Już nie ma dziadka

Dziadka już nie ma

Zuzia właśnie wróciła z kolejnej służbowej delegacji. Jeszcze nie zdążyła się nawet rozebrać ani wypakować walizki, gdy zadzwoniła do niej mama.

Głos Aliny Stanisławówny był podenerwowany, ale Zuzia nie zwróciła na to szczególnej uwagi.

Może przez to zmęczenie człowiek po dwóch nieprzespanych nocach pociągiem ma mózg jak z waty.

Zuziu, córeczko, jesteś już w domu?

Cześć, mamo. Tak, przyjechałam wreszcie. Dopiero co weszłam do mieszkania. Co się dzieje, dzwonisz o takiej porze? Coś się stało?

To dobrze… Dobrze, że już jesteś.

Już wtedy Zuzia poczuła, że mama coś chce jej powiedzieć, choć jakoś zwleka, kręci się, rozciąga temat, jakby miała do opowiedzenia cały najnowszy sezon M jak Miłość, tylko nie wie, od czego zacząć.

Może znowu zebrała plotki z całej kamienicy i nie może się doczekać, żeby mnie zamęczyć nowinkami pomyślała Zuzia. Jednak zupełnie nie miała do tego głowy.

Najbardziej na świecie chciała po prostu rzucić się na łóżko i zasnąć. Bo w przedziale nocnym to już o śnie można było tylko pomarzyć.

Jeszcze się trafił wesoły team studentów, którzy od szóstej wieczorem łojili wino, a od północy dali koncert najlepszych hitów przy gitarze. Oczywiście nie ominęli też jej dedykacji:

Rozkwitały jabłonie i grusze,
Płynął lekki mgły sznur
Wychodziła na brzeg Zuzanna
Na wysoki brzeg, na brzeg ponury…

Gdyby była w dobrym humorze, może by i się zaśmiała. Ale tej nocy zamarzyła, żeby gryfy w gitarze powyrywać zębami. Niestety, gitara ocalała.

Mamuś, ja się położę na chwilę, odsapnę, doprowadzę się do ładu, a potem do ciebie zadzwonię, pogadamy, dobrze?

Wątpię, żeby ci się udało westchnęła mama.

Słucham? Dlaczego niby nie? dopiero teraz coś ją ścisnęło w piersi; głos mamy był jakiś dziwny.

Nie odpoczniesz, Zuziu.

Przepraszam bardzo, ale niby czemu? Przecież miałam delegację. Mam prawo odpocząć! Nie spodziewam się gości, sama do nikogo się nie wybieram… A może o czymś nie wiem? Mam nadzieję, że nie szykujesz się tu do mnie na najazd bez zapowiedzi?

Zuziu… Dziadka już nie ma.

Zuzia zbladła, ściskając telefon tak mocno, że aż jej palce pobielały. Usiadła ciężko na kanapie.

Na to się nie przygotowała.

Dziś rano zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Jadwiga Kalinowa. Jak zwykle przyniosła mu mleko, a tu Franek Witkowski leży w progu, z ręką przy sercu i nie oddycha. Pewnie całą noc tam przeleżał. Trzeba jechać do wsi, załatwić pogrzeb. Sąsiedzi pomogą. Zuziu, słyszysz mnie?

Zuzia była tak rozbita tą wiadomością, że nie potrafiła wydusić słowa. Jedyne, na co się zdobyła, to ledwo słyszalne No tak….

Pani Jadzia dzwoniła już do wszystkich krewnych, ale nikt się nie kwapi, by przyjechać. Mówili wprost jakby spadek jaki większy był, to może by przyjechali, a tak to po co czas i pieniądze tracić. Dom po dziadku stuletni, w ruinie, no po co komu. Alina Stanisławówna westchnęła. Ja, szczerze mówiąc, też do tej wsi jechać nie chcę, tym bardziej, że dziadek sam mi powiedział ostatnio, żebym się więcej tam nie pokazywała, nawet na pogrzebie. Pamiętasz, obiecałam mu, że nie przyjadę. Nadzieja tylko w tobie, córeczko. Pojedziesz pożegnać dziadka?

Zapadła cisza. Zuzia też milczała, wpatrując się w szafkę nocną, na której leżał list od dziadka.

Ostatni list koperta z datą sprzed miesiąca.

Nie zdążyła go odebrać, bo była w trasie.

