Kamienna kobieta
Gabrysia Fedorowiczowa przyjechała karetką, zabrano ją z ulicy. Upadła w sam środek wstrętnej, zimnej brei, nie miała sił się podnieść. Dwóch mężczyzn wsadziło wiotką Gabrysię do auta, przywieźli ją do Izby Przyjęć.
Wysoka, tęga kobieta w eleganckim garniturze, na obcasach typu kieliszek, z dyskretnym makijażem, podkreślającym lekko wyłupiaste oczy i wydatne usta, w uszach ciężkie kolczyki z bursztynami, skórzana torebka na kolanach Gabrysia wjechała do poczekalni, zdecydowanie odmawiając położenia się na noszach. Gdy już doszła do siebie, zgromiła kierowcę za tytoniowy zapach, pielęgniarce wytknęła niedbałość, a młodemu praktykantowi z medycznego technikum kazała trzymać się z daleka.
I tak nie miałem ochoty! mruknął tamten urażony.
A pan jeszcze pyskuje?! Pokażemy sobie, kto do kogo się dotyka! odpowiadała, poruszając ramionami i rozsiadając się wygodniej w krześle. Gabrysia zmrużyła oczy, przysunęła torebkę bliżej brody i rozglądała się po szpitalu wzrokiem wymagającego kontrolera. Brwi ściągnęła na środek twarzy, jakby były wydłutowane z granitu. Skóra Gabrysi była poprzecinana naczynkami, zamaskowanymi pomadą, lecz teraz, gdy się spociła, podkład brzydko zbierał się w zagłębieniach zmarszczek. Proszę mnie zawieźć dalej. Tu przeciąg, nie zamierzam czekać! rzuciła, zerkając na zatłoczony korytarz.
Kobieta w rejestracji chłodno popatrzyła na Gabrysię w futrze do ziemi, wyrwała dokumenty z rąk pielęgniarza i oświadczyła, że teraz wszystko należy do nowej pacjentki, a chłopaki mogą wracać.
Przełom nadciśnieniowy, utrata przytomności na ulicy Nie uderzyła się w głowę Teraz ciśnienie referował praktykant w niebieskim uniformie.
Dobrze, Romek. Idź już, i tak tu tłok! poklepała chłopaka pielęgniarka. Przypominał ją uderzająco, najpewniej syn.
Bez znajomości trudno się odnaleźć pomyślała Gabrysia odruchowo.
Ból głowy ją ścinał, dłonie słabły, bezwładnie opadały na kolana, a skórzana, markowa torebka zsuwała się na podłogę już nie miałaby siły jej podnieść. Sił nie było na nic. Nawet na mówienie. Usta suche, język jakby spuchnięty, przyklejony do podniebienia, chciało się pić.
Poproszę trochę wody powiedziała głośno i wyraźnie, choć do nikogo wprost się nie zwracała.
Nikt nie zareagował. Ludzie krzątali się, rodziny przepychały wózki, pocieszały, dopytywały, potrząsały nieprzytomnymi. Wokół z pośpiechem przemieszczali się lekarze, poprawiając stetoskopy, czytając papiery na biegu, kierując chorych na badania, krzycząc polecenia. Pielęgniarki uwijały się w swoich sprawach, w ogóle nie dotykających Gabrysi.
Gdzie Baranowska? Baranowska, kto? zapytała jedna z medyczek, jak ironicznie określiła je Gabrysia.
Tutaj jestem odpowiedziała, najpierw cicho, potem głośniej. Tu jestem!
No, pani, słoik do próbki moczu, toaleta tam, potem do poboru krwi. Czapkę, proszę ściągać! U nas nie Syberia!
Gabrysia zapomniała, że ma na głowie futrzaną czapkę jak bohaterka z Wesela. Nic dziwnego, że pot ścieka po czole i pali skroń.
Z niechęcią ściągnęła czapkę, rozejrzała się, gdzie ją schować, wcisnęła do torebki. Skórzana, włoska torba była już wypchana umowami. Gabrysia nie zamierzała tu leżeć; jak poczuje się lepiej, wraca do domu. Jako dyrektorka dużej spółki od okien nie miała na to czasu.
