Julka spod dwudziestki drugiej: historia niezwykłej psiej wierności w małym polskim miasteczku lat 9…

Zosia siedzi przy wejściu do klatki. Całe osiedle doskonale wie, że rodzina z mieszkania numer 22 wyjechała na długo, a teraz pod blokiem pojawił się pies, który z uporem czeka na ich powrót

Zdarzyło się to na początku lat 90. w niewielkim, mazowieckim miasteczku. O świcie, pewnego czerwcowego dnia, pod drzwiami księgarni rozległ się nagły pisk hamulców. Sprzedawczynie od razu wybiegły na ulicę, ale ta była prawie zupełnie pusta.

Tuż przy krawężniku leżał pies. Cicho skomlał, próbował się podnieść, ale jego tylne łapy zupełnie mu nie słuchały.

Najodważniejsza z kobiet, Wanda, natychmiast podeszła do zwierzęcia. Szeptała do niego czułe słowa, ostrożnie głaskała po głowie i grzbiecie, próbując zrozumieć, co się stało.

No i jak, Wandziu?
Obok, zachowując ostrożny dystans, stały Sabina i kierowniczka, pani Elżbieta. Obawiały się, że zobaczą coś okropnego mimo braku widocznych ran sposób, w jaki pies wlecze za sobą tylne łapy, wskazywał na poważne obrażenia.

Dziewczyny, zabierzmy ją do zaplecza zaproponowała Wanda. Może się pozbiera. Nie wolno jej zostawić na ulicy.
Sabina spojrzała pytająco na panią Elżbietę, która po chwili namysłu odpowiedziała:
Dobrze, coś podłożymy Sama ją dasz radę przenieść?
Dam radę odparła Wanda, sprawdzając, jak najlepiej chwycić zwierzę.

Pies był mieszaniec średniego rozmiaru, z czymś wilczym w wyglądzie. Chudy, brudny, bez obroży najwyraźniej bezdomny.

Przez cały dzień leżała w zapleczu księgarni, a dopiero pod wieczór, trochę dochodząc do siebie, wypiła wodę i zjadła podaną karmę wszystko na leżąco. Ruszyć się nie mogła.

Następnego dnia Wanda namówiła ojca, żeby podczas przerwy obiadowej podjechali po psa i zabrali go do weterynarza.

W miasteczku był tylko jeden mały gabinet weterynaryjny, bez porządnego sprzętu, nawet bez rentgena, więc lekarz nie mógł powiedzieć nic konkretnego:
Może z czasem wydobrzeje Pies jest młody, mocny. Jeśli dobrze się nim zajmujecie, przeżyje stwierdził poważnie. Ale chodzić raczej szanse marne.

W drodze powrotnej wszyscy milczeli. Wanda siedziała z tyłu, tuląc psa, a ojciec co chwilę spoglądał w lusterko i ciężko wzdychał. Przy kolacji powiedział:
Wandziu, staraj się nie przywiązywać. I nie ucz jej, że to jej dom. Przecież na jesieni wyjeżdżamy.
Pamiętam, tato szepnęła Wanda.

Pies dostał imię Pola. Tak już została w zapleczu księgarni. Przez pierwsze dwa tygodnie prawie nie wstawała, potem zaczęła się wyczołgiwać na podwórko tylne łapy wlokły się za nią.

Co z nią zrobić? Na dworze się zgubi, a do domu nikt jej nie weźmie dyskutowały ekspedientki. Dobrze, że pani Elżbieta pozwala ją trzymać tutaj.

Sama Pola zdawała się nie przejmować kalectwem. Spacerowała po podwórku, wszystko obwąchiwała, załatwiała się i wracała na swoje miejsce.

W weekendy dziewczyny zabierały ją do siebie na zmianę. Tylko Wanda odmawiała: za kilka miesięcy czekał ją przeprowadzka do Białegostoku na dwa lata ojciec jechał na kontrakt, rodzina podążała za nim. Miał rację: im większa więź, tym trudniej będzie rozstać.

Ale Wanda czuła już przywiązanie. Od pierwszego spojrzenia psa na drodze. Pola patrzyła na Wandę z czułością i wdzięcznością.

