„Już nie mogę dłużej żyć w kłamstwie – wyznała przyjaciółka podczas kolacji”

Nie mogę już dłużej żyć w kłamstwie wyznała przyjaciółka przy obiedzie.
Co ty, oszalałaś? Ile to kosztuje?! Łucja prawie upuściła menu, widząc ceny deserów.

Wiktoria machnęła ręką, poprawiła szalik na szyi i uśmiechnęła się tym charakterystycznym uśmiechem, którym zwykle witała nieproszonego gościa, gdy w domu panuł bałagan.

No, Łucjo, raz w roku można sobie trochę polecieć jej głos drżał, choć chciała wyglądać na beztroską. Kelner! Dwa tiramisu i dwie kawy. Dwa americano.

Kelner, młody chłopak z elegancko zaczesanymi do tyłu włosami, skinął głową i zniknął cicho niczym duch. Łucja patrzyła za nim zdziwionym wzrokiem, po czym znów skupiła się na przyjaciółce.

Wiktoria, przecież jesteś na emeryturze. Skąd masz na to pieniądze? Mogłyśmy po prostu usiąść w zwykłej kawiarni rozejrzała się po sali, pełnej marmuru, kryształowych żyrandoli i białoszkarłatnych obrusów.

Nawet powietrze pachniało inaczej, drogo i z nutą obcych perfum oraz świeżych kwiatów w wysokich wazonach.

Bo tego właśnie potrzebuję. Właśnie tutaj, właśnie dziś przycisnęła serwetkę tak mocno, że kości palców pobieleły.

Zawsze dbała o dłonie, smarowała je kremem co wieczór i nosiła rękawiczki zimą. Łucja pamiętała, jak w młodości marzyły o rękach jak u tancerzy. Wiktoria rzeczywiście miała zadbane dłonie i delikatny różowy manicure, ale teraz drżały.

Wiktorio, co się stało? pochyliła się nad stołem, głos przyciszona. Czy jesteś chora?

Od razu wyobraziła najgorsze: nowotwór, cukrzyca, serce. W jej wieku wszystko jest możliwe. Sąsiadka Zosia dopiero w zeszłym miesiącu zmarła, choć wydawała się zdrowa.

Nie czyli tak. Nie wiem zdjęła okulary, przetarła je krawędzią szalika i założyła z powrotem. Oczy były czerwone, wyraźnie płakała niedawno. Po prostu jestem zmęczona, Łucjo. Tak zmęczona

Kelner przyniósł kawę i ciastka. Tiramisu wyglądało jak dzieło sztuki, posypane kakao i ozdobione listkiem mięty. Łucja odruchowo wzięła łyżeczkę, ale nie zjadła, tylko kręciła nią w palcach.

Z czego jesteś zmęczona? Z życia? My wszyscy jesteśmy zmęczeni. Emerytura to grosik, ceny rosną, dzieci dzwonią raz w miesiącu, wnuki przyjeżdżają tylko na urodziny. Nie jesteś jedyna.

Nie pokręciła głową Wiktoria, a Łucja zauważyła, że jej włosy przybrały matowy odcień, mimo że zawsze dbała o fryzurę w dobrym salonie. Mam dość kłamać. Rozumiesz? Każdego dnia, każdej minuty. Kłamać dzieciom, tobie, sąsiadom, sobie.

Łucja odłożyła łyżeczkę. Serce zadrżało niepokojąco pod żebrami.

Jaki kłamstwo, Wiktoro? O czym mówisz?

Wiktoria odchyliła się w krześle, zamknęła oczy. Rzęsy, naładowane tuszem, drżały na powiekach. Zawsze była piękna, nawet w swoich sześćdziesiątych, zachowała smukłość i wdzięk. Łucja często zazdrościła jej sylwetki; jej własna już dawno straciła kształt, a Wiktoria wciąż była jak chude drzewko.

Gienka nie ma wyszeptała Wiktoria i otworzyła oczy. Nie ma już półtora roku.

Tiramisu nagle wydało się Łucji zbyt słodkie, choć nie spróbowała go. W gardle przesuszyło się.

Co? Mówiłaś w zeszłym tygodniu, że wyjeżdża na ryby z panem Kowalskim. Jak to nie ma?

Zmarł. Zawał. Na działce, kiedy kopał grządki. Znalazłam go wieczorem, leżał twarzą w ziemię, trzymał łopatę w ręku.

Łucja poczuła dreszcze po plecach, słowa utknęły w gardle.