Pielęgniarka położyła słoik na kolanach Gabrysi.
Gabrysia Fedorowiczowa Baranowska potężna, szeroka w barach kobieta. Zawsze taka była duża już przy narodzinach, w dzieciństwie, w młodości. Jaka ona ogromna! szeptano matce, gdy z zawiniątkiem córki szła do przychodni. Ale pani ma numer buta! dziwiły się sprzedawczynie. W podstawówce wyrosła ponad wszystkie dzieci. W przedszkolu czuła się jak Guliwer wśród drobnych ludków, wszyscy trzymali się z boku, wytykali dziwactwo. Dopiero na lekkoatletyce, do której mama ją zapisała z wygody, poczuła się pewniej. Dysk, kula Gabrysia odnalazła się w siłowych konkurencjach. Raz się mocno sparzyła pomyliła męskie zainteresowanie z prawdziwym uczuciem. Po tych błędach, po pogrzebaniu matki i samotnym przejściu przez burze zrobiła z siebie kobietę, na którą wszyscy patrzyli z podziwem, strachem i rezerwą.
Początkowo pracowała w administracji spółdzielni zawiadywała majstrami, ogarniała remonty. Potem przyszła transformacja, firmy wyrosły jak grzyby po deszczu. Gabrysia budowała z chłopakami, przez sylwetkę miewano ją za faceta; gdy sprawa się wyjaśniała, bywało śmiesznie, lecz nikt jej nie dokuczał. Swoja. Była surowa, nie znosiła biesiad. Samotna, kamienna.
Kamienna baba mówili za plecami.
Potem założyła własną firmę Okna Świata. Rozpracowała branżę, zyskała szacunek. Podwładnych nie rozpieszczała herbatkami byli za nią jak za murem. Jako szefowa, dyktowała nawet szczęście: kazała się badać, wysyłała z polecenia do restauracji na jubileusz, organizowała badania profilaktyczne, w święta przygotowywała prezenty, ale nigdy nie przebierała się za Śnieżynkę. Uznała, że przy jej rozmiarach to niepoważne.
Wiedziała o wszystkim. O testach ciążowych sekretarki, o rodzinnych hałasach, o dzieciach zdających egzaminy, o kuzynach z Radomia, których trzeba było zorganizować. Wszystko miała pod kontrolą. Chroniła siebie, potem innych słabszych, wykluczonych, takich, których życie nie oszczędzało jak ją.
Nie miała przyjaciółek i dobrze. Nikt nie podetnie jej skrzydeł szyderczym nasza dryblas.
Kamienna nie myliła się, nie owijała w bawełnę. Jeśli musiała kogoś zwolnić, zanim to zrobiła, znajdowała mu nową ścieżkę. Odpowiedzialność spadała z niej.
Tyranka? Nie, raczej parowóz pędzący ku lepszej przyszłości. Niech tylko ktoś stanie mu na drodze miażdży bez ostrzeżenia. Ten parowóz, Gabrysia, miał też swój wagonik: synek Jacek. Dla niego się starała.
Kto nie znosił jej stylu, odchodził ale takich nie było wielu. W czasach kryzysu Gabrysia zebrała wokół siebie lojalny, sprawdzony zespół.
Teraz to na nich opiera się firma. Leży w szpitalu i ma nadzieję, że dopilnują, by nie przepadły żadne umowy
To co to ma być?! Nie idę nigdzie! ze złością rzuciła słoik na ziemię. Przełom nadciśnieniowy mam, muszę leżeć. Nie umiecie czytać?!
Nie wrzeszcz, moja kochana! odezwał się mężczyzna o niechlujnym wyglądzie z bandażem na głowie. Podniósł słoiczek. Chcesz, to ja za ciebie oddam! Ale wtedy oddasz mi czapkę. Nie za darmo! Oj, lubię takie dziewczyny!
Sobie pomóż! odpyskowała Gabrysia i odbiła się nogą, podjeżdżając wózkiem do ściany. Nadgarstki odbiły dwie niewielkie wgniotki w tynku.
