Kamienna kobieta

Kamienna kobieta

Pani Halina Wysocka przyjechała do szpitala na sygnale. Leżała na chodniku w zimnej, brudnej brei, nie miała już siły wstać. Mężczyźni ostrożnie podnieśli wiotką Halinę i wsadzili do karetki, przywieźli na izbę przyjęć.

Duża, postawna kobietaw garniturze, na szpilkach, z dyskretnym makijażem, podkreślającym nieco wyłupiaste oczy i pełne usta, ciężkie kolczyki z bursztynem w uszach, a skórzana torebka spoczywała na jej kolanach Halina wjechała do szpitala na wózku. Leżeć odmówiła stanowczo; gdy tylko odzyskała przytomność, zrugała kierowcę za woń papierosów, pielęgniarce zwróciła uwagę, że jest zbyt powolna, a praktykanta, młodego chłopaka ze szkoły medycznej, po prostu poprosiła, żeby jej nie dotykał.

Szczerze mówiąc, nawet nie było ochoty! burknął tamten z kwaśną miną.

Proszę być trochę milszym, młody człowieku. Proszę nie być niegrzecznym, bo zobaczymy, kto pierwszy się zirytuje! odparła Halina, chwytając się poręczy wózka, po czym, niczym rozdrażniona sowa, zmarszczyła brwi, przyciągnęła torebkę pod brodę i zaczęła rozglądać się po szpitalu z miną inspektora z zaskoczenia. Cienkie brwi na topornie wyrzeźbionej twarzy skupiła ponad nosem, jej cera, popękana drobnymi naczynkami, tonęła pod grubą warstwą pudru, który w tej chwili, po zastrzyku i potach, zbrylał się, podkreślając zmarszczki.

Proszę mnie przewieźć dalej. Tu nie mogę czekać, wieje! zadysponowała, wskazując na pełny ludzi korytarz.

Rejestratorka spojrzała na nią surowo, zerwała papiery od sanitariusza, powiedziała, że od teraz cała odpowiedzialność za Halinę przechodzi na nich, karetka może odjeżdżać.

Przełom nadciśnieniowy, utrata przytomności na ulicy Bez urazu głowy Aktualne ciśnienie… recytował sanitariusz.

Dobrze, Romku. Idźcie już, tu się nie mieścicie! pogłaskała chłopaka pielęgniarka, łudząco do niego podobna, pewnie matka.

Trzeba pomagać rodzinie z pracą, pomyślała automatycznie Halina.

Straszliwie bolała ją głowa, ręce co chwilę opadały na kolana, aż torebka, markowa, niebezpiecznie zsuwała się ku podłodze, a Halinie brakowałoby potem siły, by ją podnieść. Nikogo i niczego nie miała już siły. Nawet mówić trudno. Język suchy, opuchnięty, przykleił się do podniebienia, chciało się pić.

Proszę o wodę poprosiła Halina, do nikogo konkretnego, ale głośno i wyraźnie.

Nikt jej nie usłyszał. Wokół roiło się od ludzi, bliscy pomagali chorym, pocieszali, dopytywali, rozbudzali tych, których odcinało. Wokół uwijali się lekarze ze stetoskopami, czytali papiery w biegu, kierowali raz po raz chorych do gabinetów. Pielęgniarki robiły swoje, wydawały się zupełnie nie zauważać Haliny.

Gdzie jest Baranowska? Kto Baranowska? zapytała w końcu jedna z nich, w myślach Halina nazywała je siostrzyczkami.

Tutaj odpowiedziała Halina, powtórzyła głośniej Tutaj!

Proszę, pojemnik, toaleta tam, potem badania krwi. No i zdejmijcie czapkę! To nie Syberia!

Dopiero teraz Halina zorientowała się, że ma na głowie wielką futrzaną czapę niczym bohaterka Miś. Stąd pot ściekał ciurkiem po czole i palił skronie.

Z niechęcią zdjęła czapkę, próbowała ją gdzieś wcisnąć, by nie spadła do torebki już ledwie się mieściła; miała przy sobie mnóstwo teczek. Halina nie zamierzała tu leżeć dłużej niż potrzeba gdy stan się poprawi, wyjdzie. Kto ma czas, ona Halina Wysocka, dyrektor dużej firmy? Sprawy, zlecenia, okna do wymiany!