Zadzwoliłam po karetkę kontynuowała Wiktoria, nadal spokojnie, choć ręce drżały mocniej. Przyjechali, stwierdzili zgon. Potem pogrzeb. Pochowałam go na Cmentarzu Tłumackim, tam, gdzie pochodzą jego rodzice.

Dlaczego nie powiedziałaś nikomu? Spotykamy się co tydzień! Mogłam pomóc!

Nie wiem wzięła łyżeczkę, nabrała tiramisu, podniosła je do ust, ale nie zjadła i odłożyła z powrotem. Najpierw myślałam, że powiem. Ale potem Ania z Warszawy zadzwoniła, pytała, jak ojciec, i ja musiałam udawać, że wszystko w porządku, że gada w garażu. A ja stoję przy oknie, patrzę na cmentarz widać go z balkonu i zaczynam kłamać.

Boże, Wiktorio

Potem było łatwiej uśmiechnęła się krzywo, bez radości. Kłamać, to po prostu. Najważniejsze, że zaczęłaś. Ania pytała o tatę, mówiłam, że łowi, naprawia auto, gra w domino z kumplami. Szymon z Moskwy przyjechał na moje urodziny w marcu i też pytał, gdzie tata. Powiedziałam, że jest chory, nie może wstać. Szymon nawet nie nalegał, bał się zarazić.

Łucja nie mogła uwierzyć. Gienek Gienek Iwanowicz, przyjaciel od szkolnych lat, ich czwórka zawsze razem. A teraz go nie ma, a ona nic nie wiedziała.

Dlaczego nie powiedziałaś o tym Misiowi? zapytała Łucja, głos zdradzał drżenie.

Bo Misz miałby od razu zadzwonić do Szymona albo Anii. Oni znają się od dziecka i wszystko by się rozpadło.

Po co to wszystko? Łucja chwyciła Wiktorię za rękę. Była lodowato zimna. Co się z tobą stało?

Chyba odsunęła rękę pod stół. Kiedy go pochowałam, w mieszkaniu zrobiło się tak cicho. Wpadłam do pokoju, pantofle przy drzwiach, kurtka na wieszaku. Usiadłam na kanapie i poczułam strach. Nie od tego, że nie żyje, ale że nie wiem, co dalej robić.

Wspominały, jak poznały się na studiach. Wiktoria wtedy była z przystojnym chłopakiem, wysoki, a później przyjechała rozbawiona, mówiąc, że go zostawił. Miesiąc później spotkała Gienka na dyskotece w klubie Związku Zawodowego. Był niski, w okularach, ale miły. Nie myślała, że kiedyś się pobawi.

Przez czterdzieści sześć lat byliśmy razem, mówiła, łzy przerywające słowa. Nie umiem bez niego żyć. Rankiem włączam czajnik na dwie kubeczki, wylewam jedną, patrzę w telewizor, a obok nikogo nie ma. W nocy budzę się, wyciągam rękę, a łóżko puste.

Kochana

Nie płacz, przetarła łzę i wytrzeć tusz z policzka. Nie współczuj mi. To moja wina. Powinnam była powiedzieć od razu, ale się bałam. Gdy kłamię, on jeszcze żyje, chociaż gdzieś w garażu, na rybach, z kumplami. Jak powiem prawdę, to koniec. Trzeba to przyjąć.

Łucja wstała, obejrzała stół i przytuliła przyjaciółkę. Wiktoria siedziała sztywno, jedynie ramiona lekko drgały. Kelner gdzieś przy stole przeskakiwał z nogi na nogę, nie wiedząc, czy wtrącić się.

Dlatego cię zaprosiłam wyciągnęła chusteczkę z torebki, przetarła oczy. Chciałam w spokojnym miejscu powiedzieć. Żebyś nie krzyczała, nie gniewała się. Żeby było ładnie. Gienek kochał piękno, pamiętasz? Zawsze mówił, że życie już i tak ciężkie, więc trzeba je ozdabiać.

Pamiętam Łucja wytarła łzy rękawem swetra. Przynosił ci kwiaty w każdy piątek.

Każdy skinęła głową. Teraz kupuję sobie same. W piątek wchodzę do kwiaciarni przy dworcu, biorę chryzantemy, wstawiam w wazon i mówię dziękuję na głos. Sąsiadka z podwórka pewnie myśli, że zwariowałam.

Obie milczały. Kawa ostygła, tiramisu rozpadło się, straciło kształt. Za oknem zapadał zmierzch, zapalały się latarnie. Ludzie pędzili w pośpiechu, ktoś się śmiał, ktoś rozmawiał przez telefon. Życie toczyło się jak zwykle, a w tej sali przy stoliku przy oknie rozpadł się czyjś mały, wymyślony świat.

