Władysław Romanowicz, musisz podwiesić krawat! rozkazał, podciągając kołnierz swojej białej koszuli.
Po otrzymaniu krawata od żony Jadwigi, przyjrzał się jej surowym spojrzeniem:
Co masz w ręku? Daj mi ten, co przywiózłem z Londynu. Dziś mam spotkanie z dyrektorem.
Jadwiga natychmiast odnalazła proszony element i podniosła go w milczeniu.
A więc nie zamierzasz go zawiązać? mruknął Władysław, unosząc podbródek i patrząc, jak Jadwiga szyje krawat w jego ulubłym węźle.
Patrząc w lustro, zmarszczył brwi, poprawił węzeł i patrząc z góry na żonę, jakby mówił: Nie martw się, nie musisz mieć wszystkiego pod ręką.
Nie podawaj mi jajecznicy nie chcę. Zaparz kawę i zrób tost rozkazał, siedząc przy stole w kuchni. Kawa już wystygła! Nie potrafisz nic zrobić tak, jak trzeba! w każdym słowie drżała irytacja.
W progu drzwi kuchennych pojawiła się wnuczka Zosia dopiero wczoraj przyjechała z córką na tydzień gościć. Oprzyjona o framugę, patrzyła na dziadka, oceniając jego zachowanie z perspektywy pięciu życiowych lat.
Chodź do mnie, Zosiu zawołał Władysław, wyciągając ręce. Usiadł ją na kolanach i coś wymamrotał, nadając głosowi miękkości. Pragnął, by mała przytuliła się do niego, roześmiała, objęła go. Lecz odpowiedź wnuczki była niespodziewana:
Dziadku, dlaczego tak ze mną rozmawiasz? Tak mówią tylko dobrzy ludzie.
A ja nie jestem dobry? zdziwił się staruszek.
Nie, nie jesteś. Tu przy sercu jest zimno dotknęła dłonią jego klatki piersiowej. Potem ześlizgnęła się z kolan, podeszła do Jadwigi, przytuliła się i pocałowała w policzek: Dzień dobry, babciu.
Zaskoczony zachowaniem wnuczki, Władysław dopiero usłyszał krótki ryk silnika taksówkarz już czekał przy wjeździe. Pobiegł od stołu, założył płaszcz i buty wypolerowane od wieczora, wziął teczkę i ruszył w stronę drzwi:
Nie czekajcie na obiad. Wieczorem mogę się spóźnić rzucił w biegu.
Zjeżdżając po schodach, nasłuchiwał własnych odczuć. Wszystko wydawało się tak, jak zawsze pełen energii, gotów przenosić góry ręką podwładnych. Każde polecenie przełożonych spełni, nieważne trudności. Wystarczy rozkazać, wyznaczyć terminy, sprawdzić wykonanie. Nie powinno go dręczyć, jak radzą podwładni praca ma być zrobiona w wyznaczonym czasie, nawet kosztem nocy w biurze! Problemy wierszytów szeryfa go nie ruszają!
Lecz coś drążyło duszę. Słowa Zosi to było to! Bolesne usłyszeć taką uwagę od małego człowieka, kochanej Zosi.
Co to ma znaczyć, mała ociężała? warczał, mijając korytarze. Nie jestem surowy, jestem stanowczy! Bez mojego rygoru nie da się pracować, daj słabość, a zaraz ktoś cię położy, w domu i w służbie!
Między drugim a trzecim piętrem dostrzegł dwa-miesięcznego kociaka, skulonego pod ciepłą grzejką, przerażonego patrzącego na spieszących przechodniów.
Rozprzestrzenią się zarazy w klatce schodowej. Zobaczę dozorcy, niech go stąd wywiedzie! wykrzyknął, choć dozorcy nie było, a nocny śnieg pokrył chodniki i trawniki świeżym puchem.
Rozwalony! zakrzyknął Władysław, zatrzymując się przy wjeździe, czekając, aż przyjedzie jego osobisty kierowca, Wiktor. Do biura! rzucił krótko, marszcząc brwi i pogrążając się w myślach.
Nikt nie odważy się mi tak powiedzieć myślał. Dlaczego? Bo się boją. A wnuczka nie boi się. Brawo! Usta dziecka Czy ona naprawdę mówi prawdę? Jako że mnie potępiła za obojętność. Nie jestem taki, nie zawsze taki byłem. Życie mnie kształtuje, a w sercu jestem dobry i życzę wszystkim dobra. próbował się usprawiedliwić, ale słowa nie brzmiały przekonująco.
Droga dziś ciężka lód pod nogami nagle wypowiedział się do Wiktora. Kierowca zdziwiony podniósł brwi szef rzadko zwracał się do niego w taki sposób.
Nic nie szkodzi, jedziemy na krawędź, a pieszo przechodnie mają trudniej. Zimno dzisiaj mocno uciska.