Trzecia delegacja w ciągu pół roku życie w rozjazdach, firma otworzyła nową filię w Bydgoszczy i tylko ją wysyłają. Bo pozostali na ból żołądka, a to dzieci małe, a to inne rodzinne sprawy… jednym słowem wszyscy narzekają, tylko ona taka beztroska.

Zuziu znów odezwała się mama w słuchawce. Nie chcę, żeby sąsiedzi myśleli, żeśmy całkiem o dziadku zapomnieli. Uparty był, wiadomo. Ale człowiek. I zawsze cię bardzo lubił. Powiesz pani Kalinowej, że przyjedziesz?

Tak, mamo. Pojadę. Tylko…

Zuzia podniosła się, sięgnęła po list od dziadka, chwilę go ściskała, po czym odłożyła z powrotem.

Mamo, ja tego nie rozumiem. Dziadek był w dobrej formie. Gdy byłam na święta, wyglądał świetnie.

Zuziu, dziecko, skąd mam wiedzieć… Wiek swoje robi. Teraz to rzadko który facet do emerytury dożywa, a twój dziadek miał już prawie osiemdziesiątkę. Mógłby się czasem poskarżyć, a on nie. Bo taki był.

Zuzia była w szoku. Dziadka lubiła najbardziej ze wszystkich krewnych, chyba jako jedyna jeszcze utrzymywała z nim kontakt. Ani dalsza rodzina, ani mama od lat relacje były lodowate.

Między Aliną Stanisławówną a Frankiem Witkowskim była wzajemna niechęć, ciągnąca się od śmierci Andrzeja.

Dziadek obwiniał mamę Zuzi o to, że to jej mąż tata Zuzi został zajechany, bo to ona kazała mu rzucać pracę w szkole i co krok wyjeżdżać na budowy, bo trzeba mieć na remont i na działkę. Facet powinien zarabiać pieniądze powtarzała.

No i jeździł, a co w domu się pojawiał, zawsze z prezentami i gotówką. Aż któregoś razu nie wrócił. Serce nie wytrzymało tych wszystkich rozjazdów.

Na pogrzebie Franek Witkowski wył jak wilk. Przerażające to było, aż sąsiadki na cmentarzu płakały wraz z nim. Bo Rodzice nie powinni chować własnych dzieci”.

Od tego czasu dziadek z synową przestał rozmawiać i wykluczył ją z domu i z życia. Kontakt miał tylko z wnuczką.

Zuzia, będąc jeszcze w podstawówce, całe wakacje spędzała u dziadka na wsi. Potem skończyła studia, poszła do pracy i przeszli na listy. Tak sami z siebie, bo dziadek nie uznawał internetu, telefonów, komputerów czy tabletu żadnej nowomodnej technologii. Listy i tylko listy.

Może i dlatego krewni mieli go za lekko stukniętego. Bo kto jeszcze pisze listy w XXI wieku? Dla nich był śmieszny dla niej był kochanym dziadkiem.

A wiejskie babcie na ławeczkach tylko pokiwały głową:

Stary zwariował. Najpierw żonę stracił, potem syna. Komu by nie odbiło?

A ostatnio jeszcze częściej gadał ale nie do sąsiadów ani do siebie, tylko do kota.

Znajome by to może nie zdziwiło, ale… tego kota nigdy żaden człowiek we wsi na oczy nie widział.

Aż się człowiek zaczął zastanawiać…

Zuzia, mimo całej tej żałości, rzuciła telefon na łóżko i zapłakała nad niedoszłym spotkaniem z dziadkiem, którego tak bardzo planowała na lato. Odkładała, przekładała, bo tu jedna delegacja, tu druga, potem trzecia szef, wiadomo, niespełna rozumu. Wszelkie jej protesty kwitował z uśmieszkiem:

Zuzanno Andrzejówno, wszystko zgodnie z prawem pracy, jak się nie podoba, to droga wolna, inna praca, mniejsza pensja.

A pensja, cóż, była z tych, dzięki którym bohaterka woli przełknąć gorycz i po raz kolejny na dworcu wsiąść pod pociąg przyszłości.

*****

Na cmentarzu wszystko potoczyło się według polskiego, prowincjonalnego scenariusza: po minucie ciszy i wbiciu ostatniego gwoździa w trumnę obciągniętą bordowym materiałem, chłopy na linach opuścili ją do grobu.

Nazbierało się świeżych kwiatów i wieńców, mogiła lśniła wilgotnie po deszczu. No i co? Był dziadek, nie ma dziadka, tyle nie mogło się pomieścić Zuzi w głowie.

