Jedna córka dla dwóch matek
Miłość pomiędzy Olgą i Konradem wybuchła nagle, od pierwszego spotkania. Miesiąc się spotykali, gdy podczas jednej z randek Konrad rzekł niespodziewanie:
Olga, zostań moją żoną wypowiedział z powagą, a ona zaniemówiła ze zdziwienia.
Jak to żoną? Przecież znamy się dopiero miesiąc.
I co z tego? Ten miesiąc wystarczył mi, żeby zrozumieć, że jesteś moim przeznaczeniem. Bez ciebie nie chcę żyć, nie widzę świata poza tobą.
Konrad, właściwie się zgadzam zaśmiała się cicho i przytuliła się mocno do jego ramienia.
Córeczko, czy nie za szybko? dopytywała się zaniepokojona mama Olgi, może jesteś w ciąży?
Mamo, o czym ty mówisz? Oczywiście, że nie. Konrad mówi, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, a ja czuję to samo… Taką mamy miłość, mamo.
Wkrótce ci, którzy dziwili się ich szybkiemu ślubowi, musieli przyznać, że są sobie pisani. Ich małżeństwo było pełne czułości, szacunku, a miłość Olgi i Konrada była prawdziwa i głęboka. On dbał o żonę z wielką troską, a ona oddawała mu tyle samo miłości.
Jednak było coś, co nie dawało im spokoju. Bardzo chcieli mieć dziecko, lecz upragniona ciąża nie nadchodziła.
Konradzie, powinniśmy się przebadać… Może jest jakiś powód, że nie mogę zajść w ciążę…
Zgadzam się odpowiedział natychmiast.
Tyle było nadziei, tyle wizyt u lekarzy, modlitw, wyjazdów do klinik i rozczarowań. Olga nie zaszła w ciążę.
Olu, myślałem… Może przygarnęlibyśmy dziecko z domu dziecka? Wychowalibyśmy je jak własne zaproponował nieśmiało Konrad.
Jestem za! natychmiast odpowiedziała, bo od dawna nosiła te myśl w sercu. Ja też o tym marzyłam, tylko się bałam czy ty na to przystaniesz.
To jedźmy. Wiem nawet, który dom dziecka… Często tamtędy przejeżdżam wracając z delegacji. Wtedy o tym zdecydowałem.
Kiedy razem przyjechali do domu dziecka, wśród kilkunastu niepewnych, zmęczonych dzieci, podbiegła do Olgi trzyletnia dziewczynka jasnowłosa, o niebieskich oczach i objęła ją za kolana.
Mamo! krzyknęła z radością, a Olga nie potrafiła jej już puścić.
Tak więc w ich domu pojawiła się córka Luba, wesołe dziecko, którego śmiech rozbrzmiewał jak srebrny dzwonek. Olga w końcu poczuła pełnię macierzyństwa, kochała Lubę najmocniej na świecie, a Konrad był w niej zapatrzony jak w obrazek.
Ich życie płynęło spokojnie. Mieszkali w niewielkiej podwarszawskiej miejscowości, gdzie wszyscy się znali. Sąsiedzi i znajomi wiedzieli, że Luba jest adoptowana. Gdy była mała, nie sprawiało to problemów, ale z biegiem lat sprawy się skomplikowały. Luba dorastała, chodziła już do szkoły. Pewnego dnia ktoś powiedział jej, że jest adoptowana.
Miała wtedy czternaście lat, wróciła ze szkoły i wybuchła płaczem.
Mamo! Dlaczego nie powiedzieliście mi z tatą, że nie jestem waszą córką? Wiem, że zabraliście mnie z domu dziecka…
Kochanie, chciałam ci o tym powiedzieć razem z tatą, ale czekaliśmy, aż będziesz gotowa, żeby łatwiej to przyjęłaś… Teraz wyszło jak wyszło. Zawsze się tego obawialiśmy…
Luba płakała, krzyczała, później zamknęła się w sobie, a z czasem stała się opryskliwa. Do tego nastał trudny okres dorastania, jeszcze mocniej się z nami kłóciła. Potrafiła trzasnąć drzwiami albo powiedzieć coś przykrego.
