Jestem kochanką. Jeśli odejdę, stracę wszystko: dziecko, pieniądze, luksus…
Ale nie jestem szczęśliwa.
Zawsze nienawidziłam prowincji. Wąskie uliczki, pięć sklepików na cały rejon, cisza, która wieczorami dzwoni w uszach. A zimą – jakby świat umarł. Gdyby ktoś wtedy zapytał mnie o marzenia, odpowiedziałabym bez wahania: „Jedno jedyne – wyjechać. Na zawsze”.
Nie byłam jakąś wyjątkową pięknością. Ale zawsze był przy mnie Janek – kolega z klasy, który od dzieciństwa mnie wielbił. Znosił moje kaprysy, ostre słowa, moją oziębłość. Nawet kiedy latem wyjeżdżałam na wieś do ojca, po powrocie stał przed moim domem z tą samą oddaną miną.
Ja i mój brat wtedy się uczyliśmy, ojciec stracił pracę, mama zarabiała grosze. Kiedy brakowało pieniędzy nawet na fryzjera, brałam nożyczki i sama obcinałam braci. I w pewnym momencie zrozumiałam – naprawdę mi to wychodzi.
Pewnego dnia, po zakończeniu szkoły, w ciszy prowincjonalnej nocy zrozumiałam: to umiejętność, która może wyciągnąć mnie stąd. Spakowałam walizkę i wyjechałam do Warszawy. Zapisałam się na kursy fryzjerskie.
Bardzo szybko nauczyciel zauważył mój talent i zaprosił do pracy w swoim salonie. Dzięki klientkom nauczyłam się dbać o siebie, opanowałam styl, makijaż. Na początku odwiedzałam małe kawiarenki, a potem zaczęłam bywać w luksusowych miejscach – podobało mi się, jak na mnie patrzyli. Czułam się, jakbym stawała się kimś.
I właśnie w jednej z takich kawiarni spotkałam jego.
Podniósł moją torebkę, której nie zauważyłam, że upuściłam. Pamiętam, że siedział przy sąsiednim stoliku, z zatroskaną miną, pogrążony w myślach. Później znaleźliśmy się razem na ruchomych schodach. Zapytał, dokąd się wybieram, i – nie wiem jak – już siedziałam w jego samochodzie. Luksusowy SUV, najnowszy model. Po drodze opowiedziałam mu o swojej pracy, a wysiadłam koło domu, gdzie wynajmowałam mieszkanie.
Miesiąc później nie mogłam uwierzyć własnym oczom, kiedy zobaczyłam go w fotelu mojego salonu. Znalazł mnie. Szukał. I tak to się zaczęło.
Był starszy ode mnie o 35 lat. Ale patrzył na mnie jak na boginię. Zabierał mnie do najlepszych restauracji, na kurorty, zatrzymywaliśmy się w luksusowych hotelach i podróżowaliśmy tam, gdzie innym się nawet nie śniło. Mówił, że jest zakochany. Ja – zwykła dziewczyna z prowincji – znalazłam się w bajce. I nie chciałam z niej wracać.
Oczywiście, był żonaty. Ale zapewniał: między nimi od dawna wszystko jest martwe. Dzieci? Nie, nigdy nie było. I wtedy zrozumiałam – to moja szansa.
Byłam młoda. Ale czy młodość to przeszkoda dla macierzyństwa? Wiedziałam, że jeśli będziemy mieli dziecko, zapewni mi wszystko. I przywiążę go na zawsze. A jego pieszczoty stały się dla mnie przyjemne, nawet przyjemne.
Zaszłam w ciążę niemal od razu. I przez cały ten czas żyłam jak w raju. Uwagi, prezenty, troska… Gdy urodziła się córka, promieniał jak słońce. Biegał z nią jak z kryształową wazą, zasypywał zabawkami, ubraniami, biżuterią.
Zosia rosła jak księżniczka. Miała nianię, codzienny tryb życia, edukację. A ja – biegałam po salonach piękności, przyzwyczajałam się do nowej siebie. Stałam się kapryśna, szorstka, mogłam krzyczeć na kelnerkę czy manicurzystkę. Nie byłam już tą samą dziewczyną z prowincji. Byłam Matką jego dziecka. I chciałam więcej.
Kupił mi salon, zrobił mnie jego zarządczynią. Podarował samochód, przestronne mieszkanie. Ale status kochanki się nie zmieniał. I od tego w środku wszystko wrzało. Złościłam się. A on – zaczął mnie kontrolować. Zabraniał wychodzić samej. Bał się, że odejdę.
To wszystko było luksusem… ale brakowało mi najważniejszego – wolności. Tej, którą kiedyś dawał mi Janek.
I oto pewnego dnia, w centrum handlowym, zobaczyłam jego. Janek. Szedł, obejmując młodą, ciężarną dziewczynę. W prostych kurtkach, z ciepłymi spojrzeniami, oglądali wystawy z dziecięcymi rzeczami. Nawet mnie nie zauważył. Spojrzał na mnie jak przez powietrze, z pogardą. Z obrzydzeniem. I przeszedł obok, cmokając ją w skroń. A ja stałam, jak urwany płatek, oderwana od ziemi, która dała mi siłę.
Teraz stoję na rozdrożu.
Jeśli odejdę – stracę wszystko. Zosię. Pieniądze. Standard życia. Jego troskę. Jeśli zostanę – na zawsze pozostanę czyjąś kochanką. Nawet nie żoną. Po prostu wygodnym cieniem.
Boję się. Starzeję się. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będę w stanie pokochać.
Boję się, że Zosia już płacze nocami. Że dzieci w szkole ją drażnią – „dziadek po ciebie przyjechał”. A ja nie będę mogła odpowiedzieć na jej przyszłe pytania: „Mamo, dlaczego to wszystko zrobiłaś?”
Coraz częściej budzę się i marzę o powrocie tam – do naszego małego domu. Być wolną. Po prostu żyć. Ale z kieszeniami pełnymi pieniędzy.
I wtedy biorę kawę, patrzę w lustro, biorę telefon – i dzwonię. Po kolei. Fryzjer, manicure, masaż, zakupy… Utrzymuję to, co na zewnątrz, byle tylko nie słyszeć, jak w środku wszystko się wali.
Na ile mi jeszcze starczy sił? Nie wiem.



