Życie tak mi się ułożyło, że mimo tego, iż jestem na emeryturze, muszę sobie dorabiać, aby się utrzymać. Niestety, ale koszty życia są wysokie w Polsce, a emerytury dość marne, dlatego szyję w domu ubrania na zamówienie, głównie dla kobiet. Lubię to nawet robić, bo to mój zawód wyuczony i praktycznie całe życie pracowałam jako krawcowa. Muszę przyznać, że wychodzi mi to dobrze. Kiedy widzę radość klientek, kiedy odbierają swoje zamówienia, robi mi się ciepło na duszy. Wtedy widzę, że moja praca jest jednak potrzebna.
Mam dwoje wnuków. Chłopcy nie są już najmniejsi, ale wciąż potrzebują opieki. Synowa ciągle prowadza ich do szkoły i zabiera ich ze szkoły, zawozi ich także na różne dodatkowe zajęcia i kursy. To zajmuje jej większość czasu w ciągu dnia, przez co nie ma kiedy załatwić swoich spraw, chociażby tych urzędowych. Niedawno synowa zaczęła więc mówić, że powinnam trochę bardziej zaangażować się w wychowanie wnuków. Głównie chodziło jej o to, abym to ja zawoziła wnuki do szkoły, na zajęcia dodatkowe i odbierała je z tych miejsc, dzięki czemu ona mogłaby zająć się swoimi sprawami. Uważa, że skoro jestem na emeryturze, to mam dużo czasu i to nie będzie dla mnie żadnym problemem.
Ja zawszę chętnie pomagam przy wnukach, nie są mi obojętni, ale zwykle robię to w weekendy, kiedy naprawdę mam czas. Od poniedziałku do piątku zajmuję się ściąganiem miar, robieniem wykrojów, szyciem i wydawaniem zamówień klientkom, co zabiera mi naprawdę całe dnie. Tak naprawdę moja praca wygląda jak zatrudnienie na etat tyle, że wykonuję ją w całości z domu. Moja synowa jednak chyba myśli, że siedzę przed telewizorem i całymi dniami zupełnie nic nie robię. Oczywiście prócz wykonywanej pracy zajmuję się domem i codziennymi obowiązkami, przez co cały tydzień mam zajęty i wolne mam tylko w soboty i w niedziele.
Kasia rozwiodła się z mężczyzną, który sprawiał jej drogie prezenty. Dlaczego?
Synowa i tak uważa, że mam więcej czasu niż ona i powinnam zajmować się wnukami. Zarzuca mi nawet, że wolę swoje klientki bardziej niż wnuki. Nie rozumie zupełnie tego, że muszę szyć, bo jeśli tego nie będę robić, to nie wystarczy mi na życie. Z mojej marnej emerytury po tym, jak zrobię wszystkie opłaty nie wystarczyłoby mi na jedzenie ani na leki.
Mój syn natomiast zamiast mnie bronić, trzyma stronę synowej. On też nie wierzy mi w to, że tak dużo pracuję. Kiedy jednak im pomagam finansowo, oni chętnie biorą ode mnie pieniądze, ale nie pytają, skąd je mam. Jasne, łatwo jest brać, ale nikogo nie obchodzi, jak ciężko na to muszę pracować. W ogóle mnie nie rozumieją. Poza tym uważam, że jeśli ktoś decyduje się na dzieci, to powinien brać za nie całkowitą odpowiedzialność. Nie powinno się jej zrzucać na dziadków. Jeśli chodzi o synową, to nie pracuje, więc uważam, że mogłaby sobie ze wszystkim poradzić sama – to kwestia organizacji pracy. Ja nigdy na nikim nie polegałam i jakoś udało mi się wychować dziecko na ludzi.
Niedawno przestałam dawać im pieniądze. Oczywiście od razu zapytali, skąd ta zmiana, a ja powiedziałam, że skoro chcą, abym im pomagała, to muszę oszczędzać, bo wtedy nie będę miała możliwości na to, by sobie dorabiać do mojej marnej emerytury. Mam nadzieję, że teraz dobrze się zastanowią nad tym, czego ode mnie żądają. Bardzo ich wszystkich kocham, ale też mam prawo zarabiać i żyć godnie w tych niełatwych czasach, więc na razie wciąż pracuję.