Właśnie wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Konrad zginął śmiertelny wypadek samochodowy w drodze powrotnej z delegacji do Warszawy, tuż przed Nowym Rokiem, podczas potężnej zamieci.
Konrad często wyjeżdżał służbowo. Jeśli podróż się przedłużała, przysyłał kartkę pocztową. Telefonów wtedy jeszcze nie było. Olga miała wtedy czterdzieści sześć lat. Po śmierci męża została z Lubą sama. Luba zamiast wspierać matkę, zupełnie się pogubiła. Uciekała z domu, znikała na całe dnie, nie słuchała, bywała nieuprzejma.
Olga mimo bólu próbowała znaleźć z córką wspólny język, błagała, płakała, ale nigdy nie podniosła na nią głosu. Dni mijały, Luba szybko dorastała. Pewnego dnia, niedługo po skończeniu szkoły, oznajmiła matce:
Wyjeżdżam do miasta powiedziała stanowczym głosem.
Olga oderwała się znad zlewu, ściskając ścierkę w dłoni.
Na studia, córciu?
Nie, jadę szukać mojej prawdziwej matki.
Olga aż zaniemówiła, wstrzymała oddech.
Lubo, po co? Przecież ja jestem twoją mamą
Luba odwróciła się do okna, długo milczała.
Muszę dowiedzieć się, kim jest. Muszę zrozumieć, dlaczego mnie oddała, dlaczego zostawiła… Po prostu mam do tego prawo.
Masz… odpowiedziała Olga cicho. Wiedziała, że nie powstrzyma córki.
Luba, już dziewiętnastoletnia, szybko spakowała kilka rzeczy do małej walizki, przytuliła Olgę, obiecując, że kiedyś przyjedzie. Ruszyła na przystanek autobusowy. Olga patrzyła za nią przez zapłakane oczy. Została sama.
Upłynęło wiele czasu. Dni dłużyły się nieubłaganie. Olga była już na emeryturze. W długie zimowe wieczory przeglądała kartki od Konrada te kilka, które zachowała w starej puszce po krówkach, przewiązanej wstążką. Najbardziej lubiła tę ostatnią, z igliwiem żółtą od lat. Na odwrocie czytała: Olu, będę trzy dni dłużej. Tęsknię i całuję. Twój Konrad.
Olga przejechała drżącymi palcami po kartce, tuliła ją do piersi, jakby mogła nią przytulić męża. Minęło dwadzieścia pięć lat od jego śmierci. Coraz rzadziej wychodziła przed dom, tylko czasem przysiadła na ławce z sąsiadkami, ostatnio już tylko do sklepu i z powrotem.
Firanki zasunięte, skrzynka na listy pusta, w domu cicho. Radość wracała, tylko gdy Luba przyjeżdżała z dziećmi. Ale to rzadkość. Zazwyczaj była sama. Na komodzie stało zdjęcie Konrada z maleńką Lubą na rękach oboje uśmiechnięci.
Konradzie, jak szybko odszedłeś, jak bardzo mi cię brakuje szeptała do zdjęcia. Zupełnie sama zostałam…
Ciszę domu czasem zakłócał tylko kot Tygrysek, który zeskakiwał z parapetu albo mruczał przy nogach. Olga nakarmiła kota, wypiła herbatę i pomyślała, że dziś powinna pójść do sklepu. Przeszła przez pokój, spojrzała na fotografię.
Piła herbatę, gdy nagle ktoś zapukał w furtkę.
Przypomniała sobie, jak wtedy Luba postawiła ją przed faktem, że wyjeżdża do miasta szukać biologicznej matki. Tamten ranek był szary, cichy. Olga siedziała w kuchni nad herbatą, gdy znów ktoś zapukał.
Włożyła buty, zarzuciła chustę i wyszła na podwórko. Przy furtce stała kobieta, znacznie młodsza od niej, ze smutkiem w oczach.