Pielęgniarka położyła pojemnik na kolanach Haliny. Tak, Halina Wysocka. Duża kobieta, masywna. Taka była od zawsze duży noworodek, duże dziecko, potem nastolatka, wreszcie kobieta. Ależ ona u państwa…! słyszała matka Haliny, idąc z córką do przychodni. A rozmiar buta to jaki…, kiwały głową sprzedawczynie, gdy Halinka co rok wyrastała z pantofelków.

Matka przy niej wyglądała na Calineczkę. Geny po ojcu-olbrzymie ten jednak spłonął od raka, zniknął nagle, gdy Halinka miała osiem lat.

Halina zawsze się siebie wstydziła, była jak Guliwer wśród liliputów w przedszkolu omijana, dziwna. W szkole też swoje przeżyła. Ulgę znalazła dopiero w sporcie, do którego trafiła przypadkiem matka poznała trenera, wywiązał się krótki romans, więc Halinę zapisano na lekkoatletykę. Rzucała dyskiem, pchała kulę i tu odnalazła swoje miejsce. Parę kontuzji pozostawiło ślad na całe życie, bolało bark, ale satysfakcja była ogromna tu była najlepsza. Później bardzo się sparzyła, przyjmując za miłość zwykłą ciekawość, popełniła głupstwa, dorosła, pochowała matkę, ukształtowała siebie na kobietę, za którą wszyscy z niedowierzaniem, w milczeniu się obracali.

Halina zaczynała w administracji osiedla, dowodziła ekipami remontowymi. Potem zrobiła kursy, nastała transformacja, zaczęło mnożyć się tysiące firm i firemek. Halina jeździła na budowy z chłopakami, większa niż niejeden z nich, przez co brali ją za mężczyznę, potem, zorientowawszy się, śmiali się, ale nie zaczepiali swoją chronili.

Halina nie była ani uśmiechnięta, ani wylewna. Babą z kamienia za plecami nazywali ją ludzie.

Powstała własna firma Okna na Świat. Halina rządziła oknami, znała się na wszystkim, szanowano ją.

Nie była czuła z pracownikami, nie piła z nimi kaw, ale byli za nią jak za murem. Jako szefowa dbała o nich jak matka surowa wysyłała do lekarzy, załatwiała restauracje na imprezy, opieprzała za zostawanie po godzinach, załatwiała badania okresowe, fundowała prezenty świąteczne ale nigdy nie przebierała się za Śnieżynkę, uważając, że jej rozmiary czynią z tego cyrk.

Znała wszystko i wszystkich nawet wynik testu ciążowego swojej sekretarki Tosi, zanim ta zrobiła go w aptece, już miała wybraną klinikę. Wiedziała o rodzinnych kłótniach, o maturzystach, o przyjezdnych z Wrocławia czy Lublina, którzy nagle zwalali się komuś na głowę, wtedy szefowa zamawiała dla nich paczki z żywnością, pomagała załatwiać miejsce na uczelni.

Była nauczycielką twardości, najpierw wobec siebie, potem wobec innych. Ale nie miała przyjaciółek tak było prościej, nikt za plecami nie szepnie złośliwego nasza olbrzymka

Kamienna kobieta się nie myli, nie owija w bawełnę. Jeśli zwalniała, szukała innego rozwiązania. Tylko wtedy czuła, że jest w porządku.

Tyran? Nie. Raczej lokomotywa pchająca wagony w przyszłość. Lepiej jej nie stawać na drodze. Ale miała ten jeden wagonik syna, Sebastiana. Dla niego się starała

Ci, co nie wytrzymywali jej tempa, odchodzili. Ale większość zostawała; w trudnych czasach bezrobocia wokół Haliny utworzył się zespół wiernych.

Na nich liczyła, gdy leżała w szpitalu oby nie spartolili kontaktów z dostawcami!

Co to jest?! Nie idę! zrzuciła z siebie pojemnik. Mam nadciśnienie, muszę się położyć! Umiecie czytać?