Kobieto! Nie róbcie szkód! Malowaliśmy przed tygodniem! fuknęła inna kobieta z identyfikatorem. Sylwia, czyja ona jest? Gdzie ją dać?
Jestem własna, nikogo nie potrzeba. Podajcie mi adres tego przybytku, zamówię taksówkę. Telefon… Chwileczkę…
Dokąd pani tak gna?! Taksówkę się jej zachciało! Siedzieć, zaraz przyjdzie lekarz, odpocznie pani tym razem łagodnie perorowała kobieta, która wcześniej była mniej uprzejma.
Ale pacjentka już gdzieś dzwoniła.
Jacek? Magda, połącz mnie z synem! zaordynowała twardym głosem do słuchawki. Wiem, wiem, ale ważna sprawa. Leżę w szpitalu, a jutro mam ważne spotkania. Potrzebuję Jacka.
Nie rozkazywała nie lubiła tego, choć potrafiłaby krzyknąć, że wszystkim odechciałoby się pyszczyć. Ale nie chciała. Streszczała sytuację zdecydowanie, by słuchacz zrozumiał, jak jest poważnie, a potem mówiła, czego potrzebuje.
Magda, synowa, poszła do łazienki, zapukała.
Twoja mama dzwoni. Jest w szpitalu.
Co?! Magda, nie rozumiem, poczekaj, dziesięć minut, kończę! odpowiedział Jacek za drzwiami, znów puścił wodę pod prysznicem.
Słyszał, co powiedziała? Na pewno. Ale skoro matka dzwoni, to żyje, kontaktuje, więc dziesięć minut nie ma znaczenia. Może poczekać.
A przecież Jacek czekał na mamę przez całe dzieciństwo.
Matka miała swoje sprawy, czasy się zmieniły, pojawił się biznes, przeprowadzili się na nowe mieszkanie dzięki firmie okiennej. Gabrysia wymieniła okna w Jackowej szkole, zorganizowała znajomym remonty, bo poza oknami miała ekipy budowlane, znajomości. Wszystko rozstawiała po kątach, kierowała, podpisywała i rozwiązywała. Tylko jedna rybka z zabawnym, kolczastym imieniem Jacek stale była w innym stawie.
Nie krzyczała na niego, nie biła. Po prostu przychodziła, sprawdzała lekcje, kiwała głową dobrze. Źle poprawiaj. Do perfekcji mówiła. Wyjaśniała potem rzeczowo, po co dobrze się uczyć, starać, pracować nad sobą.
Niczego miękko mu nie tłumaczyła nie przytulała, nie chwaliła. Nigdy nie mówiła, że po prostu kocha go takim, jaki jest. Milczała.
Ona mnie nie kocha, tak już jest! doszedł do tego w wieku dziewiętnastu lat. Dobrze, że dzięki niej mógł ukończyć szkołę bez pracy, miał ułatwienia. Ale to jej obowiązek postawić dziecko na nogi. Skoro już je urodziła, to niech się troszczy. Szpital to nic wielkiego…
Gabrysia usłyszała, jak Magda mruczy, że Jacek oddzwoni za dziesięć minut.
Pani Gabrysiu, co się stało? zapytała Magda. Mogę pomóc?
Gabrysia rozłączyła się bez słowa. Teraz na pytanie rejestratorki, czyja jest, może szczerze odpowiedzieć: niczyja. Sama sobie. Syn oddzwoni, kiedy uzna to za stosowne, synowa żuje gumę i pewnie boi się, że teściowa zaraz się rozchoruje i uwiąże ją do swojego ogromnego ciała. Niczyja i dobrze.
Gabrysia znów spróbowała wstać, oparła się o ścianę. Wózek odjechał, nogi się podkuliły. Padła na podłogę jak worek. Słoiczek potoczył się po kafelkach, torebka z firmowym logo rozlała zawartość, a futrzana czapka przytuliła się do policzka.
No żesz, cholera ryknął bezdomny, rzucił się podnosić Gabrysię. Przy okazji wsunął jej portfel do kieszeni i zdjął z palca pierścionek z bursztynem.