Dzień dobry… Czy pani Olga? głos jej drżał.
Tak, kto panią przysłał?
Nieznajoma wahała się, przestępując z nogi na nogę.
Jestem mamą Luby… to znaczy… drugą mamą A właściwie biologiczną… Mam na imię Weronika Chyba pani rozumie mówiła nieskładnie.
Olgę przeszedł dreszcz. Nie tak długo temu Luba wyjechała i oto jej matka biologiczna? Jak ją znalazła?
Czy coś stało się z Lubą skoro tu pani jest? Znalazła panią?
Weronika zaczęła mówić szybko, chaotycznie:
Luba jest w szpitalu… W mieście… Coś z żołądkiem. Siedziałyśmy w parku, chwyciła się za brzuch, zbledła i usiadła, od razu wezwałam karetkę.
Stały naprzeciwko siebie w milczeniu.
Luba od dawna mnie odnalazła, bała się jednak panu powiedzieć Weronika szlochała.
Och, co stojymy w furtce, chodźmy do domu! ocknęła się Olga.
Podała Weronice mocną herbatę, a ta, siadając przy stole, zaczęła opowiadać:
Byłam bardzo młoda, kiedy urodziłam Lubę. Moi rodzice byli surowi, kazali mi oddać dziecko. Narzeczony zniknął, kiedy dowiedział się o ciąży, rodzice zagrozili, że wyrzucą nas na bruk, więc napisałam zrzeczenie w szpitalu… Całe życie to przeżywałam… Wybacz, to nie czas na wyjaśnienia… Luba bardzo prosiła, żeby pani przyjechała do szpitala.
Olga od razu podniosła się z krzesła.
Dlaczego sama nie zadzwoniła?
Ukradziono jej torebkę z dokumentami i telefonem. Wszystko zniknęło zanim wróciłam po nią na ławkę…
O Boże, biedna moja dziewczynka szeptała Olga.
Sama dała mi pani adres. Powiedziała: znajdź moją mamę.
Obie kobiety milczały długo. Ich spojrzenia się spotkały, nie było w nich wrogości, tylko troska i zmęczenie.
Jedźmy zdecydowała Olga. Zamknęła dom na klucz, pośpiesznie ruszyły na dworzec.
Stary autobus wlókł się niemiłosiernie. Najpierw jechały w milczeniu, potem zaczęły rozmawiać.
Też jestem sama westchnęła Weronika. Mąż zmarł trzy lata temu, nie doczekaliśmy się dzieci… Długo żyliśmy razem, ale nigdy już nie mogłam mieć dziecka. Wiem, że to kara od Boga za mój grzech… Taki los.
Wygląda na to, że mamy tylko Lubę odezwała się Olga.
Wygląda na to Jedna córka dla dwóch matek powiedziała smutno Weronika.
W szpitalnej recepcji zapytano:
Do kogo panie idą?
Do córki, do Luby Szymańskiej odpowiedziały równocześnie.
Kim panie dla niej są?
Matkami odpowiedziały razem, potem uśmiechnęły się do siebie.
Dwie matki? Dobrze, proszę wejść…
Bledziutka Luba leżała pod kroplówką. Kiedy je zobaczyła, uśmiechnęła się.
Mama… i mama… wyszeptała.
Olga pierwsza ją pocałowała.
Cicho, córeczko, jestem tu.
Weronika usiadła obok i pogładziła ją po ramieniu.
Teraz już będzie dobrze, córeczko, masz nas obie szepnęła.
Długo tak siedziały przy jej łóżku. Rozmawiały o wszystkim.
Od tego czasu Luba ma dwie mamy, później pojawił się mąż i dwóch synów. A Olga i Weronika mają jedną córkę na spółkę. Spotykają się od czasu do czasu wszyscy razem.
Dziękujemy za przeczytanie, za wsparcie i serdeczne słowa. Wszystkiego dobrego i dużo szczęścia!


