To nie ma znaczenia, kto opiekował się babcią! To mieszkanie prawnie należy do mnie! wykrzykuje moja matka, a ja stoję naprzeciw, serce bije jak młot na budowie.
Matka grozi mi procesem sądowym. Po co? Bo mieszkanie naszej babci, Stasi z Nowak, nie należy do niej ani do mnie, lecz do mojej córki, małej Jadwigi. Matka uważa to za ogromną niesprawiedliwość. Twierdzi, że po śmierci babci lokum powinno przypaść jej, a nie nam. Babcia jednak zapisała je w testamencie na moją rodzinę zapewne dlatego, że przez pięć lat razem z mężem Markiem mieszkaliśmy u niej i codziennie dbaliśmy o jej potrzeby.
Moja matka, Maria Kowalska, to typ egoistki. Jej własne pragnienia zawsze stały ponad dobro innych. Po trzech rozwodach ma jedynie dwoje dzieci mnie i młodszą siostrę Zuzannę. Zuzanna i ja utrzymujemy ze sobą bliską więź, ale z mamą relacje już dawno osłabły.
Ojca, Jana Wiśniewskiego, ledwie pamiętam. Rozwiódł się z matką, gdy miałam dwa lata. Do szóstego roku mieszkałam z matką u babci w Krakowie. Babcię uważałam wtedy za trudną, bo matka nieustannie płakała, a dom był napięty jak struna. Dopiero dorosła, kiedy zrozumiałam, że Stasia była człowiekiem o złotym sercu, pragnącym, by jej córka stała się samodzielna.
Po drugim małżeństwie matka połączyła się ze swoim nowym mężem, Andrzejem, i razem z Zuzanną zamieszkaliśmy w jego mieszkaniu. Tam urodziła się Zuzanna. Po siedmiu latach małżeństwa Maria rozwiodła się z Andrzejem i nie pojechała do babci. Andrzej wziął nas pod swój dach, a trzy lata później poślubił kolejną kobietę i przeniósł nas do swojego nowego mieszkania w Warszawie.
Nowy mąż nie był zachwycony, że ma już dzieci, ale nigdy nas nie krzywdził po prostu nas ignorował. Matka całkiem pochłonęła się nowym związkiem, zazdrościła mu i wywoływała sceny przy rozbitym naczyniu. Raz w miesiącu pakowała się do wyprowadzki, ale Andrzej zawsze powstrzymywał ją. Zuzanna i ja przyzwyczailiśmy się do tego i przestaliśmy zwracać na to uwagę.
Zajmowałam się wychowaniem Zuzanny, bo matka nie miała czasu. Na szczęście mieliśmy babcię, która pomagała nam nieustannie. Kiedy wstąpiłam do domu studenckiego, Zuzanna zamieszkała u Stasi. Ojciec często przychodził z pomocą, a matka dzwoniła tylko na wakacje.
Przywykłam do tego, że matka nigdy nie dbała o nas i nie przejmowała się naszym losem. Zuzanna nie mogła tego zaakceptować czuła się zraniona, zwłaszcza gdy matka nie przyjechała na jej maturę.
Dorosłyśmy. Zuzanna wyszła za mąż i przeprowadziła się do Gdańska. Ja i mój partner Piotr mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu, nie spiesząc się z małżeństwem, choć byliśmy razem od lat. Często odwiedzałam Stasię, była dla mnie jak bratnia dusza, choć starałam się nie narzucać jej swojego życia.
Kiedy babcia zachorowała i trafiła do szpitala, lekarze mówili, że potrzebuje stałej opieki. Codziennie przychodziłam z zakupami, gotowałam, sprzątałam i pilnowałam, by brała leki o właściwej porze. Szło to przez sześć miesięcy, czasem z Piotrem, który naprawiał zepsute krany i porządkował pokój.
Stasia w końcu zasugerowała, że moglibyśmy wprowadzić się do jej mieszkania, by zaoszczędzić na czynszu i w końcu mieć własny kąt. Zgodziłyśmy się bez wahania babcia i ja zawsze rozumiałyśmy się bez słów, a Piotr ją uwielbiał. Wprowadziliśmy się, a po pół roku dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Postanowiłyśmy zatrzymać dziecko Stasia była zachwycona perspektywą wnuczka. Wzięliśmy ślub w rodzinnym lokalu przy kawiarni w centrum, ale matka nie przyszła, nie zadzwoniła nawet z gratulacjami.
Dwa miesiące po narodzinach naszej córeczki, Zuzanna, która wciąż była w pobliżu, upadła i złamała nogę. Musiałam jednocześnie opiekować się babcią i noworodkiem. Zwróciłam się do matki o pomoc obiecała przyjść później, ale nigdy nie dotarła.
Sześć miesięcy później babcia doznała udaru, została przykuta do łóżka. Opieka nad nią była nie do wytrzymania, gdyby nie Piotr. Dzięki niemu udało się ją podnieść z opresji po kilku tygodniach zaczęła mówić, samodzielnie jeść i chodzić. Przez kolejne dwa i pół roku obserwowała, jak jej mała wnuczka stawia pierwsze kroki. Zmarła cicho, w słodkim śnie, zostawiając w sercach nas głęboki ból i pustkę.
Matka zjawiła się jedynie na pogrzebie, a po miesiącu wróciła, by wyrzucić nas z mieszkania i przejąć własność. Była przekonana, że to jej lokum. Nie wiedziała, że Stasia w testamencie po śmierci zapisała mieszkanie na nas, zaraz po urodzeniu Jadwigi. Dlatego matka nie dostała nic.
Nie oddasz nam tej czterokondygnacyjnej sprawy! wykrzykuje, grożąc sądem. To nie ważne, kto dbał o babcię! To mieszkanie powinno należeć do mnie!
Ja mam już notariusza i prawnika. To mieszkanie jest naszą własnością, podarowaną przez Stasię, i nie zostanie nam odebrane. Jeśli urodzimy jeszcze jedno dziecko dziewczynkę nazwę je na cześć babci.



