Jedna córka dla dwóch mam
Miłość między Agatą i Konradem rozbłysła natychmiast, zakochali się od pierwszego spojrzenia. Spotykali się dopiero miesiąc, gdy na jednym ze spacerów Konrad powiedział:
Aga, bądź moją żoną a ja aż zaniemówiłam.
Jak to? Żoną? Przecież znasz mnie dopiero miesiąc!
Co z tego? Ten miesiąc wystarczył mi, by wiedzieć, że jesteś moim przeznaczeniem Nie potrzebuję nikogo innego, naprawdę, tylko ty istniejesz dla mnie
Och, Konrad, zgadzam się powiedziałam cicho i wtuliłam się w jego ramiona.
Córeczko, czy Ty nie za szybko podjęłaś decyzję? drążyła temat moja mama, zaniepokojona tak szybkim ślubem może jesteś w ciąży?
Mamusiu, o czym Ty mówisz? Nie, absolutnie nie, po prostu Konrad powiedział, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, i ja też… Taką mamy miłość, mamo.
Wkrótce wszyscy, którzy dziwili się naszemu szybkiemu ślubowi, przekonali się, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Z zewnątrz widać było, jak bardzo Konrad dba o mnie, a ja troszczyłam się o niego.
Nasza miłość była prawdziwa i szczera, lecz jedno przeszkody rzucały cień na nasze szczęście. Oboje bardzo pragnęliśmy dziecka, jednak upragniona ciąża wciąż się nie pojawiała.
Konrad, powinniśmy zrobić badania, może jest jakiś powód, dla którego nie zachodzę w ciążę?
Zgadzam się odparł bez wahania Konrad.
Ile było nadziei, wizyt u lekarzy, wyjazdów i modlitw wszystko na próżno. Nie udało mi się zajść w ciążę.
Aga, myślałem, może moglibyśmy pojechać do domu dziecka, wziąć tam dzieciaczka i wychować go jak własnego zaproponował niepewnie Konrad.
Tak myślałam… Jestem za wypaliłam od razu. Długo marzyłam o tym, ale bałam się, że Konrad nie będzie chciał. Myślę o tym od dawna…
To pojedźmy powiedział Konrad znam dom dziecka, mijam go wracając z delegacji, już wtedy postanowiłem.
Gdy z Konradem przyjechaliśmy do domu dziecka, spośród kilkudziesięciu dzieci, jedna trzyletnia dziewczynka, jasnowłosa i niebieskooka, podbiegła do mnie i objęła za kolana.
Mama zawołała radośnie, a ja nie potrafiłam jej wypuścić z objęć.
Tak właśnie pojawiła się w naszym domu córka Luśka, pogodna i roześmiana dziewczynka, jej śmiech brzmiał jak strumień. W końcu poczułam się naprawdę szczęśliwa uczucia macierzyńskie wreszcie mogły się ujawnić. Bardzo kochałam swoją Luśkę. Konrad także nie widział świata poza córką.
Wszystko układało się dobrze. Mieszkaliśmy z Konradem w małym miasteczku, gdzie ludzie znali się nawzajem. Oczywiście, niektórzy sąsiedzi wiedzieli, że Luśka jest adoptowana. Póki była mała, nie stwarzało to problemów. Jednak czas płynął, Luśka rosła, zaczęła chodzić do szkoły i pewnego dnia ktoś jej powiedział, że nie jest naszą biologiczną córką.
Luśka miała wtedy czternaście lat. Wróciła ze szkoły i wybuchła atakiem złości.
Mamo, czemu nie powiedzieliście mi, że nie jestem waszą córką? Wiem, że zabraliście mnie z domu dziecka…
Córeczko, uspokój się, planowaliśmy o tym porozmawiać, ale czekaliśmy, aż będziesz starsza, byś nie odebrała tego zbyt emocjonalnie. Ale skoro już ktoś Ci powiedział… Zawsze tego się obawialiśmy.
Luśka płakała i krzyczała, potem zamknęła się w sobie, a potem stała się złośliwa. Była w trudnym wieku, wyrażała swoje emocje jak potrafiła. Bywała niemiła, trzaskała drzwiami, zdarzało się nawet, że odzywała się niegrzecznie.
