Jak okiełznać męża – opowieść o Natalii, jej pięciu kotach i nowej sile po chorobie, czyli historia …

Okiełznać męża. Senna opowieść

Dziękuję za waszą obecność, za polubienia, ciepłe słowa i komentarze do moich opowieści, za subskrypcje i ogromne ukłony odemnie oraz mojej gromadki pięciu sierściuchów za każdą złotówkę darowaną przez was!

Podzielcie się proszę opowieścią, jeśli się spodobała, z bliskimi autorce też jest wtedy raźniej!

Po powrocie ze szpitala Zofia czuła się lepiej, planując już od rana powrócić do codziennych rytuałów.

Ale tamtego poranka, leżąc we własnym łóżku, doznała niespodziewanego buntu w środku siebie.

Jej mąż, Janusz, już rozciągał się z zapałem.

Od zawsze był typem sportowca, na emeryturze nie porzucił swoich przyzwyczajeń. Każdy ranek zaczynał od zestawu ćwiczeń na ból w stawach.

Zosia zazwyczaj gnała do kotki Balbiny, by wyjąć jej z kuwety baśniowe kryształy.

Potem karmiła ich ukochaną puszystą Balbinę i wiernego kundelka Frajdka, ogarniała korytarz i kuchnię ze śladów nocnych eskapad łap i pazurów. I szybciutko musiała wyprowadzić Frajdka na spacer.

Po południu i wieczorem wychodzili już razem z Januszem, wtapiając się w ciszę parku. Ale rano, kiedy mąż był odcięty od świata przez rytuały zdrowotne, Zosia musiała ogarnąć wszystko na czas.

Po spacerze zaraz wracała, by przygotować ich skromne, tradycyjne śniadanie: twaróg z miodem i bakaliami, raz serniczki, raz omlet albo jajka na miękko.

Zosia traktowała to krzątanie jak swoją gimnastykę, choć lekarze w szpitalu, gdy o tym usłyszeli, nalegali na prawdziwe ćwiczenia żadna domowa bieganina tego nie zastąpi.

Janusz, gdy kończył już swoje ćwiczenia na stawy, ścielił łóżko, nieraz burcząc pod nosem, że to „nie męska robota”, a wszystko w domu spada na jego barki. Pranie dwa razy w tygodniu, odkurzanie oczywiście, a przy tym ciągle wytykał Zosi, że znów się „ze wszystkim nie wyrobiła”.

Na koniec zmywał po śniadaniu talerze, przekonany, że dzięki temu okazuje jej największą ulgę.

Gdy już zjedli, Zosia pichciła obiad, potem zasiadała do laptopa.

Nawet na emeryturze dorabiała, nie chcąc liczyć każdych kilku groszy.

Janusz uważał jej dodatkowe zajęcia za żart, a kupowanie nowych rzeczy za fanaberię. Bo przecież szafy pełne, po co nowe!

I Zosia zwykle ustępowała, nie wychylała się.

Nie ceniła ubrań, szczególnie że Janusz zawsze powtarzał, jak to świetnie wygląda na tle rówieśniczek. Nie miała nic przeciwko temu, by mąż kupował trzecią wiertarkę albo coś jeszcze, i to nawet za jej śmieszne zarobki.

Wszystko się jednak poplątało, gdy niespodziewana choroba przewróciła świat Zosi do góry nogami…

Do szpitala trafiła karetką, bo zemdlała przy sklepie.

Lekarze nie mogli uwierzyć, że w takim stanie jeszcze chodziła. Wyniki dramatyczne.

Nawet Janusz się przeraził, widząc ją bladą, pod kroplówką, gdy pozwolili mu wejść. I w domu ledwo sobie radził, dopiero wtedy się przekonał, ile tych domowych spraw naprawdę jest.

Niecierpliwie czekał na jej wyjście ze szpitala, bo przecież prawdziwie ją kochał…

Przez pierwsze dni leżała jeszcze zgodnie z zaleceniem lekarzy. Mąż doglądał ją, raz po raz pytając:

No co, Zosiu, już lepiej? No, ślicznie ci do twarzy, już nie taka blada.

I żartował:

A nie leż tyle, bo chodzenia zapomnisz, to też szkodzi. Czas wracać do starego rytmu…

Zosia się z nim zgadzała, ale nie do końca. I tamtego ranka, gdy się zbudziła, nie chciało jej się wcale pędzić do codziennego kółka domowego krzątania.

Patrząc na Janusza, ćwiczącego z miną skupioną, czekał przecież, że i ona niebawem wróci do siebie.

Pierwszy raz od lat nie widziała w nim opiekuńczego męża, a raczej człowieka, który znowu nieświadomie nawet zamierza na nią zwalić wszystko.

Coś w niej zaprotestowało!

Przypomniała sobie słowa lekarza, co z dzwonem w głosie ostrzegał pod szpitalną lampą:

Nie myśli pani o sobie. Przyzwyczaiła pani do tego męża.
On nie widzi, ile to pani kosztuje, bo się nie skarżysz i uśmiechasz.
Trafiłaś do nas z bardzo ciężką anemią, wyniki o połowę poniżej norm, chce pani jeszcze żyć?”

Od razu podpięli jej kroplówkę, potem aż pięć razy robiąc transfuzję, księżycową krew, aż wyniki wróciły do przyzwoitych.

Patrząc na przezroczystą rurkę, Zosia myślała:

No proszę, dostałam krew pięciu zupełnie obcych ludzi. Uratowali mi życie. Teraz mam w sobie coś cudzego, może mnie to zmieni?

Wyglądało na to, że nie była to myśl przypadkowa.