Cicho, dziewczyno! ucieszył się na tej ławce jakiś bezdomny, z bandażem na głowie. Podniósł pojemnik. Potrzeba, to ja za ciebie zrobię za czapeczkę! Lubię duże kobiety!

Sobie pomóż odburknęła Halina, odsunęła się wózkiem pod ścianę, zostawiając dwie wgniecione plamki w tynku.

Kobieto, co pani robi! Dopiero był remont! zirytowała się pracownica z plakietką. Sylwia, czyja ta pani? Dokąd?

Jestem swoją. Proszę o adres tego przybytku z trudem wstała Halina. Muszę zamówić taksówkę Telefon…

Gdzie się pani wybiera?! Proszę zostać, zaraz doktor, trochę pani poleży, odpocznie ton złagodniał.

Ale pacjentka już dzwoniła.

Sebastian? Iwona, daj mi syna! stanowczo do słuchawki. To ważne, jestem w szpitalu, jutro spotkania, potrzebuję Seby.

Nigdy nie rozkazywała z trzaskiem, choć mogłaby. Wolała przekazać rzeczowo, poważnie, a potem poprosić o potrzebną pomoc. Iwona, jej synowa, poszła do łazienki, zapukała.

Twój mama w szpitalu powiedziała do Sebastiana.

Dobrze, poczekaj dziesięć minut! odkrzyknął spod prysznica Sebastian.

Czy nie słyszał? Słyszał wszystko. Skoro matka rozmawia, to znaczy, że żyje i jest przytomna, więc dziesięć minut nie zbawi.

Sebastian czekał kiedyś na nią non stop od rana do nocy.

Mama miała mnóstwo spraw potem to się nazywało biznes. Dzięki jej firmie zrobili remont i nową kuchnię, ona załatwiła okna do szkoły Sebastiana, załatwiała też wszystkim znajomym fachowców, pomagała. Mówiąc prosto trzymała wszystkich za twarz, tylko jedna mała rybka, o imieniu Sebastian, zawsze była w innym stawie

Nie biła go, nie krzyczała sprawdzała lekcje, kiwała głową, a potem, jeśli nie tak, jak powinno być, kazała poprawić do idealu. Potem wyjaśniała, po co człowiek ma się starać.

Ale nie mówiła mu nigdy, że go kocha. Nigdy przed snem nie szeptała, że Sebastian jest najwspanialszy, najukochańszy, nie przytulała i nie powtarzała, że kocha go zawsze, po prostu dlatego, że jest jej synem.

Sebastian uznał to koło dziewiętnastego roku życia mama po prostu go nie kocha, nie i już. Oczywiście, dzięki niej zdał maturę, wybrał studia, nie musiał pracować na wieczorowym. Ale czyż matka nie powinna? To jej obowiązek. On nie prosił się na świat. Skoro już jest niech go wychowa i tyle. A szpital? Eee, to drobiazg

Halina usłyszała w słuchawce, że syn oddzwoni za dziesięć minut.

Pani Halino, co się stało? zapytała Iwona. Czy mogę jakoś pomóc?

Halina nie odpowiedziała, rozłączyła się. Teraz, gdy zapytają ją do kogo pani?, będzie mogła powiedzieć do nikogo. Swoja, własna. Syn dzwoni, kiedy to pasuje, synowa żyje własnym życiem i dobrze. Lepiej tak.

Halina znów spróbowała wstać, oparła się o ścianę, wózek odjechał, nogi się ugięły. Usiadła ciężko na podłodze. Pojemnik stoczył się na płytki, z torebki wypadły dokumenty, futrzana czapka opadła przy policzku Haliny, troskliwie go obejmując.

No pięknie przeklął bezdomny, podbiegł, podniósł kobietę. Przy okazji, zupełnie niezauważenie, wyjął z jej torebki portfel i ściągnął z palca obrączkę z bursztynem.

