Dzisiaj znów się załamałam. Jakub krążył po naszej maleńkiej kuchni niczym lew w klatce. Przesuwał talerze, poprawiał cukiernicę, wciąż coś dotykał – szukał oparcia w tym mieszkaniu, które sam przecież tak nienawidził. W głowie miał już gotową przemowę. Koniec. Dość. Musi to powiedzieć.
Zosia pewnie będzie płakać. Będzie błagać, żeby został. Powie, że się stara, że jeszcze da się naprawić. Ale on wie lepiej – to już koniec. Nie ma ich. Są tylko dwaj obcy ludzie, których łączy kredyt i lodówka. Bez miłości, bez szacunku, nawet bez zwykłego gniewu. Pustka.
Usłyszał, jak klucz obrócił się w zamku. Nabrał powietrza, jak przed skokiem do wody.
Zosia weszła do mieszkania, osunęła się na podnóżek. Najpierw zdjęła te przeklęte nowe buty. Dzień w sklepie odzieżowym w Galerii Mokotów wycisnął z niej wszystkie soki – klienci wiosną szaleją za zakupami, każdy chce nową sukienkę, nowe życie.
„Cześć. Zmęczona?” – zapytał ostrożnie Jakub.
„Jak pies. Nie usiadłam nawet na minutę” – odparła, nie patrząc na niego.
„Rozumiem. Obiad będzie?”
Skinęła głową i poszła do kuchni. Po dwudziestu minutach garnki wrzeły, patelnie skwierczały, a zapachy, w których Jakub jeszcze niedawno szukał sensu życia, wypełniły całe mieszkanie.
Stanął w drzwiach, zbierał się na odwagę. Głęboki wdech.
„Zosia… Musimy porozmawiać.”
Żona odwróciła się do niego, nie przestając obierać marchewki. Bez zaskoczenia, bez strachu.
„Rozstańmy się” – wyrzucił z siebie. „Nie wyrabiam już. Jesteśmy sobie obcy. Zabijasz we mnie artystę. Ja marzę o wielkiej scenie, a ty tylko o rachunkach i obiedzie. Nie mogę tak dłużej.”
To był improwizowany monolog, ale brzmiał, jego zdaniem, całkiem dramatycznie. Jak na casting w Teatrze Narodowym.
Zosia dalej skrobała marchewkę, aż nagle rzuciła ją do zlewu, zdjęła fartuch, wyłączyła gaz i stanęła przed nim.
„Spoko” – powiedziała spokojnie. „Niech będzie. W dupę miałam ten cały dom.”
On zamarł. To nie powinno tak wyglądać. Gdzie łzy? Gdzie rozpacz?
Zanim zdołał coś powiedzieć, Zosia nalała sobie kawy, wyjęła ser i herbatniki, usiadła przy stole.
„Zośka… jesteś w szoku, wiem. Ale przecież sama to czułaś, prawda? Gotujesz jak automat…”
„Tak. Jak automat” – powtórzyła, popijając kawę.
Rozmowa się sypała. Brakowało mu tekstów.
„Musimy ogarnąć kredyt” – zaczął niepewnie. „I resztę…”
„Myślałam, że tak się uduścisz w tym domu, że uciekniesz w siną dal. A tu proszę – martwisz się o mieszkanie” – zaśmiała się krótko. „Dobra. Zostaw mieszkanie mnie. Oddam ci połowę wpłaconych pieniędzy. Wrócę do taty, i tak się o mnie prosi – staruszek już.”
„Jesteś taka wyrachowana” – westchnął Jakub. Marzył o karierze aktorskiej, chodził na castingi, pracując jako ochroniarz. Wszystkie pieniądze oddawał jej, nie zagłębiając się w szczegóły. A tu nagle – hipoteka, procenty, dokumenty.
Chciał wolności. Dostał rozliczenie.
„Zośka, zatrzymaj wszystko. Oddasz, jak będziesz mogła. Nie jestem potworem” – dodał z patosem, jakby ofiarował jej nie kawalerkę na Woli, tylko pałac w Wilanowie.
„Dzięki. A tak w ogóle, masz kogoś?” – spytała z wyraźną obojętnością.
„To nieistotne” – mruknął tajemniczo. Niech myśli, że ma kolejki adoratorów.
Wyszedł z lekkim uczuciem wygranej. Wolność. Artystyczne życie bez patelni i pretensji.
Minęło pół roku.
Jakub stał pod znajomymi drzwiami i wahał się. Wszystko się zmieniło. Życie u mamy okazało się koszmarem. Wypominała rozwód, dręczyła go o nieudaną karierę, robiła sceny, gdy przyprowadzał kobiety. Nawet jedna kelnerka uciekła po godzinie słuchania jej złośliwości.
Mama była gorsza od Zosi. O wiele gorsza.
Wisienką na torcie było żądanie, by się wyprowadził. Podejrzewał, że ma kogoś nowego. Pokłócili się. Nazwała go nieudacznikiem i kazała znaleźć prawdziwą pracę zamiast marzeń o filmach.
Wtedy zadzwoniła Zosia. Chciała zamknąć sprawę mieszkania i wreszcie podpisać rozwód. I oto jest.
Przygotował się: przećwiczył w myślach pełen żalu wzrok, słowa skruchy, łzę w oku.
Nacisnął dzwonek.
„Cześć. Wejdź” – otworzyła Zosia. Wyglądała… świetnie. A może po prostu tęsknił.
Wszedł do kuchni jak u siebie. I zamarł.
Przy kuchence stał półnagi facet w dresie i smażył kotlety. Na patelni syczało mięso, na stole leżała stówa.
„Ty kto?” – zapytał Jakub ochrypłym głosem.
„Marek” – odparł mężczyzna, nawet nie odwracając głowy.
„Zocha… możemy porozmawiać?” – wydusił Jakub.
W pokoju syknął:
„Kto to? Co on tu robi?”
„Kolację gotuje” – spokojnie odparła.
„A ja?”
„A ty wyszedłeś.”
Cisza. Ciężka jak wyrok.
„A gdybym… wrócił?”
„Gdzie? Miejsce zajęte. Markowi nie przeszkadza moja 'przyziemność’. Dla niego liczy się dom, dzieci, działka. Pobierzemy się, jak tylko dostaniemy papier o rozwodzie.”
„A ty?”
„Ja też.”
„A ja?!” – zawył. „Czym on jest lepszy?”
„Tym, że ty karmiłeś mnie obietnicami. A on – obiadem.”