Wydawało się, że tylko wymienili kilka słów, a w sercu Władysława zrobiło się cieplej. Spojrzał przez okno ze swojego ciepłego samochodu i zauważył: tak, mróz i wietrzyk nieprzyjemny ludzie na przystanku zamarzają.
Wiktorze, patrz, to nasza dziewczyna wskazał na Lidia z działu utrzymania, zaledwie starszą od jego córki. Zabierzmy ją.
Jak sobie życzysz, panie Romanowiczu Wiktor zatrzymał się przy Lidi.
Lidio, wsiadaj, zanim zupełnie zamarznie Władysław uśmiechnął się przyjaźnie. Lidia odwzajemniła uśmiech i w mgnieniu wpadła na tylną kanapę. Jej uśmiech i błysk w oczach podniosły nastrój. Co masz w kieszeni? zapytał.
Proszę spojrzeć wyciągnęła małą kotkę. Stojałam na przystanku, a ona biegała od jednego do drugiego, ocierała się o nogi, płakała. Zmarzła, biedna, a ludzie nie zwracają uwagi, udają, że ją to nie obchodzi. Ogrzałam jej łapki i uszy, które się zamroziły, i włożyłam pod pachę, niech się ociepli. Po zmianie odprowadzę ją do domu, będzie mieszkać ze mną. A mój syn będzie się cieszyć!
Ile ma lat twój syn?
Dziś ma siedem, chodzi do pierwszej klasy. Jest samodzielny. Do szkoły, ze szkoły, odrabia lekcje, podgrzewa obiad wszystko sam.
Władysław przypomniał sobie, że kilkakrotnie w tym miesiącu zmuszał cały dział utrzymania do nadgodzin, choć nie było takiej potrzeby. A syn Lidii wtedy był sam znów poczuł niepokój.
Lidio, ratujesz kota więc ratuj. Daję ci dziś dzień wolny, za ratowanie zmarzniętych i z okazji urodzin syna. Zrób mu przyjęcie. Twojemu szefowi wszystko wyjaśnię. Wiktorze, odwróć auto, podwieźmy Lidiię do domu.
Och, panie Romanowiczu, jaki pan jest dobry! rozpromienia się Lidia. Czy pan też lubi koty?
A co, dobrzy ludzie muszą lubić koty? uśmiechnął się szef.
Nie zawsze. Ale kto kocha koty, musi być dobry! przekonała Lidia.
Kiedy zbliżali się do biura, Władysław zapytał kierowcę:
Masz kota?
Dwa odparł Wiktor, szeroko się uśmiechając. Dwa psotne pyszczki.
Dzień pracy minął jak zwykle w rytmie biznesu, a jedynie w porze lunchu, z zastępcą, pozwolił sobie na luźną rozmowę:
Masz wnuki? zapytał.
Dwóch. uśmiechnął się zastępca. Małych bandytów!
Lubią cię?
Oczywiście! mrugnął z zadowoleniem. Kiedy przyjdą w gości, nie ruszę się ani kroku! Co razem wymyślimy!
A kot u ciebie w domu?
Bez kota nie ma życia zdziwił się zastępca. On jest królem domu!
No tak! podniósł brwi Władysław.
Wieczorem, po odprowadzeniu kierowcy, wspiął się na swój piętro. Między drugim a trzecim piętrem, przy grzejniku, leżał ten sam kociak. Ktoś położył mu kocyk, obok stała miska z jedzeniem i kuwetą z żwirkiem.
Co za ludzie! westchnął Władysław. Tak mały, a nikt się nim nie zajmuje. Co teraz tu będziesz zimować, jak bezdomny? Chodź ze mną, dostaniesz nianie i przyjaciółkę.
Podniósł malucha na ręce, przytulił go i wspiął się na swoją platformę. Kotek przytulił się do wielkiego człowieka i mruczał. Ciepło, dawno zapomniane, dotknęło serca.
Ojej, dziadku! zawołała Zosia, widząc kociaka. Prosiłam babcię, by go wzięła, a ona mówiła, że nie pozwolisz.
Dlaczego nie pozwolę? Oczywiście pozwolę uśmiechnął się dziadek, całując żonę w policzek. Tylko trzeba go umyć i wymyślić imię.
Po godzinie mały kociak, nazwany Tykiem, siedział na kolanach Zosi, a ona na kolanach dziadka. Zosia przytuliła się do niego policzkiem i promiennie się uśmiechnęła:
Dziadku, teraz nie jest już zimno. dotknęła jego klatki piersiowej. Jest naprawdę ciepło. Niech tak będzie zawsze, dobrze?
Będzie, Zosiu. Teraz będzie. A jakby nie było kotki w domu, to nie byłoby zimna.