Jednego razu Wanda musiała wziąć Polę na weekend, bo reszta nie mogła.
To tylko jeden raz! tłumaczyła się przed poważnym spojrzeniem ojca. Wszystkim coś wypadło wyjazdy, grillowanie, wypady nad wodę
My przecież też mieliśmy na działkę jechać dobiegł głos mamy z kuchni.

Pola od razu pobiegła do kuchni, jakby wiedziała, że mama jest tą osobą, którą trzeba sobie zaskarbić. Wzbudzała współczucie nie tylko kalectwem, ale spojrzeniem smutnym, głodnym. Po chwili mama już mówiła:
Oj, biedulka Chcesz coś zjeść? Wanda, wy ją w tej księgarni nie karmicie? Nic się nie martw, zabierzemy cię na działkę. Tata szykuje grilla, spodoba ci się.

Wanda popatrzyła na ojca znacząco, ale ten tylko pokręcił głową.

Pola na działce była szczęśliwa: grill, sąsiedzki pies Borys od razu zaakceptował ją jak swoją. Następnego dnia, wróciwszy do mieszkania, położyła się przy łóżku Wandy tak naturalnie, jakby zawsze tam spała.

Rankiem powrót do księgarni okazał się dla niej szokiem. Cały dzień nie mogła się uspokoić, a po wypuszczeniu na podwórko po prostu zniknęła.

Ekspedientki wołały ją, szukały, ale Pola nie wróciła nawet na zamknięcie sklepu.

Wanda rozpaczała. Idąc pieszo, wołała na każdej ulicy:
Pola! Pola, gdzie jesteś? Proszę, znajdź się

Odnalazła się przy klatce, ledwo żywa. Widać było, że pokonała ciężką drogę. Ale gdy tylko zobaczyła Wandę, wybuchła radością: piszczała, lizała ręce, wiła się, jakby ogon jej znowu był sprawny.

Wracać do księgarni już nie miało sensu dom przecież znała. A i Wanda już nie byłaby w stanie jej tam zamknąć.

I co dalej? pytał ojciec, patrząc na szczęśliwą Polę u nóg córki.
Będę ją leczyć, tato. I liczę, że mi pomożesz.

Za tydzień Wanda miała zaczynać urlop, później planowała odejście z pracy. Przez dwa miesiące, które zostały do przeprowadzki, postanowiła poświęcić ten czas Poli.

Ojciec parę razy zabrał je do Warszawy, gdzie było prawdziwe centrum weterynaryjne z rentgenem. Lekarze nie dawali nadziei, ale zgodzili się operować był więc cień szansy.

Wanda z Polą przeniosły się na działkę. Wanda codziennie ją pielęgnowała: lekarstwa, masaże, ćwiczenia. Pies jakby uczył się chodzić na nowo.

Początkowo wydawało się, że nie ma efektów. Ale rodzice, wpadając na weekendy, dostrzegali drobne zmiany: łapy już nie włóczyły się całkiem bezwładnie, choć się jeszcze rozjeżdżały.

Po miesiącu Pola już ganiała za Borysem, śmiesznie kulejąc, a po kolejnych tygodniach została tylko delikatna łapa.

Wanda cieszyła się, lecz bolało ją, że rozstanie jest coraz bliżej. Czas szybko uciekał.

Sąsiadka, właścicielka Borysa, zaproponowała:
Zostaw ją u mnie. Im razem raźniej, a miejsce znane nie będzie tęsknić.

W dzień wyjazdu Wanda zaprowadziła Polę do sąsiadki, w odwiedziny do Borysa. Wieczorem cała rodzina jechała już pociągiem do Warszawy, potem samolot do Białegostoku, przesiadka i byli już w nowym miejscu.

Po rozpakowaniu Wanda zadzwoniła do sąsiadki. Usłyszała to, czego najbardziej się bała.

Pola tej nocy czuła, że coś się dzieje, i przez całą noc kopała pod płotem. Rano sąsiadka zobaczyła tylko Borysa. Kolejne próby czekania nie miały sensu, więc pojechała pod dom Wandy.