Zostało już tylko stypa: dużo wódki i jeszcze więcej czułych anegdot-zapchajdziur na cześć zmarłego. Bo takie słowa, jeśli nie życie, to pamięć na pewno przedłużają.

Kiedy skończył się żurek, pierogi i okowita, a sąsiedzi drugi raz złożyli jej kondolencje, Zuzia została sama z żalem, żalem i pustką.

Nie zdążyłam… dusiła w sobie Zuzia.

Żeby nie zwariować, wzięła się za ogarnianie gospodarstwa. Wywietrzyła dom, umyła drewnianą podłogę trzeci raz na mokro, wytarła kurze nawet tam, gdzie ich nie było zamieść pajęczynę, posprawdzać lodówkę i poupychać to, co się dało, do środka.

Dom dziadka był drewniany, stary, ale przytulny taki prawdziwie wiejski, taki, w którym wieczorem chciałoby się napalić w piecyku i gotować kompot z jabłek.

Przez okno patrzyła na ogródek z niezbyt imponującymi, ale równymi grządkami; tej wiosny nic tu nie posiane może dziadek czuł, że to ostatnia już wiosna i nie warto zaczynać.

Ale jabłonie kwitły, obok krzaki czarnej porzeczki i maliny nic na pusto nie stoi, wszystko po swojemu zadbane i oswojone.

Ciekawe, kto teraz zadba o te jabłonie? mruknęła do siebie.

Przysiadła pod drzewem i zadzwoniła do mamy z raportem, że wszystko załatwione.

No i dobrze, Zuziu. Człowiek człowiekiem, co by o nim nie mówić.

Mamo, normalny był. Tylko za dużo nieszczęść na jednego człowieka przypadło. Ty nie miej już do niego pretensji. On po prostu bardzo kochał tatę.

O rety, Zuziu jęknęła mama. Nie mam już do niego żalu, nie bój się. Ty mi powiedz kiedy wracasz do Warszawy? Jutro? Dziś? Nie boisz się sama w takim pustym domu?

Jeszcze nie, mamo. Wzięłam kilka dni wolnego, chcę trochę zostać. Odpocznę na wsi. Przy okazji przecież za dziewięć dni też trzeba coś zorganizować. Może wpadniesz do wsi?

Zuziu, co ty, taki kawał drogi? Poza tym działka teraz, czas na sianie… Chyba zapomniałaś, jaka mamy pora roku?

No tak. Ale tylko przypominam: tu jest też grób taty. Ani razu tu po pogrzebie nie byłaś…

Twój dziadek się uparł, żeby tatusia grzebać tu, w ziemi, a nie w Warszawie. Ale nie. Ach, zresztą, zaczyna mi się mój serial! Będziesz czegoś potrzebowała, dzwoń, dobrze?

Zuzia się zaśmiała.

Mama, jak zawsze, pozostawała sobą: jeśli rozmowa robiła się trudna, nagle pojawiały się pilne sprawy.

Po powrocie do domu Zuzia zaparzyła herbatę z własnoręcznie uzbieranych liści porzeczki, mięty i melisy, które dziadek suszył latami na strychu.

Przed snem wróciła do dziadkowego listu, który przeczytała już po powrocie z podróży. List wydał jej się jakiś dziwny.

Zawsze pisał o sobie, a tym razem całość niemal poświęcił kotu.

Kot o imieniu Cień. A przecież nigdy nie miał zwierząt. Zuzia od dziecka pamiętała na psie i kocie zawsze miał twarde nie.

Czytała więc list jeszcze raz, w spokoju, z herbatką:

Wyobraź sobie, wnuczko, Cień mleko polubił. Mówili mi, że staremu kotu mleko nie służy, ale on wyżłopał pół butelki. Muszę znów poprosić sąsiadkę o dostawę, choć zwykle trzy litry na tydzień mi wystarczały, a tu znów zabraknie. Z drugiej strony sąsiadka zarobi płacę jej przecież za to. Cień strasznie łakomy, a lodówka pusta. A co ciekawe, ciągle się chowa. Ledwie mignie mi przed oczami czarne coś koło stodoły i już go nie ma. Dzień, noc, latarką świeciłem nie widzę, ale czuję, że mi się przygląda. Twoje przyjazdu czekałem. Może razem go złapiemy Może po prostu za bardzo ludzie go skrzywdzili, że się boi.

I tak dalej. No ale żadnego kota na gospodarstwie nie było i nie ma nawet śladów łap. Gdyby był, po tych kilku dniach na wsi na pewno by się pokazał.