Mężczyzna wydawał się Halinie znajomy, jakieś rysy Nie mogła sobie przypomnieć

Nie czuła nic, oddychała ciężko, głowa opadła na bok, w uszach pulsowała fraza: Trzymaj się prawej strony…

Halina zwykle do pracy jeździła samochodem z kierowcą, Romanem Gawłowskim. Codziennie o wpół do ósmej Roman podjeżdżał, pomagał jej wsiąść, zapinał płaszcz, puszczał muzykę klasyczną i wyjeżdżali. Tak było od lat. Roman nie narzekał, korzystał z pomocy Haliny leki dla chorej żony, zniżki na wczasy, ekstra premie tego się nie odmawia. Czasem nocą musiał wieźć szefową do Katowic czy Gdańska, bo coś się sypało z oknami. W kontrakcie miał taką gotowość, ale Halina zawsze przepraszała. Tak wypadało…

Tego dnia Roman utknął pod jej blokiem, bo śmieciarka rozbiła mu zderzak.

Pani Halino, niech pani zamówi taxi! namawiał załamany.

Nie trzeba, pojadę metrem odpowiedziała, choć czuła się już rano źle. Uderzenie śmieciarki przestraszyło ją, owszem. Ale była twarda; w tym życiu można było kupić wszystko, nawet nowy samochód. Ty naprawiaj, nie śpiesz się. Przywieź potem papiery.

I poszła jak wielka, szaro-ruda chmura na metro. Przechodni zbaczali, ustępowali miejsca budziła respekt. Do filmu o olbrzymkach byłaby idealna…

W metrze tłum, ukrop, przemieszczające się strumienie ludzi, Proszę stać po prawej stronie… usłyszała w przejściu. Wszyscy się stosowali. Halina też zepchną ją studenci, jeśli pójdzie inaczej. Dla wszystkich był początek dnia…

A teraz dzień się kończył. Halina, po serii badań i zastrzyków, trafiła na salę. Nakryto ją prześcieradłem. Półprzytomna słuchała Trzymaj się… Trzymaj się…

W sali ciemno, pachniało perfumami, lekarstwami i… waniliowymi sucharami. Halina też je lubiła, choć prawie nie jadła.

Trzecie piętro, zza okna nie widać ruchliwego, pełnego świateł Alej Jerozolimskich…

Dobrze pamiętała Halina, jak kiedyś kupiła choinkowe lampki w Smyku. Tego dnia idąc po Sebastiana do przedszkola, zastała go samego, siedział smutny w szatni, a wychowawczyni już zakładała płaszcz.

No widzisz, Sebastian, przyszli po ciebie! A się bałeś! rzuciła radośnie wychowawczyni zawodowym głosem.

Sebastian natychmiast, tak by matka nie widziała, wytarł łzy i zaczął zakładać czerwony kombinezon z odblaskami bardzo go lubił, choć udawał obojętność. Zawsze chciał za coś mścić się na mamie… Za wszystko. Inni mają ojców, on nie. Inni mają czułe mamy, w ciepłych swetrach i rozchodzonych butach, co śmieją się, zakładają dzieciom czapki, zapięcie guzika i w drogę.

A jego matka stoi nad nim bryła patrzy spokojnie i czeka, aż się sam ubierze. Nie pomaga, nie krytykuje tylko stoi.

A co jest w pudełku? zapytał Sebastian pospiesznie w drodze.

O, to coś pięknego, synku! To lampki. Powiesimy je na naszej choince, będą pięknie świecić! z niespodziewanym zapałem mówiła matka. Sebastian zdziwił się, że potrafi tak entuzjastycznie mówić.

Całą drogę marzył, jak lampki będą migać na ich mikroskopijnej, plastikowej choince. Następnego dnia pochwali się kolegom!

Jednak, gdy je odpalili wieczorem, nie działały. Matka szybko zwinęła kabel do pudełka.

Idziemy jeść. Muszę jeszcze prasować rzuciła.

Po dwóch dniach przyniosła lampki naprawione przez majstrów z pracy. Ale Sebastian już wtedy był chory i nikomu się nie pochwalił…

Teraz ktoś magiczny, jakby mocarny, rozpostarł nad miastem taką lampkową girlandę, podłączył ją do ludzkich serc, a Haliny żarówka się przepaliła, naprawy wymaga…

Drzwi uchyliły się, stanęła drobna pielęgniarka w różowym uniformie.