I zobaczyła Polę siedzącą pod klatką. Pies ją rozpoznał, ale warczeniem dał do zrozumienia, że nie zamierza się ruszyć. Na hałas zbiegli się sąsiedzi wszyscy wiedzieli, że rodzina z 22. wyjechała na długo. Teraz pod klatką siedzi pies, który postanowił czekać. Tak długo, jak trzeba.

Od tej pory Wanda kontaktowała się z panią Olgą z mieszkania nr 23. Ta regularnie zdawała relacje:
Pańska Pola siedzi pod klatką, jakby stróżowała! Nikogo do siebie nie dopuszcza. Sąsiadka z działki próbowała, kusiła kiełbasą, ale nic nie pomogło!

Wanda chciała wysłać pani Oldze pieniądze na karmę dla Poli, ale ta zdecydowanie odmówiła:
Co ty, Wandeczko… Całe podwórko ją dokarmia! Jakie pieniądze

Nadeszła zima. Mieszkańcy, w tym pani Olga, coraz częściej wpuszczali Polę do klatki, by mogła się rozgrzać. Pies wspinał się na trzecie piętro pod drzwi 22. mieszkania, kładł się na wycieraczce. Jakby rozumiała, że gospodarzy nie ma, i tylko poczuwszy ciepełko, wracała czuwać pod blokiem.

Wanda dzwoniła też do dziewczyn z księgarni. Te odwiedzały czasem dom, by pogłaskać znajomego psa. Pola rozpoznawała je, przyjmowała smakołyki, ale odejść nie chciała.

Wanda rozrywała się wewnętrznie: najchętniej rzuciłaby wszystko i wróciła do domu, ale sytuacja finansowa nie pozwalała. Początek lat 90. był dla Polaków czasem trudnym wszyscy radzili sobie jak mogli.

Wrócić mogła dopiero w czerwcu. Idąc do klatki, Wanda dostrzegła Polę. Pies siedział nieruchomo, uszy postawione, ale po lekkim drżeniu ciała można było poznać, że już rozpoznała właścicielkę tylko bała się jeszcze uwierzyć w szczęście.

Potem były uściski, łzy i to niezwykłe uczucie cudu. Serce Wandy, zdawało się, wyskoczy zaraz z piersi i Pola chyba też tak czuła.

Lato minęło w mgnieniu oka. W sierpniu przyjechali rodzice ojciec miał miesięczny urlop, lecz we wrześniu czekała go nowa delegacja na rok. Wanda błagała, by zabrali Polę ze sobą. Mama spoglądała pytająco na tatę, a on milczał, marszczył brwi, ciężko oddychał. Przed nimi długa podróż, dla psa to wyzwanie ogromne.

W domu było napięcie. Pola doskonale rozumiała nastrój rodziny, denerwowała się i nie odstępowała Wandy na krok. Aż pewnego ranka ojciec powiedział:
Pakujcie się razem z Polą. Jedziemy do weterynarza, musimy jej zrobić papiery. Bez szczepień nie wpuszczą jej do pociągu ani do samolotu.

Lokalny weterynarz, za kilka słoików domowych ogórków, wystawił Poli paszport i wpisał szczepienia wstecznie. Na czekanie w kolejce nie było już czasu.

Wieczorem ojciec własnoręcznie szył Poli kaganiec wtedy kupno psich akcesoriów bywało trudne. Pies nigdy nic takiego nie nosił, ale podczas przymiarek siedział nieruchomo, jakby wiedział, że oznacza to coś ważnego. Promieniał z dumy.

Jedziesz z nami powiedział ojciec, kończąc ostatni ścieg. Tylko, Pola, nie zawiedź nas

Pola nie zawiodła. Rodzina nigdy nie żałowała tej decyzji. Najpierw jechali pociągiem, potem były lotniska, przesiadki. Razem z rodziną Pola latała samolotami wojskowymi po całym Podlasiu, odwiedziła Mazury i Pomorze. Po roku wszyscy wrócili do domu.

Pola żyła z nimi trzynaście szczęśliwych, pięknych lat zawsze oddana, podążając za Wandą wszędzie, gdzie tylko była jej pani.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jedenaście − sześć =

Julka spod dwudziestki drugiej: historia niezwykłej psiej wierności w małym polskim miasteczku lat 9…