Trzeba było zabrać się za przygotowania zanim Jaś pojawił się na świecie!
Mój powrót ze szpitala był prawdziwą komedią. Mąż, Marek, przyjechał po mnie prosto z pracy, jeszcze w garniturze pachnącym kawą z biurowej kuchni. Prosiłam go o urlop choćby na jeden dzień, ale pan prezes stwierdził, że raporty same się nie napiszą. Obiecał mi, że wszystko przygotuje na powrót bajka o złotym rybaku nie byłaby bardziej nierealna. Gdyby nie jego deklaracje, ogarnęlibyśmy pranie, zakupy i domek błyszczałby jak u Perfekcyjnej Pani Domu. No ale wyszło, jak wyszło żali się trzydziestoletnia Renia.
Nie dotrzymał obietnicy?
Do szpitala pojechałam na wariackich papierach, a wróciłam do mieszkania wyglądającego jak po grzybobraniu w środku remontu. Wstyd przed mamą, która przyszła z sernikiem i całą rodziną na czele, był nie do opisania! Kurz taki, że na półkach można było pisać Sprzątnij mnie!. Wózka dla malucha nie było, komody też nie, a bodziaków tyle co kot napłakał dobrze, że przyjaciółki podrzuciły pieluszki, bo bym Jaśka w szaliku zawijała wspomina z lekkim uśmiechem młoda mama.
Renia wyszła za Marka sześć lat temu. Teraz, po długich rozmowach, planowaniu i ciułaniu na wspólne życie, nareszcie zostali rodzicami. Dziecko odkładali na później jak to u nas, najpierw trzeba mieć własny kąt i parę złotych w skarpecie. Wreszcie padła decyzja: czas na potomka!
Szefowi powiedziałam o ciąży, a ten zrobił z tego powód do mojego spontanicznego pożegnania. Inni poszliby z tym do prawnika, ale ja uznałam może to znak, żebym się skupiła na oczekiwaniu na synka, szydełkowałam, delektowałam się wolnym czasem. Na szczęście Marek dostał podwyżkę, więc przynajmniej o kasę się nie martwiliśmy tłumaczy Renia.
Ciąża przebiegała wzorowo. Spacerki po osiedlu, wieczorne lektury, zakupy online oczywiście tylko zerkając, bo mąż zakazał cokolwiek kupować przed narodzinami. No bo to pech, bo to przesądy kupimy potem. Siostra obiecała łóżeczko i komodę zdradzić ze swojej piwnicy, nawet kilka kocyków i śpiochów odłożyła. Prosiła, żebym przed wyjazdem do szpitala wszystko wyprała i odświeżyła. Co z tego, jak jedyne co mogłam zrobić to spakować torbę Marek pilnował tego bardziej niż moje ciotki diety.
A kiedy zaczęły się skurcze tata Jaśka złapał się za głowę. Wydatków jak u szalonego, a przygotowań zero. Ja przeżywałam, bo pranie kisiło się w pralce jak domowy ogórek. Nikt po nie nie sięgnął przez kilka dni!
Dobrze, że przyjaciółki podrzuciły trochę ubranek i pieluch, bo inaczej musiałabym synka w starej poszewce zawinąć. Marek dostał zadanie: biegał po Warszawie jak kurier przed świętami, zbierając gdzie popadnie dziecięce gadżety. Tylko że wszystko to było stare, pokryte kurzem i nie wiadomo czym jeszcze ledwo zdążyłam wyprać i wysuszyć, zanim mi dziecko wyrosło z pół tamtych rzeczy. W tym momencie miałam ochotę wysłać rodzinę na urlop na biegun północny, a ja sama rozważałam rozwód przez allegro parsknęła z ironicznym śmiechem.
Przez dwa tygodnie Renia czyściła i ogarniała mieszkanie. Minęły już dwa miesiące, a ona nadal nie ma ochoty na wizyty gości.
Rodzina już stwierdziła, że to chyba już czas na wspólne obiadki, kawki, ciasteczka. No jasne, chętnie jeszcze ugotuję bigos dla wszystkich, jak już i tak nie mam nic do roboty odburknęła na pytania mamy.
Mama Reni zupełnie nie pojmuje, czemu córka chodzi taka naburmuszona. Przecież miała tyle czasu! Przez całe dziewięć miesięcy mogła wyprać firanki, ogarnąć meble z siostrą i przekonać tego uparciucha Marka, że zakupy przed porodem nie sprowadzą na dom siedmiu plag egipskich. Każdy powinien zadbać o swoje liczyć na facetów? A co to, żarty?
No i co byście powiedzieli czy Renia słusznie ma żal do rodzinki? Może jednak sama powinna była przejąć stery? Kto ma rację: ona czy reszta świata? Co Wy byście zrobiły na jej miejscu?