Proszę nie otwierać oczu, zaraz zmyję pani tusz do rzęs. Nie, nie otwierać! Ja sama szeptała.

Halina poczuła na policzku mokry, chłodny wacik. Miłe uczucie, błogie, jej ciało bezwolne. Wspominała mamę, dawno już nieżyjącą, spoczywającą na cmentarzu. Halina była tam we wrześniu, zapłaciła za malowanie płotu, naprawę pomnika, posiała niezapominajki, choć nie wiedziała, czy już nie za późno. Mężczyźni dopytywali, czy przykryć nasionka, by gołębie nie zjadły. Halina milczała, wręczyła banknoty i odeszła. Czy cokolwiek z tego wyrośnie na wiosnę? Nie wiadomo…

Mama, gdy Halina chorowała, zawsze przecierała jej twarz wilgotnym ręcznikiem, pachnącym proszkiem i chłodem.

Nie trzeba… Po co pani? odwróciła się czerwieniąc.

Siedzieć cicho, musi pani odpocząć i nabrać sił. No, już czysto, już…

Pielęgniarka poprawiła włosy Haliny, zdjęła spinki.

Zapłacę… Halina szukała portfela. Nie ma… ktoś ukradł…

Rozpłakała się. Po raz drugi w życiu ktoś ją okradł pierwszy raz dawno temu, w metrze. Jakiś typ tarł się o nią na schodach, nie odwróciła się. Potem, gdy chciała kupić gazetę, zauważyła rozciętą torbę i brak portfela z fotografią syna, pamiątkową złotówką i listą zakupów. Usiadła na ławce i zapłakała. Wielka, ramienista kobieta płakała jak dziewczynka.

Szkoda… szkoda… szeptała, ocierając łzy.

Nie o pieniądze chodziło. Szkoda torby pierwszej eleganckiej, którą sobie kupiła. Z portfelem w tym samym granatowym kolorze. Dumała, krocząc przez biurowy korytarz… Teraz trzeba będzie zanosić do kaletnika zostanie blizna, na torbie i… w duszy.

I teraz było jej znowu szkoda. Pewnie to tamten facet z izby przyjęć.

Nie trzeba, pani leży, ja zaraz przyniosę ciśnieniomierz. Cicho, cicho…

Pielęgniarka odeszła. Halina zapadła w sen miękki, łagodny jak toffi…

Sebastian, wyszedłszy z łazienki, zapomniał o matce. Iwona przypominała, dzwoniła, Halina nie odbierała.

Coś się stało, Seba. Trzeba szukać. Zadzwoń do pracy.

Mama zawsze wszystko załatwi. Pewnie nawet respirator ma zarezerwowany. Daj spokój, Iwona.

Usiadł z piwem przed telewizorem ogromnym, prezentem od matki. Było dobrze. Iwona, podrapawszy się po ramieniu, wyszła i znów zadzwoniła do teściowej.

Między nimi królował chłód. Nie kłócili się, ale i czułości nie okazywali.

Halina nie umiała inaczej kochała czynami. Nowe okna (syn okniarki bez dobrych okien nie mógł być), remont w łazience, samochód dla syna, karnet na siłownię dla Iwony, dobre jedzenie, tkaniny. Nie narzucała się, po prostu zapraszała, szła do sklepu, wybierały, co najlepsze.

Iwona długo odmawiała, teraz bierze, ale podświadomie zbiera, by oddać dług.

Halina tak kochała. Może nie umiała, może się oduczyła. Sebę obdarowywała zabawki, sekcje, meble, rolki, magnetofon, wczasy nad morzem (ale sam jechał do kolonii, ona przyjeżdżała, kiedy mogła). W przedszkolu sama naprawiała ogrzewanie, w szkole załatwiała basen, dzieci uczyły się pływać. Po co? Bo kochała a on jej nienawidził, odpychał. Kupowała miłość? Nie, po prostu chciała synowi dać to, czego sama nie miała.

Kiedy syn powiedział, że się żeni, Halina była zaskoczona. Dopiero co kupowała mu resoraki a tu zaraz ślub. Uroczystość w dobrym lokalu, sukienka taka, jak Iwona chciała najlepszy butik, najwygodniejszy fason.

