostały same. Wtedy szalona, jak mówili krewni, postanowiła nie narzekać, a walczyć o każdą dorywkę. Nauczyła się być pielęgniarką, podawała mamie zastrzyki, troszczyła się i dopingowała ją. Niestety choroby nerwowe przybywały, a matka w końcu nie mogła iść już samodzielnie.
Co, kocie, tak smutno? Wciąż młoda, mogłabyś już męża mieć! A tu się męczysz. Skąd to wzięłaś? zaczęła ciotka Grażyna, spotykając Katarzynę na ulicy.
Katarzyna przerwała jej wypowiedź, choć zwykle była cicha i skromna:
Nie mów tak, ciociu Gazio. Mama kocha tatę i nie może bez niego żyć, on jest dla niej jak woda. Jak możesz nie pić wody? Dlatego jej jest źle. Nie potrzebuje mężczyzny, potrzebuje wsparcia, bo matka to nasz anioł na ziemi. Nie obrażaj ojca co było, to było, niech Bóg go prowadzi. To mój ojciec i nie pozwolę, by się go źle mówiło powiedziała spokojnie.
Ciotka zamrugała, nie spodziewając się takiej odpowiedzi, i wyszła z półgłosem: No właśnie, głupia.
Mama odeszła w ramionach Katarzyny. Z okna słychał się czyjś śmiech, pachniało fiołkiem, na stoliku leżał jej szalik. Po jej śmierci codzienność stała się szara i lepka. Katarzyna często patrzyła w niebo, widząc tam skrzydła aniołów i niezwykłe hafty kwiatów, podobne do tych, które mama robiła.
Domowa cisza była nie do zniesienia, a Katarzyna czuła się jak motyl w kokonie. Nie śledziła plotek, chciała pracować w pobliskim szpitalu, choć po trzech podwórkach została tylko jedna dorywka. Sił brakowało, ledwo chodziła, a bez mamy było strasznie.
Katarzynko! Stój, opowiem ci zawołała sąsiadka Helena Kowalska przy wejściu, z garścią plotek.
Wszystko będzie dobrze Nie słuchajcie negatywu. Załóżcie kurczaki na wsi latem, jedźcie nad morze podpowiadała, bo w muszlach słychać szum morza. Katarzyna przeszła dalej.
Na schodach zstępowała młoda dziewczyna w białej kurtce, w modnych kozankach, otoczona wonią jakby z magicznych perfum. Katarzyna spojrzała na nią z podziwem, a dziewczyna spojrzała z dezaprobatą:
Co tu gadasz? Myślisz, że jesteś lepsza? rzuciła.
Przepraszam, jesteś piękna i perfumy naprawdę przepraszam odparła Katarzyna, po czym odwróciła się i szła dalej.
Nagle usłyszała: Hej, poczekaj! To ja mój tata chory, a ja ciągle krzyczę. Potrzebuję kogoś, kto poda zastrzyk. Płacę, mówię zawołała Vika, młoda dziewczyna w białej kurtce.
Katarzyna odpowiedziała, że nie jest lekarzem, niech przyjdą prawdziwi specjaliści. Vika nalegała, że tata naprawdę potrzebuje pomocy.
W sklepie Katarzyna zobaczyła kobietę z wózkiem, trzymającą ręką pięcioletniego chłopca, który krzyczał o sok i lody. Kobieta mówiła, że nie ma pieniędzy, tylko makaron. Po chwili przyznała, że zgubiła portfel. Na to starsza pani w długim płaszczu i drogich kolczykach wykrzyknęła: Aferystka! Nie słuchaj jej, to już wszędzie takie!
Katarzyna, choć nie mając grosza, poczuła, że musi coś zrobić. Podbiegła, wyciągnęła ostatnie pieniądze i rzuciła je kobiecie: Weź, kup jedzenie, lody dla dziecka. Jestem bogata w serce. Po tym usłyszała: Dzięki, Boże, wszystko tak ułożyło.
Z domu pozostało tylko kilka ziemniaków i dwie marchewki, a praca w szpitalu nie przychodziła od razu. Katarzyna spojrzała w gwiaździste niebo, które przypominało zapach perfum sąsiadki. Wspominała, jak z tatą puszczali łódki po strumieniach on teraz mieszka daleko i rzadko dzwoni, ale żyje.
W skrzynce pocztowej leżało powiadomienie. Katarzyna podeszła, bo nikt nie miał jej wysyłać. Otworzyła duży list od Matyldy Nikiłowskiej. Wzruszyła się to imię babci. Adres: wieś, z której pochodziła.
Proszę, weźcie paczkę, nie blokujcie kolejki! usłyszała od pracownika poczty.
Ręce drżały, gdy wyjmowała: haftowany ręcznik, kawałek suszonych malin, suszone grzyby, herbatę, mnóstwo cukierków w złotych opakowaniach, plusik zabawkowego prosiaczka i starą radziecką pocztówkę.
Droga Katarzynko! Pisaną Ci Matylda Nikiłowska, wujka z Babcią list brzmiał jak spotkanie dawnych przyjaciół. Opowiadała, że razem z babcią grali nad jeziorem, że obiecały sobie kiedyś wymienić paczki. Teraz przysyła ikonę Matki Bożej, by ochroniła Cię. Babcia modliła się, byś spotkała wartościowego mężczyznę. Nie bądź sama! zakończyła.
Katarzyna trzymała ikonę i płakała.
Przepraszam, głupia ja. Nie osiągnęłam nic, zostałam sama, ale kocham Was wyszeptała.
Nagle zapukało w drzwi. Otworzyła i zobaczyła w progu Viko w białej kurtce, otoczoną mgłą perfum.
Dzień dobry! Nazywam się Vika. Mój tata znowu wariuje, lekarze go nie odwiedzają, a on potrzebuje zastrzyku. Proszę, pomóżcie! błagała, obiecując pieniądze.
Katarzyna wytłumaczyła, że nie jest lekarzem, ale Vika nalegała, że potrafi to zrobić. W końcu poszły do mieszkania. Pokój był elegancki, a na łóżku leżał mężczyzna wyglądał na pięćdziesiąt pięć lat, surowy, zimny wzrok. Vika tłumaczyła ojcu, że Katarzyna potrafi podać zastrzyk. Katarzyna przemówiła o tym, że życie nie kończy się nigdy, że tata jeszcze ma siłę, by żyć dla niej i dla Viki. Vika szczęśliwie machała po mieszkaniu.
Tato, co chcesz zjeść? zapytała Vika.
Zupę grzybową, jak u mamy w wsi odpowiedział mężczyzna.
Katarzyna zerwała i pobiegła do domu, wróciła z woreczkiem suszonych grzybów i malin, zabrała ikonę. Wszyscy razem jedli aromatyczną zupę grzybową i pili malinowy herbatek.
Ojciec Viki, zwany Wiktorem, po latach poślubił Katarzynę. Miał pieniędzy pod dostatkiem, ale ona wciąż pracowała w szpitalu, mówiąc, że to jej powołanie. Gdy widziała przerażone oczy pacjentów, szeptała: Bóg wszystko układa, trzeba tylko wierzyć.



