Dziś wieczorem znowu myślałam o tym, jak wygląda nasze życie latem. Moja teściowa, pani Helena, zaproponowała pomoc z dziećmi podczas wakacji. Teraz, gdy jest już emerytką, ma więcej wolnego czasu i zaproponowała, że zajmie się wnukami, gdy my będziemy w pracy. Bez zastanowienia zgodziliśmy się, bo naprawdę nie mamy za bardzo wyjścia oboje z Bartkiem mamy pełnoetatowe prace, a przy trójce dzieci żaden z nas nie może sobie pozwolić na dłuższy urlop. Zawsze, gdy któreś z naszych dzieci przeziębi się lub mają przedszkolne uroczystości, bierzemy urlopy na zmianę, żeby się nimi zająć. Czasem uda nam się wyrwać na weekend za miasto, gdy domowe sprawy na to pozwalają, ale to rzadkość.
Od trzech lat zaczęliśmy spłacać dwudziestoletni kredyt hipoteczny na mieszkanie w Warszawie. Byliśmy już zmęczeni ciągłą przeprowadzką z wynajmu do wynajmu, dlatego zdecydowaliśmy się w końcu na własne mieszkanie, mimo że rata kredytu w złotówkach jest naprawdę spora. Przez to, nawet pracując całe lato, zupełnie nie stać nas na rodzinne wakacje. Po prostu co miesiąc obliczamy, ile dokładnie jeszcze mamy do oddania do banku, i tyle. Poza tym, latem przedszkole i szkoła są zamknięte, więc nie bardzo mamy z kim zostawić dzieci, kiedy wychodzimy do pracy. Daje mi to choć odrobinę spokoju, że u nas w domu dzieci są bezpieczne, pod czułą opieką babci a przecież dla nich dom to najlepsze miejsce na odpoczynek w upalne dni.
Teściowa chwyciła tę okazję obiema rękami i od razu ustaliliśmy zasady. Zwyczajowo, kiedy przychodzi lato i podrzucamy dzieci do pani Heleny, zawsze przywozimy jej wolny bagażnik zakupów spożywczych mleko, warzywa, mięso, sporo owoców żeby nie musiała się martwić o obiady i kolacje. Dajemy jej też kilka setek złotych na drobne smakołyki dla wnuków, bo zawsze powtarza, że jej emerytura nie jest wysoka, a ona sama nigdy nie wydaje na nich pieniędzy ze swojej kieszeni. I dobrze dla nas i tak jest o wiele taniej niż wynajmowanie niani na całe wakacje. Dzięki temu wszyscy są zadowoleni, a atmosfera domowa jest spokojna.
Niestety w tym roku sytuacja się skomplikowała. Szymon, młodszy brat Bartka, który również ma trójkę własnych brzdąców, przyprowadził swoje dzieci do babci bez wcześniejszego zapowiedzenia. Nie dość, że jego maluchy są znacznie młodsze od naszych i wymagają o wiele więcej uwagi, to jeszcze Szymon nie pomyślał, by zostawić babci jedzenie czy dać jej chociażby trochę pieniędzy na zakupy. Praktycznie całą trójkę dożywialiśmy z własnej lodówki, kupując dodatkowe produkty. Nie chcę wyjść na sknerę, ale przecież wszyscy mamy swoje wydatki, a wydatki związane z kredytem i tak już są na naszej głowie.
Wiem, że nie jestem sama z tym problemem przecież w każdej rodzinie zdarzają się takie sytuacje. Wiele razy próbowałam przekonać Bartka, żeby spokojnie porozmawiał z bratem, ale on zawsze tylko wzrusza ramionami i unika konfliktów. Czasem mam wrażenie, jakby oczekiwał, że to ja załatwię sprawę, chociaż przecież chodzi o jego rodzinę. Zaczynam się zastanawiać, kiedy nadejdzie moment, gdy będę musiała powiedzieć „dość” i postawić granice. Może powinnam sama porozmawiać z Szymonem, ale nie chcę wywoływać awantury i psuć rodzinnych relacji staram się trzymać się polskiego przysłowia: „zgoda buduje, niezgoda rujnuje.” Ale jak wytłumaczyć komuś, żeby tyle nie oczekiwał od innych i sam czasem zadbał o własne dzieci, nie licząc tylko na babcię?
Zamykając dziś wieczorem ten wpis, obiecuję sobie, że postaram się znaleźć sposób na spokojną rozmowę. W końcu chodzi o dobro wszystkich dzieci i o spokój naszej rodziny.