Iwona próbowała zbliżyć się do teściowej, ale ta trzymała dystans. Praca, sprawy, zamówienia, profile, reklamacje, sądy Halina ciągnęła wszystko sama, jak zaprzężona klacz.

Jeszcze raz zadzwoniła Iwona. Odpowiedziała pielęgniarka. Zapisała wszystko, kazali przyjść rano w godzinach odwiedzin.

Pani śpi, musiała się wykończyć. Proszę przynieść wygodne ubranie, coś ciepłego. Iwona kiwała głową.

Seba leżał już na sofie, grał na laptopie. Żona chciała coś powiedzieć, ale nie zaryzykowała. Wzięła klucze do mieszkania Haliny i wyszła po cichu

Halina obudziła się wcześnie. Na sali szmer, ktoś kichał.

Piękne panie! Kto Baranowska?! Pani?

Halina próbowała zebrać włosy, ale brakło jej sił.

Ja Baranowska.

Siedziała w białej bluzce i spodniach. Płaszczyk i czapka leżały w worku, buty schowane. Rozpięta bluzka lekko prześwitywała. Zawsze kupowała sobie delikatną bieliznę, nie lubiła przeciętności. Ale mało co było w jej rozmiarze, musiała zamawiać z zagranicy.

Sąsiadka z zaciekawieniem kontemplowała Halinę, tamta speszona, otuliła się kocem.

Rączka do pobrania krwi, Baranowska pielęgniarka sprawnie trafiła w żyłę, Halina nic nie poczuła. Nagle rozległ się dzwonek telefonu.

Przepraszam, z pracy wyjaśniła Halina, wyszła do korytarza, usiadła.

Zamówienia, projekty, rozmowy sypały się, jakby wcale nie była w szpitalu. Ostatecznie zniecierpliwiona powiedziała, że jest chora, jest zastępca proszę dzwonić do niego.

Odłożyła telefon, bezsilnie opuściła ramiona. Duma ustąpiła miejsca zwykłej, zmęczonej chorej kobiecie.

Dostała szpitalną piżamę, szlafrok. Przejrzała się w lustrze i przekrzywiła kącik ust plamy pod oczami, potargane włosy, trzy złamane paznokcie.

Proszę do sali, za chwilę obchód i śniadanie oznajmiła pielęgniarka ta sama, co wczoraj. Dzwoniła pani córka, czyli Iwona. Przyjedzie dzisiaj. Proszę się nie martwić.

Po co to wszystko? wstała Halina, wzbijając się wzwyż niczym góra. Ona nie moja córka, to synowa.

Przyjedzie. Obiecała. Halina, nie poznajesz mnie? spojrzała w górę pielęgniarka. Ja, Katarzyna Pegza. Leżałyśmy razem… Po czym No, wtedy, po dziecku…

Halinę przeszył ostry ból. Przypomniała sobie, usiadła. Katarzyna była jedyną, która z lekarzami znała jej tajemnicę Halina, wyśmiewana przez całe dzieciństwo, była w ciąży z chłopakiem, który pobawił się nią z ciekawości, potem odszedł. Dziecko zabrała z tego świata. Katarzyna pogłaskała ją wówczas po włosach, szeptała, że jest wspaniała A wokół pełno złych ludzi…

Katarzyna… nie poznałam… Pracujesz tu? Brawo!

Tak. Masz syna? Super! usiadła Katarzyna. Ja mam dwie córki, gaduły, mam już wnuczki, w domu hałas. A mąż?

Katarzyna ucichła.

Nie miałam, nie mam. Bóg z nim. Sama siebie wyhodowałam. Myślałam, wyrośnie i będzie mnie bronił Ale nie jestem mu potrzebna. Całe życie sama siebie bronię

Zanim Katarzyna zdążyła odpowiedzieć, idący korytarzem lekarze rozpoczęli obchód. Halina położyła się, Katarzyna pojechała do domu.

Szybko minęło śniadanie. Halina się oswoiła, rozejrzała. Współlokatorki ciche, w jej wieku. Jedna, Zina, non stop chrupała sucharki.

