Pędziliśmy samochodem przez trasę wzdłuż gęstych, podkarpackich lasów. Droga była wilgotna od deszczu, wokół panowała niemal martwa cisza. W myślach byliśmy już w domu w Rzeszowie rozmawialiśmy cicho i nie spodziewaliśmy się niczego niezwykłego.
Nagle, tuż przed maską naszego auta, na asfalt wyskoczył ogromny niedźwiedź brunatny. Michał, mój mąż, w ostatniej chwili zahamował gwałtownie, aż poczułam, jak serce zamarło mi w piersi. Samochód zakołysał się, a zwierzę zatrzymało się dosłownie metr przed nami. Wstało na tylne łapy, prezentując swoją groźną sylwetkę. Zdawało się, że zaraz rzuci się na nas jego wzrok był przenikliwy, badawczy, nie mrugał nawet na ułamek sekundy.
Patrzył prosto w naszą stronę. Przez chwilę miałam pewność, że to kwestia sekund, zanim wybuchnie chaos. Drzwi i szyby w aucie wydawały się wtedy cienką zasłoną, która nie powstrzyma głodnego drapieżcy.
Michał, drżącą ręką, wrzucił wsteczny bieg i powoli zaczął cofać samochód. Wiedzieliśmy oboje, że jeśli niedźwiedź ruszy do ataku, nasze szanse byłyby znikome. Sparaliżowana strachem, patrzyłam tylko na ogromne zwierzę i nie mogłam wydobyć z siebie nawet słowa.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego nie moglibyśmy przewidzieć coś, co zostawiło nas w osłupieniu. Tuż obok drogi, przy samym poboczu, nagle z trzaskiem zwaliło się potężne drzewo. Runęło z hukiem, rozbijając ciszę lasu. Zabrakło kilku metrów, a przygniotłoby nasz samochód. Przeżyliśmy prawdziwy cud.
Niedźwiedź, jak poparzony, rzucił się na cztery łapy i w jednej chwili zniknął w gęstwinie leśnych krzewów. Po chwili po całym wydarzeniu nie było już śladu; cisza wokół była jeszcze głębsza, jakby nic się nie stało.
Do dziś ciągle myślę o tamtej chwili. Czy niedźwiedź chciał nas zaatakować? Może próbował nas ostrzec przed upadającym drzewem? A może sam przestraszył się hałasu i uciekł w popłochu? Tego już nigdy się nie dowiem. Ale jego spojrzenie na zawsze pozostanie w mojej pamięci.