Kogoś jej ten typ przypominał, nie mogła zidentyfikować
Nic nie czuła, oddychała ciężko, z głową przechyloną, w uszach dudniły słowa: Trzymaj się prawej strony, trzymaj się prawej strony…
Gabrysia zwykle jeździła do biura z kierowcą, Romualdem Gawlikowskim. Przyjeżdżał zawsze o 7:30, otwierał drzwi, poprawiał palto, włączał Chopina i wyjeżdżali na miasto. Romuald był lojalny jemu też było dobrze za sprawą znajomości Gabrysi: leki dla chorej żony, tańsze wczasy, paczki świąteczne, bonusy. Bywało, że w nocy dzwoniono do niego szybka kontrola w Gdańsku, reklamacje dostaw okien. Rzucał wszystko i pędził. Gabrysia, zgodnie z etykietą, przepraszała, choć nie musiała.
Dziś jednak kierowca nie dojechał zderzył się ze śmieciarką we własnym bloku.
Pani Gabrysiu, dzwonimy po taksówkę?! Ale się wpakowaliśmy! lamentował kierowca.
Nie trzeba, pojadę metrem odparła Gabrysia, choć już od rana czuła się gorzej. Przestraszyła się zderzenia? Tak. Mocno? Nie. Była kamienna, niewzruszona od czego miała środki, które wszystko załatwią. Rozwiąż sprawę, dokumenty dostarcz mi potem, trzeba naprawić samochód.
I ruszyła do metra jak wielka, rudawo-szara chmura. Przechodnie schodzili jej z drogi. W kinie mogłaby zagrać olbrzymkę i nie przesadziłby nikt z obsadą.
W metrze było duszno, ludzie płynęli strumieniami, czasem stawali, potem ruszali na nowo. Trzymaj się prawej strony… usłyszała w podziemnym przejściu na stacji Świętokrzyska. I wszyscy się trzymali. Gabrysia musiała się trzymać prawej, inaczej stratowaliby ją biegnący studenci. Wszyscy dokądś pędzili
Dzień się kończył, Gabrysię po zabiegach w Izbie Przyjęć zawieziono na oddział, z trudem przeniesiono na łóżko, przykryto prześcieradłem. Do siebie wracając, słyszała wciąż Trzymaj się Trzymaj
W sali półmrok, pachniało perfumami, lekami, dziwnie też kaszą i waniliowymi sucharami. Gabrysia uwielbiała te ostatnie, choć rzadko je kupowała.
Trzecie piętro, z okna nie widać hałaśliwego Marszałkowskiego, pełnego świateł jak choinkowa girlanda
Ach, pamięta jak kupiła taką girlandę w Smyku. Szła po Jacka do przedszkola siedział sam, na ławce, wychowawczyni już w płaszczu.
No i przyszła mama! Widzisz, niepotrzebnie się martwiłeś! zawołała soczystym głosem.
Jacek szybko otarł łzy, wkładał czerwony kombinezon z odblaskowymi paskami, bardzo mu pasował, choć udawał, że mu wszystko jedno na złość mamie. Zazdrościł innym: ich matki były ciepłe, ufały dzieciom, przytulały w szatni. Jego matka stała, jak posąg, patrzyła, nie pomagała, nie krytykowała tylko czekała.
Co w pudełku? zapytał.
To cudo, synku! Girlanda. Zawiesimy na choince, ślicznie będzie świecić! odpowiedziała niespodziewanie z entuzjazmem. On się zdziwił bywa, że matka jest normalna.
W drodze marzył, jak girlanda rozbłyśnie na ich mizernej choince. Jutro opowie dzieciakom!
Ale wieczorem… nie zaświeciła. Matka szybko zwinęła przewód do pudełka.
Jemy kolację. Muszę jeszcze prasować.
Po dwóch dniach przyniosła naprawioną przez majstrów z pracy. Ale Jacek był już chory, nikt się nie dowiedział o cudownej choince.
A dziś jakby Ktoś rozciągnął taką girlandę nad miastem, podłączył do ludzkich serc, a żarówka Gabrysi się przepaliła. Trzeba ją naprawić
Drzwi się uchyliły, weszła drobna pielęgniarka w różowym kitlu.