Sucharki? Waniliowe? Sucho to niezdrowo! Trzeba popijać! napominała Halina.

Nerwy. Wybaczcie, nie mogę inaczej szepnęła Zina. Herbata nie trzeba

Ale czemu nie?! Gdzie tu można nalać herbaty? bohatersko Halina wypłynęła do stołówki, notując wzrokiem podarty linoleum oraz to, że przydałyby się nowe okna. Jej pracownik mógłby naprawić

Już niesie sąsiadce herbatę.

Pij, Zina. Nie wiem, ile cukru, ale trzeba napić się! rozkazała.

Zina potakując, z rozrzewnieniem wypiła łyk.

Pani bardzo dobra szepnęła Zina. O, tam jakaś dziewczyna. Machająca pani.

Halina spojrzała na drzwi. Stała tam Iwona, śmieszna w niebieskim fartuchu i butach na fartuchu.

Dzień dobry. Wołam i wołam… Nie będę krzyczeć, przepraszam, do Haliny Wysockiej Iwona postawiła paczki przy kubkach i sucharkach Ziny.

Iwona, nie trzeba było zawstydzona Halina.

Nie ma sprawy! Proszę się przesunąć Iwona zapakowała głowę w torbę. Tu piżama, tu sweterek, tu kardigan. Kosmetyki, przekąski. Herbata, kawa. Bielizny już nie ciągnęłam zabrakło mi rąk.

Halina, ogromna, z czubkiem rozczochranej grzywki, ledwo powstrzymała łzy. Zadrżało jej całe ciało pod szpitalnym uniformem.

Ciociu Halinko, co się dzieje?! Ojej, no dajcie spokój! Ubierz się, ja idę do lekarza!

Iwona wybiegła, a Halina stała niepewna, patrząc na peniuar i torbę.

Życie powoli się sklejało. Baranowska nigdy do siebie nikogo nie dopuszczała nawet synową. A tu proszę przyjeżdża, troszczy się. Dla pieniędzy? Kto wie… A jednak miło!

Kilka razy dzwonił syn, ale Halina nie odebrała. Nie wiedziała, co powiedzieć.

Wróciła Iwona od lekarza, usiadła obok, pogryzła obrączkę na palcu. Nie powiedziała jeszcze, że chce się rozwieść. Po co drażnić Halinę…

W nocy Halina leżała, odwrócona do ściany, płakała sama nie wiedziała, czemu.

Następnego dnia przywrócono jej portfel i pierścionek.

Ten facet obrabował panią na izbie przyjęć. oznajmili ochroniarze. Już go nie ma. Zatkane serce. Burwacki Nikodem uzupełnili.

Halina skinęła głową. Teraz rozpoznała Nikodem Burwacki, najlepszy sportowiec w jej sekcji, prawie mistrz. Gładził ją kiedyś po plecach, przysięgał, że piękniejszej nie ma. Kłamał, a ona wierzyła. On umarł, ona żyje.

I wcale nie z kamienia jest, tylko bardzo dawno zapomniała, jak oddycha się swobodnie i radośnie.

Ale teraz wszystko się zmieni. Ma Katię, Zinę, ma Iwonę naiwną, a przez to jeszcze cenniejszą, ma pracę, sprawy, wiosnę i niezapominajki, które jeszcze musi zasadzić, ma setki spraw do ogarnięcia, z którymi nikt sobie nie poradzi. I wnuka jeszcze maleńkie ziarenko. Halina widziała go na zdjęciu z USG.

Iwonko, nigdy nie oczekuj od niego wdzięczności. Kochaj go bezwarunkowo i powtarzaj mu to. Ja nie mówiłam teraz cierpię rzekła kiedyś Halina. Kobieta musi kogoś kochać, bo inaczej skamienieje.

Iwona przytaknęła. Nie, nie była Halina Wysocka kobietą z kamienia, tylko bardzo delikatną i kruchą. Duża, statna, szeroka, ale słaba Halina Baranowska, która kiedyś wrzasnęła na świat z całych płuc, witając ten świat…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery + dwanaście =

Kamienna kobieta