Po powrocie do domu zaczęła z coraz większym zdziwieniem odkrywać, że nie zamierza już gorliwie usługiwać Januszowi.

Ot, kocha go, tak jak on ją. Owszem, wiele robi z tych rzeczy, o które inni faceci by się nie postarzeli, ale swoją ważność wciąż wyolbrzymia, a jej zmniejsza.

Kiedyś Zosia na to przymykała oko taka była jej łagodność ale teraz coś się w niej ruszyło.

Zapragnęła powrócić do dawnych pasji. Grać na pianinie, które kurz zbierało, czy czymś jeszcze dziwnym, czego jeszcze nie potrafiła nazwać.

Podniosła się z łóżka i z zamyśleniem zaczęła rozciągać się obok Janusza. On nie wytrzymał i zauważył z ironią:

Tobie tam w szpitalu chyba przewróciło się w głowie. Zosia, co ty na stare lata, sportowcem będziesz? A wyglądasz rewelacyjnie i tak, zostaw już, idź kota karm i śniadanie rób, głód doskwiera!

Lekarz mi kazał powiedziała Zosia, a w jej głosie zabrzmiała twardość, której Janusz u niej nie znał. Powiedział, że inaczej długo nie pożyję. Chcesz, żebym umarła?

Patrzyła, jak mąż osłupiał na jej szczerość. Może uznał, że jej to przejdzie, to tylko efekt szpitalnej atmosfery. Nawet się nie spierał, gdy Zosia zarządziła:

Tak, to ja karmię Balbinę i Frajdka, a ty wychodzisz na spacer z psem. Ja w tym czasie robię śniadanie. Będzie szybciej.

Sama się zdziwiła, jak łatwo Janusz się zgodził. W środku czuła chaos i rozkojarzenie.

Jakby dostała nową energię, a raczej pięć nowych sił, które ją prowadzą i szepcą, że może sobie pozwolić, żeby wyrzucić stary żakiet, kupić nową sukienkę sama na nią zarobiła.

Podpowiadały, że powinna ćwiczyć codziennie, stać się silniejsza i koniecznie grać!

Zliczyła pięć wyraźnych nowości, i ze strachem stwierdziła:

Przecież pięć razy robili mi transfuzję, od pięciu ludzi. Siła i śmiałość na zmiany chyba są od nich!
Mówią, że po przeszczepie serca czy krwi, można odziedziczyć jakieś pasje, wspomnienia, albo dar do muzyki…

Zosi oczy błyszczały od tej świadomości.

Kiedy patrzyła teraz na Janusza, w jej spojrzeniu nie było dawnej uległości. Była tam pewność siebie nie tylko z powodu lekarza, lecz też przez ten dziwny przypływ energii, który czuła prawie fizycznie.

Widziała, jak mąż gubi się, próbując zrozumieć, dlaczego znany świat nagle się przesuwa, a posłuszna Zosia stała się inna.

Wiesz, Januszku mówiła spokojnie, bez dawnego strachu chyba już wiem, czemu całe życie myślałeś, że nic nie robię. Po prostu nie widziałeś, jak bardzo się staram, jak się męczę, żeby ci było dobrze.

Ale teraz zobaczysz. Nie zdziw się, jeśli wyrzucę stare płaszcze i sukienki, i kupię sobie nowe. Będę też grała na pianinie śmiałeś się, że po szkole muzycznej tylko Kotka na płocie i Mazurkę pamiętam? To posłuchaj…

Otworzyła klapę pianina, położyła palce na klawiszach. Zagrała coś pięknego, coś dawnego, zapomnianego, aż zapiekły ją oczy.

Janusz patrzył na żonę z zachwytem, potem wyszeptał:

Zosieńka, jak to zrobiłaś? Przecież tego nie umiałaś… Ty jesteś teraz inna.

Na jego twarzy malowało się zdziwienie, może nawet lekkie przerażenie.

Był przyzwyczajony do jednej Zosi, a obok niego stanęła nowa. Bardziej silna, zdecydowana. I ta przemiana go onieśmielała.

Zosia uśmiechnęła się.

To nie był ten jej stary, przepraszający uśmiech. Był szczery, pełen oczekiwania. Czuła rozniecający się ogień w środku: pięć nowych iskierek życia. Ogień obiecywał jej nie tylko przetrwać ale żyć prawdziwie.

Żyć w pełni, z miejscem i na siebie i na swoje pragnienia. I być może nawet na nową miłość do męża bardziej dojrzałą, opartą na wzajemnym szacunku, a nie na własnym poświęceniu.

Zosia nie wiedziała, kim byli ci dawcy. Ale byli chyba silni i utalentowani.

Uratowali jej życie a przy okazji dali jej nowe, szczęśliwsze…

Janusz patrzy na swoją Zosię z podziwem.

Mówią nie pytaj, dlaczego spotkała cię choroba lub inne trudności. Ważne, by zrozumieć, po co może po to, by odkryć raz jeszcze, jak cudownym darem jest życie…

Jak piękna jest wiosna, i zima, i chlapa, i mróz. Każdy dzień to cud, każdy promień słońca radość.

I uśmiechy bliskich, ich wsparcie, ich słabości bo wszyscy jesteśmy tylko ludźmi…

A jeśli ukochany mąż zacznie marudzić i burczeć, trzeba go przywołać do porządku. Może wtedy sobie przypomni, że jest mężczyzną…

Dopóki możemy, żyjmy pełnią życia i doceniajmy wszystko, co dostaliśmy. Inaczej nie warto…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście + 13 =

Jak okiełznać męża – opowieść o Natalii, jej pięciu kotach i nowej sile po chorobie, czyli historia …