Jak teściowa przejęła syna surrealistyczny sen
Po ślubie naszego syna, świat nagle zwolnił i wypłynął poza znane granice Krakowa. Syn nie przychodził już do nas, znikał prawie codziennie, zawsze słychać było o pilnych sprawach do załatwienia u teściowej w Tarnowie. Teściowa, wiecznie zamotana, z wiecznie cieknącym kranem lub wypadającą półką zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem ta kobieta dożyła czegokolwiek, zanim jej córka wyszła za naszego Miłosza.
Miłosz był żonaty już ponad dwa lata. Po ślubie zamieszkali zupełnie osobno, w apartamencie, który kupiliśmy jeszcze dla niego, kiedy rozpoczynał studia na AGH. Od dziecka byliśmy dla niego przystanią wsparcie i zrozumienie na każdym kroku. Gdy dorastał, zamieszkał sam, bo nowoczesne mieszkanie przy alei Pokoju znajdowało się zaledwie kwadrans tramwajem od jego pierwszej poważnej pracy.
Nie powiem, żebym od razu nie lubiła synowej, choć jej imię Brygida kojarzyło mi się raczej z bajkami niż z dorosłym życiem. Ta dziewczyna wydawała się zbyt lekkomyślna; więcej w niej było krnąbrnego dziecka niż partnerki dla dorosłego faceta. Miłosz był słodkim chłopakiem łagodnym, uprzejmym; wciąż wyobrażałam sobie, jak będzie żył w tym niezwykłym połączeniu rzeczywistych obowiązków i dziecięcej naiwności żony.
Poznałam ją i jej matkę w równie osobliwych okolicznościach. Matka Brygidy, pani Stefania, choć była w moim wieku, sprawiała wrażenie, jakby od lat żyła w świecie animowanych seriali. Może spotkaliście kiedyś ludzi, którzy nawet po pięćdziesiątce zrywają jabłka z krzaka śmiechu i kwilą, gdy pada deszcz? Taka była Stefania infantylna i zagubiona. Sześć rozwodów za sobą miała już wtedy. Nasze rozmowy ograniczały się do kilku uprzejmych zwrotów o ślubie naszych pociech podczas dziwnego przyjęcia w restauracji Pod Smokiem.
Syreny alarmowe rozbrzmiały jeszcze przed ślubem. Brygida wciąż ściągała Miłosza do swojej matki a to kran cieknie, a to półka się urwała, gniazdko zaiskrzyło. Za pierwszym razem zamknęłam na to oko: cóż, w domu bez mężczyzny czasem trudno sobie poradzić. Ale potem… te awarie mnożyły się jak grzyby po deszczu w Puszczy Białowieskiej. Syn tłumaczył nieobecność, bo wraz z żoną jechał pomóc teściowej. Na święta Wielkanocy, Bożego Narodzenia, urodziny zawsze byli u niej, u nas zostawali tylko ja, mój tata Władysław i moja własna teściowa, Janina.
Gdy przestał nawet odwiedzać rodzinę na imieniny, a do tego ignorować nasze prośby, poczułam się jak gąbka wykręcona do sucha. Pewnego razu kupiliśmy lodówkę i poprosiliśmy Miłosza o pomoc. Zgodził się, ale zadzwonił w ostatniej chwili:
Mamo, nie dam rady, u Stefanii pralka kapie, musimy do niej jechać z Brygidą usłyszałam w słuchawce.
Mój mąż, Tomasz, zdenerwował się, zadzwonił do syna, a w oddali rozległ się głos Brygidy: „Twoi rodzice to nie mogą zamówić firmy przeprowadzkowej?” Miłosz przyjechał, ale miotała nim furia:
Tato, serio? Nie mogłeś zatrudnić kogoś do wniesienia lodówki? Muszę to teraz ciągnąć sam!
Pękła we mnie nić cierpliwości. Zastanawiałam się, czemu Stefania sama nie zatrudni hydraulika czy elektryka jakby żyła w alternatywnej wersji Polski, gdzie fachowcy są zakazani przez Naczelnego Kapelusznika. Miłosz wytłumaczył: „Mama Brygidy potrzebuje pomocy, bo wszyscy teraz tylko naciągają kasują złotówki, a niczego nie naprawią.”
Tomasz nie wytrzymał:
Może Stefania nie zna się na AGD, ale owce potrafi prowadzić doskonale, bo jedną właśnie pasie dzielnie od dwóch lat…
Miłosz czerwony jak burak z bazaru na Kleparzu, zatrzasnął drzwi i tyle go widzieliśmy. Nie wtrącałam się, choć Tomasz miał rację w końcu te nowi krewni siedzieli na karku naszego syna jak smok na Wawelu. Miłosz stał się domowym fachowcem w domu teściowej, o naszej rodzinie zresztą zapomniał.
Od tej burzliwej wymiany zdań zapanowała cisza, która przeciąga się niczym mgła w marcowy poranek nad Wisłą. Miłosz nie rozmawia z ojcem dwa tygodnie. Tomasz też nie zamierza się pierwszy przełamać. Miotam się pomiędzy nimi jak liść tańczący na wietrze wiem, że Tomasz miał rację, można było tylko nieco łagodniej. Czy stracę syna przez taką bzdurę?
I nagle widzę w śnie, jak oni wszyscy Miłosz, Tomasz, Brygida i Stefania tańczą wokół olbrzymiej lodówki pośrodku Rynku Głównego. Ktoś wrzuca do niej 500 złotych, w środku wykluwa się nowy kran, który zaraz przecieka, a Stefanio-owca beczy z domowego okna. Rozwiązania wciąż brak, a jedyną wygraną pozostaje teściowa, bo zawsze ktoś jej coś naprawi.
W tej śniącej krainie polskich relacji rodzinnych to ona zdaje się królować wśród kabli, półek i kapryśnych synów kuszonych przez własne cienie.


