Jedyna córka dla dwojga rodziców

Jedyna córka dla dwóch matek
Pomiędzy Zofią a Bartkiem miłość wybuchła nagle, od pierwszego spojrzenia. Spotykali się już miesiąc, kiedy Bartek podczas kolacji niespodziewanie powiedział:
Zosiu, wyjdziesz za mnie? a ona aż zaniemówiła.
Jak to? Przecież znamy się zaledwie miesiąc.
I co z tego? Tyle mi wystarczyło, żeby zrozumieć, że jesteś moim przeznaczeniem… Nikogo innego nie chcę, nie istnieją dla mnie inne dziewczyny…
Oj Bartek, no właściwie to… zgadzam się zachichotała cicho i wtuliła się w jego ramiona.
Córeczko, nie za szybko? dopytywała później mama Zosi, nie do końca pewna tej nagłej decyzji. Nie jesteś przypadkiem w ciąży?
Mamo, co Ty! Nic z tych rzeczy. Po prostu Bartek powiedział, że nie może beze mnie żyć, a ja czuję to samo… No taka już nasza miłość, mamo.
Ci, których zaskoczył pośpiech młodych w podejmowaniu decyzji o ślubie, wkrótce przekonali się, że są dla siebie stworzeni. Życie im się układało, a wszyscy widzieli, jak bardzo Bartek troszczy się o żonę, a ona odwzajemnia mu się tym samym.
Ich miłość była prawdziwa i szczera, lecz cieniem kładła się niezdolność do posiadania dziecka. Tak bardzo tego pragnęli, a Zosia nie mogła zajść w ciążę.
Bartek, powinniśmy się przebadać. Może jest jakiś powód, że nie mogę urodzić dziecka.
Masz rację zgodził się od razu mąż.
Nie zliczę już tych nadziei, wizyt u lekarzy, wyjazdów i modlitw wszystko na nic. Nie udało mi się zajść w ciążę.
Zosiu, pomyślałem… może powinniśmy zaadoptować dziecko z domu dziecka i wychować je jak własne? ostrożnie zaproponował Bartek.
Zgadzam się! wyrwało mi się od razu, bo już od dawna o tym marzyłam, tylko bałam się, że Bartek będzie miał opory. Też o tym myślałam…
To jedziemy powiedział stanowczo Bartek znam jeden dom dziecka, często obok niego przejeżdżam wracając z delegacji. Wtedy właśnie o tym pomyślałem.
Gdy przyjechaliśmy do domu dziecka, wśród dziesiątek nieufnych i zmęczonych dzieci podbiegła do mnie mała, trzyletnia blondyneczka z niebieskimi oczkami, objęła mnie za kolana i powiedziała:
Mamusiu! a ja nie potrafiłam jej już wypuścić z objęć.
Tak w naszym domu pojawiła się nasza córeczka, Lucynka radosna iskierka, której śmiech rozbrzmiewał jak strumyk. Dopiero wtedy poczułam się naprawdę szczęśliwa, w końcu mogłam w pełni być matką. Pokochałam moją Lucynkę jak swoje własne dziecko, a Bartek oszalał na jej punkcie.
Żyliśmy spokojnie, w małym miasteczku na Mazowszu, gdzie wszyscy się znali. Większość sąsiadów i znajomych wiedziała, że Lucynka jest dzieckiem adopcyjnym. Kiedy była malutka, nie było żadnych trudności. Ale lata mijały. Lucynka dorastała, poszła do szkoły, i pewnego dnia dowiedziała się od kogoś, że jest adoptowana.
Lucynka miała wtedy czternaście lat. Wróciła ze szkoły i urządziła mi awanturę.
Dlaczego nie powiedzieliście mi z tatą wcześniej, że nie jestem waszą biologiczną córką?! Wiem, że zabraliście mnie z domu dziecka!
Córeczko, spokojnie, planowaliśmy powiedzieć Ci, gdy będziesz starsza, żeby nie bolało Cię to tak mocno. Ale skoro się dowiedziałaś, to… zawsze baliśmy się tej chwili.
