Lidia marzyła o pierwszym dziecku, a jej mąż, Jan, przez dziewięć miesięcy otaczał ją troską. Odprowadzał na uczelnię, zabraniał wychodzić w śliskie dni. Ale tuż przed porodem wysłano go w delegację. Mógł odmówić, bo i tak planował rzucić pracę, gdy tylko dziecko przyjdzie na świat. Nie po to się żenili, żeby teraz zostawiać ją samą.
Bóle porodowe zaczęły się, ledwo Jan zdążył wyjechać. Nie dość, że cierpiała niewyobrażalnie, to jeszcze nie było go przy niej. To nie tak miało wyglądać. Nie tak wyobrażała sobie powitanie swojego pierworodnego.
Dziecko urodziło się zdrowe, ale Lidia nie miała ochoty dzwonić do męża. Niech się dowie od obcych. Rozejrzała się po sali. Naprzeciw leżała czterdziestoletnia Krystyna. Obok młoda dziewczyna, Edyta, gadała przez telefon. A przy drzwiach jakaś kobieta płakała, odwrócona do ściany.
Po niewyobrażalnym wysiłku Lidia opadła na niebieską poduszkę z trójkątnym stemplem i zapadła w głęboki sen, jakby nic więcej nie istniało.
Będziemy karmić dziecko? usłyszała przez mgłę. Obróciła się z radością.
Pielęgniarka stała przy płaczącej kobiecie.
No co, nie odpowiadasz? Weź ją choć na ręce. Zobacz, jaka śliczna. Kobieta zastygła, ale się nie odwróciła.
Jak nogi rozkładać, to każdy potrafi. A jak odpowiedzialność wziąć, to lepiej od dziecka się od razu odciąć. Pielęgniarka pokręciła się jeszcze chwilę i wyszła.
Pierwsza odezwała się Krystyna, nie kryjąc emocji:
Myślisz, że ja tego chciałam? Mam czterdzieści trzy lata, syn żonaty. Wkrótce wnuki, a tu co? Co teraz zrobić? Dziecko niewinne. Gdybyś nie chciała, to byś nie donosiła. A teraz ma się tułać po domach dziecka? Pomyślałaś, jak jej będzie żyć, gdy od razu ją zdradzą?
Ania zaczęła płakać jeszcze głośniej, jakby tama pękła.
Po co te łzy? Komu one pomogą? nie ustępowała Krystyna. Bierz dziecko, karm i nie bądź głupia.
Może ją zgwałcili? wtrąciła Edyta, odkładając telefon. Albo dziecko od kogoś bliskiego no, od ojczyma?
Lidia słuchała i czuła winę, choć to nie jej sprawa. Miała przecież szczęście mąż, który prowadził ją za rękę, kochający rodzice. A i tak narzekała. A tu kobieta, której nikt nie chce. I dziecko, które ledwo przyszło na świat, a już jest niepotrzebne.
Wyrośnie, pełna goryczy. Bo rodzice pili. Albo bo mężczyzna, który obiecał małżeństwo, uciekł, gdy tylko się dowiedział.
Nie będzie balonów na powitanie dziecka, nie będzie kwiatów dla matki. Nie ma dokąd iść, a z dzieckiem tym bardziej.
Zalana wstydem i żalem, Lidia zapytała:
Gdyby było gdzie iść, to byś ją zabrała?
Ania spojrzała na nią jak na wariatkę:
Oczywiście, ale tak się nigdy nie stanie. Wzięła to za szyderstwo, znów odwróciła się do ściany i zamilkła.
A po dwóch godzinach Lidia oznajmiła uroczyście:
Będziesz mieszkać w akademiku. Moja mama jest komendantem. Będziesz myć podłogi, a oni dadzą wam pokój.
O, a ja mam nowy kocyk na wypis! odezwała się Edyta. Zadzwonię do męża. Mamy dwa, po co nam tyle?
A ja przyniosę ubranka dodała Krystyna. Po mojej córce zostały, nie nowe, ale czyste. Syn ma już swoje, a wnukom kupią świeże.
Następnego dnia kobiety z innych sal zaczęły przynosić rzeczy. Jedna przywiozła wózek, inna kołderkę.
O, a ja nie mam nic powiedziała młoda dziewczyna z sąsiedniej sali. Może kupię mleko? Na wszelki wypadek.
Ania wybuchnęła płaczem, ale teraz z radości.
Oddam, zarobię mamrotała. A inne matki klepały ją po ramieniu i mówiły:
Oddasz komuś, kto będzie potrzebował.
Późnym wieczorem, zasypiając, Lidia myślała, jak dobrze się wszystko ułożyło. Ani będzie dobrze. Spotka jeszcze porządnego człowieka.
A jej córeczce też się powiedzie. Będzie miała mamę. A czego więcej potrzeba?