Proszę nie otwierać oczu, zetrę pani tusz, żeby nie szczypał. Spokojnie, sama zrobię!
Miękka, wilgotna wacika dotykała jej policzków, pielęgniarka szeptała coś cicho
Gabrysia pomyślała o matce od dawna nie żyjącej. Niedawno była na jej grobie, zapłaciła facetom za odmalowanie ogrodzenia, poprawienie nagrobka. Zasiała niezapominajki nie wiedziała nawet, czy nie za późno. Rozsypała nasiona na mogile gestem szerokim, pewnym.
Przysypać ziemią? Gołębie wszystko wydziobią dopytywali panowie, licząc na grosz więcej. Kamienna kobieta nie odpowiadała, potem wyciągnęła jeszcze parę banknotów i odeszła. Na wiosnę, wiadomo, i tak nic nie wyrośnie ale oby doczekać
Mama, kiedy Gabrysia chorowała, przecierała jej twarz wilgotnym ręcznikiem, pachnącym świeżym powietrzem.
Nie trzeba Nie warto odwróciła się ze wstydem.
Proszę nic nie mówić. Odpocząć trzeba, nazbierać sił, a pani się sprzecza Już, oczy czyste. Włosy ściągniemy ze spinki Proszę
Pielęgniarka podniosła jej głowę, rozpuściła fryzurę ze spinek.
Zapłacę pani… Gabrysia sięgnęła po torebkę na szafce. Portfel nie znajdę Nie ma.
Rozpłakała się.
To drugi raz w życiu, gdy ją okradziono. Pierwszy raz stała w metrze, na schodach. Ktoś się ocierał z tyłu pijany albo zmęczony. Nawet się nie obejrzała. Już na powierzchni zorientowała się, że torba została rozcięta nożem nie było portfela, zdjęcia Jacka, pamiątkowej jednogroszówki od kolegi z pracy, listy zakupów. Usiadła wtedy na ławce i rozpłakała się, ogromna kobieta, i po prostu żal jej było czego? Nie pieniędzy. Torebki. Dopiero co kupiła sobie porządną, pierwszą markową torebkę, nie wstyd pokazać się na negocjacjach. Portfel też z tej samej cudownie miękkiej skóry. Gdy szła z torebką przez biuro, była z siebie dumna, aż pękała z radości Teraz do warsztatu. Zapadnie blizna na torbie i na duszy
Teraz też żal. To pewnie tamten typ z Izby Przyjęć.
Nie trzeba! Leżcie spokojnie, zaraz przyniosę ciśnieniomierz. Cicho, cicho
Pielęgniarka wróciła, ściśnięta mankietem ręka pobolała, wokół ktoś wzdychał. Gabrysia zapadła w sen, ciepły jak roztopiona krówka
Jacek wyszedł z łazienki i zupełnie zapomniał o matce. Magda dwa razy próbowała się dodzwonić, potem się nie odzywała.
Coś się stało, Jacek! Trzeba szukać! Zadzwoń do niej do pracy, usiadła naprzeciw męża, ale on machnął ręką.
Mama sobie poradzi. Ona pewnie ma nawet respirator zarezerwowany i własne pogotowie. Odpuść, Madzia.
Odsunął ją lekko, wpatrzył się w nowoczesny telewizor prezent od matki. Na ekranie piłkarze biegali, Jacek śledził mecz, grzebał nogami pod stołem.
Dobry telewizor matka kupiła! uderzył się w kolano, łyknął piwa, wrzucił orzeszki do ust.
Magda, masując ramię, znowu spróbowała się dodzwonić do teściowej.
Stosunki były chłodne bez kłótni, ale też bez ciepłego podejścia.
Gabrysia nie miała na to czasu i nie umiała. Okazywała uczucia czynami. Nowe okna (syn oknarki nie może mieć nieszczelnych ram), remont łazienki, samochód dla syna, karta sportowa dla Magdy (kręgosłup), świeże produkty, dobre tkaniny. Nie narzucała się dzwoniła, zapraszała, jechały razem do sklepu. Wybierały to, co Magda chciała, ale spośród najlepszych.