Co teraz zrobisz? zapytała Łucja.

Nie wiem. Chciałam się zastanowić. Dzwonić do dzieci jest straszne. Wyobrażasz sobie ich reakcję? Ania na pewno będzie na mnie wciąż zła. Kochała tatę, a ja półtora roku ukrywałam prawdę.

Będzie się gniewać przyznała Łucja. Ale w końcu wybaczy. Dzieci wybaczają. Prędzej czy później.

A ty? Czy wybaczysz?

Łucja zamyśliła się. Oczywiście, że było to bolesne. Były przyjaciółkami od młodości, dzieliły wszystko. A teraz to Czy naprawdę zawsze była szczera? Czy nie ukrywała przed Wiktorią, że Michał podrygiwał, kiedy był pod wpływem? Czy nie kłamała, że siniak to od drzwi, a nie od pięści? Każdy żyje w kłamstwie, niektórzy mają małe, inni wielkie.

Wybaczę powiedziała. Już wybaczyłam. Szkoda, że musiałaś z tym wszystkimi samą. Powinnam była przyjechać, gdybyś zadzwoniła.

Wiem. Nie mogłam. Gdy podnosiłam słuchawkę, słowa uciekły. Łatwiej było wymyślić kolejną historię o Gienku niż powiedzieć prawdę.

Wiktoria wzięła ostatnią kawę i zrobiła kwaśną minę.

Zimna już.

Zamówimy jeszcze?

Nie, dziękuję. Muszę iść. Muszę wziąć leki na ciśnienie.

Wyciągnęła portfel, Łucja chciała zapłacić, ale Wiktoria machnąła ręką.

Zaprosiłam, płacę ja. Gienek zostawił małą polisę, wystarczy. To na to wskazała na niedojedzone ciastka i na kwiaty w piątki.

Wyszły na ulicę. Wiatr w październikowy szarpał włosy, wsuwał się w płaszcze. Wiktoria drżała, wąchała swój płaszcz.

Dziękuję, że mnie wysłuchałaś powiedziała. Teraz przynajmniej jednemu człowiekowi powiedziałam prawdę. Może będzie lżej.

Będzie obiecała Łucja, choć nie była pewna. A dzieciom kiedy powiesz?

Niedługo. W weekend przyjedzie Szymon, wtedy wszystko wyjaśnię. Zadzwonię też do Ani, niech przyjedzie. Razem będzie łatwiej.

Chcesz, żebym poszła z tobą?

Wiktoria pokręciła głową.

Nie, muszę to zrobić sama. Sam się pogubiłam, sama i rozplątuję. Ty po prostu bądź przy mnie później, kiedy oni odejdą i zostanę sama. Przyjdź, napijmy się herbaty. Albo po prostu milczmy razem. Cokolwiek, tylko nie zostawiaj mnie samej.

Łucja objęła przyjaciółkę mocno, naprawdę. Wiktoria przytuliła się i stały tak na środku ulicy, dwie starsze kobiety, objęte jak za młodu, kiedy świat wydawał się przyjazny, a problemy małe i łatwe do pokonania.

Przyjdę obiecała Łucja. Na pewno przyjdę. I przyprowadzę Michała, niech też pożegna się z Gienkiem.

Dobrze odsunęła się Wiktoria, wytrzeć łzy. Idę już, bo zaraz zmarznię.

Poszła w stronę przystanku, maleńka, krucha sylwetka w szarym płaszczu. Łucja patrzyła za nią i myślała, jak kruche jest ludzkie życie, jak łatwo się łamie, rozbija w kawałki. I jak trudno potem te kawałki poskładać.

Kilka dni później Wiktoria zadzwoniła. Głos był chrypliwy, zmęczony.

Powiedziałam krótko rzuciła.

Jak?

Ania płakała trzy godziny. Szymon milczał, tylko pięściami stukał w stół. Zapytał, po co to zrobiłam, po co kłamałam. Wyjaśniłam, jak mogłam. Nie wiem, czy go zrozumiał.

Zrozumie. Czas leczy.

Mam nadzieję. Są teraz na cmentarzu. Ja nie mogę tam iść, widzę ich z balkonu codziennie. Łucjo, przyjedziesz?

Już jedzie.

Łucja przyjechała po pół godziny. WWspólnie usiadły przy kuchennym stole, wypiły herbatę z herbatników i w ciszy pozwoliły, by prawda w końcu mogła wypełnić pustkę, która tak długo zalegała w ich sercach.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jedenaście + 11 =

„Już nie mogę dłużej żyć w kłamstwie – wyznała przyjaciółka podczas kolacji”