Płakała, krzyczała, a potem zamknęła się w sobie, aż na koniec stała się opryskliwa i zbuntowana. Wiem, że to naturalny bunt nastolatki, ale bolało strasznie, gdy rzucała drzwiami, była niegrzeczna, czasem nawet niemiła.
Wtedy przyszła tragedia. Bartek zginął w wypadku samochodowym, wracając z delegacji z Warszawy tuż przed Bożym Narodzeniem, podczas śnieżycy. Wszystko zawaliło mi się na głowę. Miałam wtedy czterdzieści sześć lat. Zamiast wsparcia ze strony córki, Lucynka coraz częściej znikała z domu, przestała mnie słuchać, zamknęła się na świat.
Starałam się ze wszystkich sił nawiązać z nią kontakt, płakałam, prosiłam, ale nigdy na nią nie krzyczałam. Żyłyśmy więc razem, Lucynka szybko dorastała. Pewnego dnia, po maturze, oznajmiła mi:
Wyjeżdżam do Warszawy powiedziała stanowczym głosem.
Podniosłam zmęczony wzrok, ściskając w ręku ścierkę.
Chcesz się uczyć, córeczko?
Nie, jadę szukać mojej biologicznej matki…
Zatkało mnie. Ale po co, Lucynko? Przecież jestem Twoją mamą…
Odwróciła się do okna, długo milczała.
Muszę wiedzieć, kim ona jest. Muszę rozumieć, dlaczego mnie zostawiła. Mam do tego prawo.
Masz, córeczko odparłam cicho, rozumiejąc, że nic jej nie powstrzyma.
Była już prawie dorosła, miała dziewiętnaście lat. Szybko spakowała się do niewielkiej torby, ucałowała mnie w policzek i obiecała odwiedzać od czasu do czasu. Wysłałam ją z przystanku autobusowego, patrząc z żalem, jak odchodzi. Tym sposobem zostałam sama.
Czas płynął ospale. Od dawna jestem już na emeryturze, długie zimowe wieczory spędzam przeglądając kartki pocztowe od Bartka, schowane w starej bombonierce przewiązanej wstążką. Tych pocztówek nie było dużo, a ostatnia, już pożółkła, przedstawiała gałązki świerku i napis: Zosiu, wrócę za trzy dni, tęsknię i całuję, Twój Bartek.
Przesunęłam drżącymi palcami po kartce, przytuliłam ją do serca jakby był przy mnie, choć minęło już niemal dwadzieścia pięć lat od jego śmierci.
Niedawno nie mam już tyle siły, co kiedyś. Rzadko wychodzę na ławkę przed sklepem dawniej siadywałam tam z sąsiadkami, teraz tylko do sklepu i z powrotem. Okna zasłonięte, skrzynka na listy pusta, cisza w domu. Tylko kiedy przyjeżdża Lucynka z synami, dom ożywa. Niestety, to zdarza się rzadko. Na komodzie stoi zdjęcie Bartka trzyma w ramionach małą Lucynkę, oboje się śmieją.
Ech Bartek, jak wcześnie odszedłeś, zostawiłeś mnie samą gadam do zdjęcia. Naprawdę zostałam całkiem sama.
W domu tylko kotek Misio czasem wprowadzał zamieszanie skakał z parapetu, czasem głośno mruczał przy moich nogach. Nakarmiłam Misia, wypiłam herbatę, planując, że dziś muszę pójść do sklepu. Weszłam do pokoju, spojrzałam na zdjęcie.
Popijałam herbatę, gdy nagle ktoś zastukał do furtki.
Przypomniałam sobie, jak wtedy Lucynka spakowała się i oświadczyła, że wyjeżdża, by odnaleźć matkę biologiczną. Tamten poranek był szary i cichy. Siedziałam w kuchni, parzyłam herbatę, gdy ktoś zapukał do furtki.
Założyłam buty, narzuciłam chustkę na ramiona i wyszłam na podwórko. Otworzyłam furtkę, a tam stała kobieta młodsza ode mnie, z troską w oczach.