Na początku Magda nie wiedziała, jak reagować, próbowała odmawiać, potem się poddała. Zdecydowała zachować drobne podziękowania i oddać je w przyszłości.
Gabrysia w ten sposób kochała inaczej nie potrafiła albo zapomniała jak. Jacka też kochała: zabawki, kursy, meble, rolki, magnetofon, morze nie z nią, ale ją odwiedzała. Gdy przedszkolu popsuło się ogrzewanie sama wyprosiła naprawę jako początkująca bizneswoman, znająca wszystkie ekipy majstrów. W szkole potrzebny był basen zabiegała o niego, dzieci uczyły się pływać. Po co to wszystko? Kochała Jacka strasznie a on ją nienawidził, odpychał. Kupowała? Nie chciała dać wszystko, czego jej zabrakło w dzieciństwie.
Gdy syn oznajmił, że się żeni, Gabrysia była zaskoczona przecież dopiero kupowała mu zabawki. Ślub zorganizowali młodzi po swojemu, ale w dobrej restauracji, jakiej sam by nie udźwignął. Suknię kupiła Magdzie tę, którą sobie wymarzyła, w najlepszej pracowni.
Magda próbowała zbliżyć się do teściowej, lecz muru nie przeskoczyła. To kamienna kobieta praca, sprawy, narady, projekty, zamówienia, spory, rozprawy sądowe. Gabrysia zaprzągła się raz i inaczej nie umiała.
Magda znów zadzwoniła. Odpowiedział ktoś, nie teściowa jakaś kobieta wszystko zanotowała, kazała przyjechać rano w godzinach odwiedzin.
Pani śpi i bardzo się męczyła. Proszę przynieść wygodne rzeczy, sweter. W salach chłodno… poinstruowała.
Magda kiwnęła głową, podziękowała.
Jacek już przewrócił się na sofę, grał na laptopie. Magda chciała coś powiedzieć nie powiedziała. Spakowała się, wzięła klucze od mieszkania teściowej i wyszła
Gabrysia obudziła się wcześnie. Na innych łóżkach poruszenie, brzęk kubków, ktoś kichnął.
No, piękności, Baranowska która? Pani?
Gabrysia usiadła, próbowała związać włosy, ręka opadła.
Baranowska, to ja.
Siedziała na łóżku w bluzce i spodniach. Futro z czapką na podłodze, w reklamówce. Kozaki na obcasie schowane pod łóżkiem.
Bluzka lekko prześwituje, widać koronkową bieliznę. Tylko taką sobie kupowała choć trudno było o rozmiar, nieraz sprowadzała z zagranicy.
Leżąca obok, na sąsiednim łóżku, kobieta przyglądała się ciekawie Gabrysi. Ta speszona okryła się kołdrą.
Dawać, Baranowska, rękę. Krew do pobrania.
Pielęgniarka zręcznie weszła w żyłę, Gabrysia nic nie poczuła. Potem zadzwonił telefon.
Przepraszam, to z pracy wyszła do korytarza i usiadła.
Pytania, propozycje, zamówienia znowu lawina spraw, jakby była nie w szpitalu. W końcu nie wytrzymała, poinformowała, że leży, jest zastępca, kierujcie sprawy do niego.
Po drugiej stronie usłyszała przekleństwo i koniec rozmowy.
Gabrysia opadła z sił, nagle straciła całą swoją dumną postawę; zwiotczała, jak ciasto, które opadło w piecu.
Dostała szpitalną koszulę i szlafrok. Przebrała się, spojrzała w lustro, uśmiechnęła się ironicznie do rozmazanej twarzy i rozczochranych włosów.
Okazało się, że wczoraj łamiąc upadkiem, połamała też trzy paznokcie, teraz haczyły o koszulę.
Proszę do sali, idzie obchód i śniadanie, powiedziała znajoma pielęgniarka. Dzwoniła pani córka, dziś przyjedzie. Magda. Niech się pani nie martwi, szybko stanie na nogi.
