Jest nie do zniesienia, wyładowuje swoje kompleksy, ale nie potrafię go zostawić!

Przemek zachowuje się okropnie, wykorzystuje swoje kompleksy z prowincji, ale nie potrafię go zostawić!

Kiedy moje małżeństwo się rozpadło, miałam wrażenie, że ziemia osuwa mi się spod nóg. Rozwód z mężem był dla mnie prawdziwą katastrofą – myślałam, że nigdy nie wyjdę z tego mroku.

Jedyną rzeczą, która uratowała mnie przed bezdenną przepaścią depresji, była praca. Trzymałam się jej jak koła ratunkowego. Rodzina, przyjaciele, koledzy – wszyscy wyciągali do mnie pomocną dłoń, chociaż rodzice wydawali się cierpieć jeszcze bardziej, widząc mój ból. Po roku czy dwóch zaczęłam powracać do dawnego życia, do kobiety, którą byłam przed tą tragedią.

I wtedy w moje życie wtargnął Przemek. To przez niego straciłam wszystkich, którzy byli mi bliscy, i teraz stoję na rozdrożu, nie wiedząc, jak wyrwać się z tego koszmaru. Nie mogę powiedzieć, że zakochałam się w nim bez pamięci – nie, nie o to chodzi. Ale podobało mi się jego towarzystwo: spacerowaliśmy po rynku naszego małego miasteczka nad Wisłą, był taki prosty i otwarty. Miło było zapraszać go do domu – naprawiał kran, majstrował przy moim starym samochodzie, na którym się nie znałam, a ja gotowałam obiad i gadaliśmy o wszystkim, co tylko przyszło nam do głowy.

Może to tylko moje usprawiedliwienia, ale stopniowo pozwoliłam Przemkowi wślizgnąć się do mojego życia. Przeprowadził się do mnie do mieszkania w Toruniu, i od tego czasu wszystko się posypało. Irytowało mnie, że ciągle siedzi bez pracy – raz go zwalniają, innym razem sam rezygnuje, narzekając na szefostwo. Jego znajomi, zapici i bezwstydni, zabierali go do spelunek, a on stawiał im alkohol, chociaż sam ledwo wiązał koniec z końcem.

Nieznośne życie z nim
Przemek przyprowadzał do domu podejrzane typy – bez ostrzeżenia, nie pytając, czy chcę ich widzieć. Było mu wszystko jedno, czy jestem zmęczona po zmianie, czy mam siłę na gotowanie dla tłumu albo choćby herbatę. Przez jego „gości” moi prawdziwi przyjaciele – ci, którzy byli ze mną w najciemniejszych dniach – jeden po drugim przestawali przychodzić. Nawet jeśli ktoś się pojawiał, Przemek zachowywał się jak ostatni cham. Nawet będąc sam, potrafił wszystko zepsuć: był grubiański, rzucał złośliwości, wyładowywał swoje frustracje.

Ciągle powtarzał, że miał pecha w życiu: pochodził z zapomnianej wioski pod Olsztynem, uczył się w jakiejś szkole zawodowej, ale rzucił ją, nie zdobywając nawet dyplomu. Cały ten gniew wyładowywał na mnie – patrzył tak, jakbym była mu coś winna, wyłudzał pieniądze na papierosy, mimo że sam nie zarabiał ani grosza. Bliscy w kółko mówili: „Basia, on cię wykorzystuje, wyrzuć go!” A ja uparcie twierdziłam, że się mylą. Choć w głębi duszy wiedziałam, że to oni mają rację, a nie ja. Ale przyznać się do tego było zbyt bolesne.

I co dziwne: czasem wydaje mi się, że to ja go używam. Tak, jest nie do wytrzymania, ale bez niego boję się pozostać sama. W wieku 43 lat wybór nie jest wielki – kto spojrzy na rozwiedzioną kobietę z pokiereszowanym sercem? Nie chcę żyć jak samotny ptak, głuchnąć w ciszy pustego mieszkania. Dlatego cierpię. Cierpię jego wybryki, jego wieczne marudzenie, jego zapach alkoholu. Dobrze chociaż, że kiedy się upije, nie awanturuje się – zasypia na kanapie, i mogę choć na trochę odpocząć od jego obecności.

Dlaczego nie odchodzę?
Każdego dnia zadaję sobie pytanie: co mnie trzyma przy nim? Miłość? Nie, jej już dawno nie ma, jeśli kiedykolwiek była. Strach? Tak, chyba tak. Strach przed samotnością, strach, że nikt więcej nie zapuka do moich drzwi. Przemek – to jak ciężki kamień na szyi, ale ten kamień wydaje mi się jakby ratunkiem. Widzę, jak wyżywa się na swoich kompleksach: raz krzyczy, że wszyscy wokół się wywyższają, innym razem narzeka, że jestem dla niego zbyt wielkomiejska. A ja milczę. Milczę i gotuję mu zupę, chociaż wewnątrz wszystko we mnie kipi ze złości i rozpaczy.

Rodzice już tak często nie dzwonią – zmęczeni powtarzaniem tego samego. Przyjaciele zniknęli, jakby ich nigdy nie było. Zostałam tylko ja – i on. Czasami patrzę na niego, śpiącego w fotelu, i myślę: „Basia, czy to naprawdę wszystko, na co zasłużyłaś?” Ale potem odganiam te myśli. W końcu, nie bije, nie krzyczy w nocy – mogłoby być gorzej, prawda?

Powiedzcie, czy wy na moim miejscu zostalibyście sami? Czy dalibyście radę w moim wieku zacząć wszystko od nowa? Nie znam odpowiedzi. Póki co, po prostu żyję, jak potrafię – z nim, z jego prowincjonalną goryczą i moim cichym rozpaczeniem. Może kiedyś znajdę w sobie siłę, by odejść. A może zostanę – więźniem własnych lęków i jego odrażającego charakteru. Czas pokaże.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

sześć + 8 =

Jest nie do zniesienia, wyładowuje swoje kompleksy, ale nie potrafię go zostawić!