A jednak Nie mogła się odpędzić od tego, że ktoś lub raczej coś stale się jej przygląda zza krzaków.

Może powinna zapytać pani Jadwigi Kalinowej, co to za kot ten cały Cień

*****

Wstała o świcie. Słońce dopiero przeciągało się przez firanki, wróble już imprezowały, koguty piały na wyścigi, zupełnie jakby nagroda była w złotówkach.

Wiejskie poranki mają swój klimat inny niż Warszawa, wiadomo.

Wróciły jej obrazy z dzieciństwa: skręcanie budek lęgowych pod jabłonią z dziadkiem, wędrówki po lesie, pajęczyny na twarzach w sadzie.

Przypomniała sobie, że chciała popytać o kota.

Co za kot? zdziwiła się Jadwiga Kalinowa.

No właśnie Taki czarny kot, Cień. W liście dziadek pisał o nim ciągle. Wcześniej ani słowa, a w ostatnich tygodniach tylko o tym.

Aaaa… pani Jadwiga klasnęła się w czoło. Miesiąc temu coś do kota zaczął mówić, przysięgam. Przechodziłam, patrzę: on rozmawia, namawia do wyjścia. Zajrzałam kota nie zobaczyłam. Następnego dnia znów swoje. Zaczął potem niemal codziennie gawędzić do tego niewidzialnego kota. O żonie, o synu, wszystko mu opowiadał. I ciągle Cień i Cień. Nie tylko ja to słyszałam; cała wieś wiedziała. Ale nikt, powiem ci, tego kota nigdy u niego nie widział. Nawet w domu. A chodziłam raz z mlekiem, raz z pierogami, a jak nie, to na pogaduchy. Pytałam go wprost odżegnywał się żartem: a jak złapię to pokażę! Moim zdaniem, starość swoje robi. Ale gdyby kot był ktoś by go widział, nie?

Może wsunęła się Zuzia zadumana. Ale mówię pani, z głową u dziadka wszystko było okej. Raczej coś my przegapiliśmy. Albo rzeczywiście ten kot się chowa. U nas nikt kotów nie gubił? Czarnego?

No właśnie nie. I powiem ci więcej u żadnej z nas, co koty trzymają, czarnego nie było i nie ma.

Zuzia wróciła, wzięła się za porządki, ale w głowie i tak huczało jedno dziadek i jego kot, który był, a nikt go nie widział.

Za to on widział wszystko Bo zza komory, pod płotem, w cieniu czarnego bzu naprawdę czaił się czarny kot.

Od kilku dni obserwował wszystkich, którzy krążyli po gospodarstwie, lecz do Zuzi czuł się wyjątkowo przyciągnięty. Coś w jej twarzy przypominało mu Franka Witkowskiego.

Nie pokazywał się, lecz stale obserwował. Dziadek był chyba pierwszym człowiekiem, który przemówił do niego z życzliwością i nigdy go nie pogonił ze szmatą.

Miał za sobą ciężkie życie: raz został kopnięty, raz obrzucili go dziećmi z patykami, a jak podrósł, to już z kamieniami. W końcu do każdej wsi przenosił się, by znaleźć swój kąt.

Tak trafił do starego, dobrego faceta pod jabłonią, który potrafił pół nocy rozmawiać o byle czym o pogodach, traktorach, czasach młodości. Kot słuchał, czuł się zaopiekowany, choć nigdy do końca się nie odważył zbliżyć.

Aż wreszcie któregoś dnia zwyczajnie za późno. Dziadek odszedł.

Cień od razu poczuł, że coś jest nie tak. Próbował dostać się do środka, biegał od drzwi do drzwi, okien, oblizywał szybę… Nie udało się. Całą noc przesiedział na ganku, cichutko skomląc po kociemu.

A teraz widzi tylko dziewczynę, ale czuje, że tak samo można jej ufać. Jeszcze boi się pokazać, choć ciągnie go do niej bardzo.

Może kiedyś Ale zupełnie nie zaplanował tego, co wydarzyło się dziewiątego dnia.

Wieczorem ludzie się zeszli, potem rozeszli, a czujność Cienia dramatycznie spadła. I Zuzia go wypatrzyła błysk czarnej sierści pod krzakiem.

No proszę, to ty jesteś, Cień! Dziadzio prawdę pisał! No chodź!

Ale kot, wystraszony, uciekł gdzie pieprz rośnie i już się nie pokazał.