Dzień dobry… Czy pani jest Zofia? jej głos drżał.
Tak. A pani to kto?
Nieznajoma zmieszała się, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę.
Jestem mamą Lucynki… to znaczy drugą mamą… właściwie biologiczną… Nazywam się Anna… No, chyba pani rozumie mówiła nieskładnie.
Zimno mi się zrobiło w środku. Lucynka niedawno wyjechała, a tu nagle pojawia się jej matka? Jak mnie znalazła?
Coś się stało Lucynce, skoro pani tu przyszła? zapytałam, przestraszona. To znaczy, znalazła panią…
Anna zaczęła mówić szybko, nerwowo:
Lucynka jest w szpitalu… W Warszawie, coś z żołądkiem… Byłyśmy w parku, nagle złapała się za brzuch i usiadła na ławce, pobladła, natychmiast wezwałam karetkę.
Stałyśmy chwilę, patrząc sobie w oczy.
Lucynka już dawno mnie znalazła, tylko bała się pani o tym powiedzieć Anna otarła łzy.
Ojej, co my tu stoimy na dworze, wejdźmy do domu! ocknęłam się. Proszę do środka.
Podałam jej gorącą herbatę, usiadłyśmy przy stole, a Anna zaczęła opowiadać:
Byłam jeszcze studentką, kiedy urodziłam Lucynkę. Moi rodzice byli bardzo surowi i kazali mi oddać córkę. Chłopak mnie zostawił, rodzice postraszyli, że wyrzucą mnie z domu z dzieckiem. W szpitalu podpisałam zgodę na adopcję… Przez lata żyłam z wyrzutami sumienia… Ale przepraszam, nie o tym teraz… Lucynka bardzo chciała, żeby pani ją odwiedziła w szpitalu.
Natychmiast zerwałam się na nogi.
Ale dlaczego nie zadzwoniła do mnie?
Ukradziono jej telefon, a właściwie całą torebkę. Gdy przyjechała karetka, zabrała ją. Torebka została na ławce, z dokumentami. Wróciłam tam, ale już jej nie było…
Jejku, moja biedna dziewczynka wyszeptałam.
Sama podała mi pani adres, powiedziała: znajdź moją mamę.
Patrzyłyśmy na siebie długo nie było w nas niechęci, tylko niepokój i zmęczenie.
Jedziemy powiedziałam krótko, zamykając drzwi. Szybko, jedźmy.
Autobus ciągnął się w nieskończoność. Z początku milczałyśmy, potem rozmowa zaczęła się rozkręcać.
Ja też jestem sama westchnęła Anna. Mój mąż zmarł trzy lata temu, poważnie chorował. Przez lata nie udało mi się mieć więcej dzieci. Wiem, los mnie za to ukarał. Tak, to moja kara…
Wygląda na to, że poza Lucynką nie mamy nikogo powiedziałam cicho.
Wygląda na to, że mamy ją wspólnie… smutno odpowiedziała Anna.
W szpitalu zapytali:
Do kogo panie przyszły?
Do córki, do Lucyny Zielińskiej odpowiedziałyśmy jednocześnie, potem spojrzałyśmy na siebie i uśmiechnęłyśmy się.
Dwie mamy? No dobrze, proszę, można wejść…
Chuda Lucynka leżała na łóżku pod kroplówką, przymglonym wzrokiem patrzyła na nas i uśmiechnęła się szeroko.
Mama… i mama… szepnęła.
Pocałowałam ją pierwsza.
Cicho, córeczko, jestem tutaj a Anna usiadła obok.
Teraz wszystko będzie dobrze, już nie jesteś sama poprawiła kołdrę Anna.
Siedziałyśmy przy niej długo, rozmawiałyśmy o wszystkim.
Od tamtej pory Lucynka ma dwie mamy, później pojawił się mąż i dwaj synowie. A my ja i Anna mamy jedną córkę na spółkę. Spotykamy się czasem wszyscy razem.
Dziękuję za przeczytanie. Wszystkim życzę szczęścia i ciepła!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

11 + 3 =

Jedyna córka dla dwojga rodziców