Po co to wszystko robicie? Gabrysia podniosła się wysoko nad kobietą jak góra. Magda nie jest moją córką. Synowa tylko. I wątpię, by
Przyjedzie, obiecała. Gabrysiu, nie poznajesz mnie? cicho zapytała kobieta. Ja jestem Kasia. Przecież leżałyśmy razem w szpitalu. Typopo dziecku
Gabrysię aż zatrzęsło. Pamiętała. Kasia wiedziała o jej bolesnej tajemnicy o tym, że kiedyś ogromna Gabrysia, wyszydzana przez kolegów, zaszła w ciążę przez głupi żart chłopaka, który ją potem zostawił. Usunęła dziecko, została sama. Kasia ją wtedy pocieszała, głaskała po głowie, mówiła, że jest najpiękniejsza. Ludzi złych jest wielu, wszystkich nie wyłapiesz
Kasia Nie poznałam Pracujesz tutaj? Wiedziałam, że dasz radę!
Tak, a ty masz syna. Gratuluję! usiadła Kasia. Ja mam dwie córki, łobuziary, a wnucząt już kilka. A mąż?
Kasia urwała, zawstydzona.
Nie było męża, nie ma i nie będzie. Sama dla siebie rodziłam. Myślałam, że jak urośnie, to będę miała obronę A nie jestem mu potrzebna. Całe życie sama siebie bronię
Kasia chciała mówić dalej, ale zaczęła się obchód lekarski. Gabrysia wróciła do łóżka, a Kasia do domu bardzo chciała spać
Szybko minęło śniadanie. Gabrysia oswoiła się, rozglądała. Sąsiadki były ciche, jej wieku, nieśmiałe. Jedna, Zina, leżąca przy oknie, ciągle coś gryzła w całej sali chrupało.
Suchary? domyśliła się Gabrysia. Lubi pani waniliowe. Ale jeść je na sucho szkodzi! Należy maczać w herbacie!
Napięcie nerwów Przepraszam, postaram się ciszej. Mąż na innym piętrze, po udarze Jak nie żuję, nie wytrzymuję. A herbata Nie trzeba, to kłopot.
Jak to kłopot?! Zaraz przepraszam, gdzie można nalać herbaty? Gabrysia wyprostowana, dostojna w szlafroku, wpłynęła do stołówki.
Wszystko zauważyła wybrzuszony linoleum, kuchenne sprzęty wymagające wymiany, i oczywiście okna do regulacji. Miała przecież fachowców, potem zadzwoni
I już sunęła korytarzem, niosąc kubek gorącej, słodkiej herbaty.
Pijcie, Zina. Nie wiem, ile kto słodzi. Ale napić się trzeba!
Sąsiadka przytaknęła i upiła łapczywie.
Dobra pani jesteście, kiwnęła Zina. O, a tu jakaś dziewczyna. Macha do pani.
Gabrysia spojrzała za drzwiami stała Magda z siatkami, w niebieskim fartuchu i plastikowych ochraniaczach na buty.
Dzień dobry. Wołam i wołam… Nie będę przecież krzyczeć. Przepraszam, przyszłam do pani Gabrysi Magda rzuciła reklamówki obok papci teściowej. Zina uśmiechnęła się i odwróciła.
Nie trzeba było, sama sobie radzę… Gabrysia pokręciła głową.
A właśnie, że trzeba! Proszę, tu piżama, tu szlafroczek, sweter. Tu higiena, tu słodycze z pani ulubionych sklepów. Herbata, kawa. Pościeli nie taszczyłam, nie starczyłoby rąk.
Gabrysia urosła przy niej jeszcze bardziej, a na szczycie tej góry drżał kępek zmiętej grzywki. Sama się trzęsła, piersi falowały pod szpitalnym kitlem.
Co się dzieje?! Dajcie spokój! Magda zdębiała. Szybko się przebierzcie, ja lecę do lekarza!
Wyskoczyła, a Gabrysia patrzyła na rzeczy, siatki, szlafroczek.
Życie zaczęło się sklejać. Dotąd musiała iść przez odłamki marzeń, poobijana i twarda. Teraz ktoś jednak przebił się przez jej skorupę, nawet synowa. Czy dla pieniędzy? Zobaczymy Ale miło, że przyjechała!