No nie przesadzaj, Cień, nie jestem aż tak straszna! śmiała się, zaglądając pod krzaki. Jutro już muszę wracać, a ty się ukrywasz…

Dialog ten usłyszała przypadkiem Jadwiga Kalinowa, niosąc dziewczynie pakunek z pasztecikami na drogę. Spojrzała przez płot, widzi Zuzię, ale kota nie.

No nie najpierw dziadek, teraz wnuczka rozmawia z kotem, którego nie ma! Może jakaś wiejska grypa, czy co?

Po południu niebo pokryło się granatowymi chmurami i nadciągała burza, jakiej nie pamiętała od dzieciństwa. Kury u pani Jadwigi gdakały jak opętane, grzmoty jęczały z oddali, wszystko pachniało deszczem i lękiem.

Burza idzie skrzywiła się Zuzia, patrząc w niebo. Ledwo zdążyła o tym pomyśleć, a już poczuła pierwsze krople na głowie.

Wołała kota do środka na próżno.

Cień schował się pod stodołą, przycisnął do ziemi; burzy bał się bardziej niż ludzi.

*****

Deszcz bębnił w dach bez litości, wiatr jęczał, szarpał firankami, a Zuzia nie mogła spać.

Nagle huk tak potężny, że aż usiadła na łóżku, czując, jak włosy stają dęba. Po błysku za oknem zobaczyła dwa zielone reflektory w okienku.

O rety! krzyknęła, odskakując do wezgłowia.

Coś czarnego, mokrego jak ścierka, wskoczyło przez uchyloną framugę, przebiegło pokój i schowało się pod łóżkiem.

No przecież! To Cień.

Z trudem go wywabiła, lecz gdy go wytarła ręcznikiem i przytuliła pod koc, już potem burza i grzmoty im nie przeszkadzały.

I kot, i dziewczyna grzali się wzajemnie cieplem.

*****

Obudziło ją poranne słońce i… zażarte próby kota, by otworzyć okno. Skacze, drapie, cała Cieńowa akcja.

A ty gdzie to się wybierasz? śmiała się Zuzia, patrząc na niego przez półprzymknięte oczy.

Kot stanął z miną, jakby przepraszał ją za słabość ostatniej nocy.

Miau zamiauczał, prosząc o wyjście.

E tam, nie puszczę cię głodnego. A potem… sam zdecyduj, czy zostajesz, czy wracasz ze mną do miasta. Myślę, że dziadek by chciał, żebym cię zabrała. Ja zresztą też. Ale wybór należy do ciebie.

Nakarmiła kota, wypuściła na podwórko i sama wzięła się za pakowanie. Do autobusu zostało jeszcze kilka godzin.

Gdy wyszła, z walizką w ręku na ganku czekał już Cień. Otarł się o jej nogę, spojrzał w oczy i sprawa jasna decyzja podjęta. Jedzie do stolicy.

Nie dość, że nie gryzie, to jeszcze ocaliła go od burzy, a ludzi przestał się bać. Czas zostać domowym kotem mieć miskę, okno i własną poduszkę.

Wiedziałam wyszczerzyła się Zuzia. Tylko czekałam na tę decyzję.

Gdy przyszła pożegnać się z Jadwigą Kalinową i oddać klucz, sąsiadka aż się przeżegnała na widok kota na rękach.

To ten? Na serio?

Ten. Dziadek całkiem nie odleciał. Kot po prostu był nieśmiały, ludzi unikał. Ale burza gorsza niż człowiek, zresztą, jak widać, w końcu się oswoił.

Ja zrozumiałam, że może i do miasta trzeba go czasem wysłać. Ty tylko pamiętaj o domu po dziadku. Odwiedzajcie się z tym kotem częściej!

Obiecuję, pani Jadwigo.

A weź tu jeszcze paszteciki z kapustą, na drogę.

Dziękuję. Za wszystko.

W autobusie Zuzia patrzyła przez okno na przemijające chmury, a na moment miało jej się wydawać, że w jednym z nich widzi twarz dziadka uśmiechniętą, ciepłą, może nawet puszczającą do niej oczko.

Cień na kolanach sunął wzrokiem za każdą chmurą i przez chwilę, kto wie, czy nie zobaczył tego samego.

A jak nawet sobie wmówili tę wizję, to nieważne.

Grunt, że wiedzieli: dziadek nigdzie nie zniknął. Żyje w ich sercach i głowach. A gdziekolwiek jest teraz Franek Witkowski na pewno bardzo się cieszy, że jego wnuczka i tajemniczy czarny przyjaciel odnaleźli się nawzajem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście + jedenaście =

Już nie ma dziadka