Niespodziewanie wtedy zdarzył się wypadek Konrad zginął. Nie mogłam dojść do siebie po wiadomości, że mąż zginął w wypadku, kiedy wracali z delegacji z Krakowa. Działo się to tuż przed Nowym Rokiem, śnieżyca była tak silna, że auto wpadło w poślizg.
Konrad często wyjeżdżał w delegacje czasem na tydzień, jeśli coś się opóźniało, zawsze przysyłał mi kartkę pocztową, bo nie było telefonów. Miałam czterdzieści sześć lat, gdy zmarł mój mąż. Luśka zamiast mnie wspierać, jakby zerwała się z łańcucha. Wychodziła z domu i znikała na całe dnie, była nieposłuszna, niemiła.
Całym sercem starałam się znaleźć z nią wspólny język. Płakałam, prosiłam, nigdy nie krzyczałam na nią. Tak żyłyśmy razem. Luśka szybko dorastała. Pewnego dnia, już po maturze, powiedziała mi:
Wyjeżdżam do Warszawy oznajmiła stanowczo.
Podniosłam zmęczone oczy, ściskając ręcznik.
Do nauki, córeczko?
Nie, jadę szukać mojej biologicznej mamy…
Zapadło mi w pamięć, jak zabrakło mi wtedy tchu spytałam niepewnie:
Ale po co, Luśka? Czy nie jestem dla ciebie mamą?
Luśka odwróciła się do okna.
Muszę wiedzieć, kim jest. Muszę zrozumieć, dlaczego mnie zostawiła, dlaczego oddała. Mam do tego prawo.
Masz, córeczko odpowiedziałam. Wiedziałam, że żadne argumenty jej nie zatrzymają.
Miała już prawie dziewiętnaście lat. Luśka szybciutko spakowała swoje rzeczy do małej torby, pocałowała mnie w policzek i obiecała, że czasem odwiedzi. Wyszła z domu i poszła na przystanek autobusowy. Patrzyłam za nią ze smutkiem w oczach. Zostałam sama.
Minęło wiele lat. Dni wlekły się powoli. Byłam na emeryturze, długie zimowe wieczory spędzałam przeglądając kartki od Konrada, które trzymałam w starej pudełku po czekoladkach, przewiązanej wstążką. Nie było ich dużo, ostatnia, z gałązką świerku, poszarzała od czasu. Na odwrocie czytałam: Agatko, zostaję na trzy dni dłużej, tęsknię i całuję, Twój Konrad.
Przesuwałam drżącymi palcami po kartce, przytulałam ją do piersi, jakby obejmowała mnie osoba, której już nie ma. Minęło już ponad dwadzieścia pięć lat od jego śmierci.
Siedziałam przy oknie, wspomnienia nachodziły mnie fala za falą. Ostatnio bardzo się zmieniłam, dawniej wychodziłam na ławkę przed blokiem, rozmawiałam z sąsiadkami przed sklepem, teraz coraz rzadziej wychodziłam za bramę tylko po zakupy i z powrotem.
W oknach wisiały firanki, skrzynka pocztowa była pustka, w domu panowała cisza. Raz po raz dom wypełniał się radością, gdy przyjeżdżała Luśka z dziećmi. Jednak to zdarzało się sporadycznie. Najczęściej byłam sama. Na komodzie stało zdjęcie Konrada, trzymał na rękach małą Luśkę, oboje się uśmiechali.
Ach, Konradzie, jak wcześnie odszedłeś, zostawiłeś mnie samą szeptałam do zdjęcia. Zostałam zupełnie sama.
W domu panowała cisza, tylko czasem Sotek mój kot przerywał ją, skacząc z parapetu, czasem głośno mrucząc przy nogach. Nakarmiłam Sotka, sama wypiłam herbatę i pomyślałam, że dziś powinnam wybrać się do sklepu. Stanęłam w pokoju, spojrzałam na zdjęcie.
Piłam herbatę, gdy nagle ktoś zapukał do furtki. Przypomniałam sobie wtedy, jak Luśka poinformowała mnie, że wyjeżdża do miasta, by odnaleźć swoją biologiczną matkę. Wciąż przeżywałam tamten czas. Tamto poranne, szare i spokojne. Siedziałam w kuchni, zalewając herbatę, gdy ktoś znów zapukał do furtki.