Dwa razy zadzwonił syn, Gabrysia nie odbierała nie wiedziała, co powiedzieć.
Magda wróciła, usiadła obok, kręciła obrączkę. Nie powie jeszcze, że myśli o rozwodzie. Nie teraz, nie Gabrysi.
Nocą Gabrysia płakała do ściany, sama nie wiedząc, czemu.
Następnego dnia oddano jej portfel i pierścionek.
Ten człowiek okradł panią w Izbie Przyjęć. Zmarł na serce. Bury Tomasz, dodali.
Gabrysia skinęła głową. Teraz poznała to był najlepszy sportowiec w ich sekcji. Gładził ją po plecach, kłamał, że piękniejszej nie ma. Kłamał, wierzyła. Umarł. Ona przeżyła.
I wcale nie jest kamienna tylko dawno już nie umiała żyć lekko i oddychać pełną piersią.
Ale teraz to się zmieni. Ma Kasię, Zinaidę, Magdę prostą, naiwną Magdę, ma swoją pracę, wiosnę, niezapominajki, które jeszcze trzeba posiać, i wnuka jeszcze tylko na USG, malutką kropeczkę. Widział na zdjęciu.
Magdo, tylko nigdy od niego niczego nie wymagaj. Ale kochaj i mów o tym. Ja nie mówiłam i dziś się męczę, zwierzyła się Gabrysia. Kobieta musi kogoś kochać, bo inaczej kamienieje.
Magda przytaknęła. Nie, Gabrysia Fedorowiczowa nie jest twarda jest czuła, wrażliwa. Ogromna, dumna, szeroka, ale bardzo słaba Gabrysia Baranowska, która kiedyś, niemowlęciem, rozdarła się na cały światA kiedy wypisano ją ze szpitala i wróciła na znajomą ulicę, świat wyglądał inaczej. Słońce oświetlało szkliste okna kamienic, jakby chciało pokazać, ile w nich życia i wspomnień. Gabrysia szła powoli, wyprostowana, trochę uboższa o ten strach i samotność, z którymi walczyła. Po każdej stronie szła ktoś innyZina, która teraz dzwoniła co wieczór, by opowiedzieć dowcip lub podzielić się przepisem na waniliowe sucharki; Magda, z ramieniem gotowym do uścisku; Kasia, przysyłająca rysunki wnucząt z napisem Ciocia Gabrysia.
W biurze witano ją ostrożnie, lecz kiedy zobaczyli, jak z uśmiechem przyjmuje kawę od młodej sekretarki, wiedzieli, że coś się zmieniło. Nie śpiesz się, Gabrysiu, powtarzała Magda w słuchawce, świat poczeka. Gabrysia już nie spieszyła. Siadała czasem w parku, patrzyła na matki karmiące dzieci, puszczających latawce, na stare kobiety sunące w słońcu. W ramionach niosła torbę pełną niezapominajek kupionych od staruszki na rogu. Rozsypywała je szerokim gestem na rzadkiej trawie, tam gdzie nikt nie patrzył i gdzie życie czasem zaczyna się na nowo.
Pewnego wieczoru, kiedy zmierzch skraplał się na szybach, zadzwonił Jacek. Mówił długo, powoli jak nigdy dotąd. Na końcu zapytał nieśmiało: Mamo a może przyjdziesz kiedyś do nas na obiad? Magda zrobiła zupę dyniową, wnuk narysował ci obrazek
Gabrysia zamknęła oczy, by nie wybuchnąć płaczem. Przyjdę powiedziała. Jeśli tylko mnie zaprosicie.
Wszystko, co było ciężkie i twarde, rozsypywało się pod jej stopami jak stara skorupa. Teraz potrzeba było tylko jednego kroku. Gabrysia zrobiła go wolno, jakby odmierzała własne serce.
Nie była już kamienna. Rzuciła cieńcień długi, ciepły i przydatny, pod który można się schronić, albo po prostu odpocząć. I wreszcie rozciągnęła w duszy girlandę światła. Dla siebie i dla tych, którzy chcieli przy niej być.
A wiosną wiadomo niezapominajki jednak zakwitły.