Ubieram się, zarzucam szal na ramiona, wychodzę na podwórko. Otwieram furtkę, stoi tam kobieta młodsza ode mnie, jej oczy smutne.
Dzień dobry Pani Agata? głos drżał nieznajomej.
Tak, a pani…? spytałam.
Nieznajoma przesuwała ciężar z nogi na nogę.
Jestem mamą Luśki to znaczy drugą mamą właściwie biologiczną nazywam się Wioletta no, chyba pani już rozumie plątała się w słowach.
Zrobiło mi się zimno w środku. Nagle pojawia się jej matka, zaledwie kilka lat po wyjeździe Luśki, i jak ona ją znalazła?
Czy coś stało się Luśce, skoro pani tutaj? zapytałam z niepokojem chyba ją pani odnalazła
Wioletta mówiła szybko i nieskładnie:
Luśka jest teraz w szpitalu W Warszawie, jakiś problem z żołądkiem Spacerowałyśmy w parku, nagle złapała się za brzuch, usiadła na ławce, zbledła, natychmiast wezwałam karetkę.
Stałyśmy tuż przy furtce, patrząc sobie w oczy.
Luśka od dawna mnie znalazła, ale bała się pani powiedzieć Wioletta zaszlochała.
Ach, co my stoimy przy furtce, zapraszam panią do domu ocknęłam się proszę wejść.
Wlałam gorącą herbatę Wioletcie, która usiadła przy stole i powiedziała:
Byłam bardzo młoda, kiedy urodziłam Luśkę. Rodzice byli surowi i zmusili mnie do oddania córki. Narzeczony, gdy się dowiedział o ciąży, uciekł, rodzice grozili, że wyrzucą mnie z domu z dzieckiem. Napisałam wtedy rezygnację w szpitalu Tyle lat żyłam z tym ciężarem Przepraszam, ale dziś nie o tym… Luśka bardzo prosiła, by pani do niej przyszła do szpitala.
Natychmiast wstałam.
Dlaczego sama nie zadzwoniła?
Ukradli jej telefon, właściwie torebkę. Kiedy przyjechała karetka, zabrali ją. Torebka leżała na ławce, tam były jej dokumenty. Gdy wróciłam, już jej nie było…
O Boże, moja biedna dziewczynka wymruczałam.
Sama podała mi pani adres, powiedziała: znajdź moją mamę.
Milczałyśmy, nasze spojrzenia się spotkały nie było w nich wrogości, tylko troska i zmęczenie.
Jedziemy powiedziałam zamknęłam drzwi na klucz jedziemy szybko.
Stary autobus jechał powoli, w milczeniu, potem rozmawiałyśmy coraz więcej.
Też jestem sama wyznała Wioletta mój mąż nie żyje już trzy lata, chorował długo. Żyliśmy razem długo, ale nie udało mi się już więcej mieć dzieci. Wiem, to kara od Boga za to, że oddałam córkę. Tak, to moje pokutowanie…
Okazuje się, że tylko Luśka nas łączy powiedziałam.
Tak Jedna córka dla dwóch mam odpowiedziała smutno Wioletta.
W szpitalu zapytali:
Do kogo panie przyszły?
Do córki, do Ludwiki Kowalczyk odpowiedziałyśmy jednocześnie.
Kim panie są dla niej?
Matką powiedziałyśmy znowu razem, potem uśmiechnęłyśmy się do siebie.
Dwie mamy? No dobrze, proszę wejść.
Blada Luśka leżała pod kroplówką. Gdy nas zobaczyła, uśmiechnęła się z radością.
Mama i mama wyszeptała.
Pierwsza ją ucałowałam.
Spokojnie, córeczko, jestem przy Tobie a Wioletta siedziała tuż obok.
Teraz wszystko będzie dobrze, nie jesteś sama poprawiła jej kołdrę, powiedziała Wioletta.
Długo siedziałyśmy z Luśką, rozmawiałyśmy o wszystkim.
Od tej pory Luśka miała dwie mamy, potem pojawił się jej mąż i dwóch synków. A dla mnie i Wioletty jedna córka dla dwóch serc. Spotykamy się razem od czasu do czasu.
Dziękuję za przeczytanie, za wsparcie i dobre słowa. Wszystkiego dobrego!


