Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co się działo u nas ostatnio normalnie, jakby ktoś scenariusz napisał do serialu, tylko wszystko naprawdę. No więc, sprawa tyczy się mojej teściowej, mojego męża Marka, mojego szwagra Pawła i ich licznej rodziny.
Wiesz, jeszcze zanim poznałam Marka, miałam już własne mieszkanie takie trzy pokoje, ale totalna ruina: drzwi wejściowe prawie spadały z zawiasów, ściany wołały o pomstę do nieba. Kupiłam je za niezłą cenę i później, krok po kroku, sama wszystko ogarniałam. Zdążyłam wyremontować dwa pokoje, kupić parę mebli, więc jak już zamieszkałam z Markiem, to było gdzie przysłowiową głowę położyć.
Po naszym ślubie urządziliśmy jeden pokój dla dzieci. Najpierw urodził nam się Krzyś, potem Hania wiesz, oba imiona wzięte po naszych dziadkach, bo chcieliśmy, żeby dzieciaki miały takie prawdziwie polskie imiona. Wszystko szło naprawdę fajnie, aż tu nagle, pewnego jesiennego wieczoru, zjawiła się moja teściowa, pani Zofia. Przyszła z walizkami, zapłakana, ledwo mogła wydusić słowo.
Mogę się u was na trochę zatrzymać? Paweł, mój młodszy, sprowadził do mnie dziewczynę i nie mam teraz gdzie mieszkać. Może im się ułoży, może to jego przyszła żona Ja długo nie zabawię, będę gotować, odbierać wam dzieci z przedszkola, pomogę jak tylko się da. Nie mam nikogo poza wami! beczała, aż się serce krajało.
No i wpuściliśmy ją, przecież to mama. Daliśmy jej największy pokój, bo już była na emeryturze. Pomagała, odbierała Krzysia z przedszkola, gotowała domowe obiady, ale do swojego mieszkania nawet nie zaglądała, bo Paweł zaczął tam nowe życie z nową partnerką i dziećmi.
Słuchaj, w sumie niezły bałagan. Dawno temu teściowie sprzedali swoje większe mieszkanie przy ulicy Kościuszki pamiętasz tamtą kamienicę? i zainwestowali w małą kawalerkę dla siebie i dwa pokoje dla Pawła. Potem życie się posypało. Teść, pan Andrzej, zachorował i odszedł, a Paweł jakoś sobie nie mógł ułożyć życia. Ożenił się od razu po maturze, potem się rozwiódł, mieszkanie zostawił byłej żonie, ona się z innym ożeniła, dzieciaki zostały z nią.
Po rozwodzie Paweł wrócił do mamy. Mówił wtedy: Mamo, pomieszkam z tobą trochę, coś wymyślę, jeszcze wszystko się poukłada. No ale jakoś się nie poukładało, a po paru miesiącach sprowadził kolejną dziewczynę, potem doszły dzieci jedno jej, jedno ich wspólne w sumie tłumek. W weekendy moja teściowa zbierała jeszcze dzieci Pawła z pierwszego małżeństwa i przywoziła do nas cyrk na kółkach.
Rok tak minął, aż uznaliśmy z Markiem: dość. Czas, żeby mama zdecydowała, gdzie ma mieszkać. Pani Zofia zaczęła lamentować i rozdzierać szaty płacz, histeria, aż mnie głowa rozbolała. Wybrałam się do Pawła i powiedziałam mu wprost: czas oddać mamie mieszkanie. A on na to, że nie ma za co wynająć mieszkania, dzieci ma, ledwo zarabia i co my teraz z tym mamy zrobić?
Coraz gorzej się dogadywałam z panią Zofią wieczorem nawet do domu nie chciało mi się wracać. W końcu powiedziałam Markowi: albo rozwiąże sprawę mieszkania z mamą, albo ja naprawdę pakuję walizki i biorę rozwód. Chłop się załamał, bo nie wiedział, gdzie mamę ulokować bo jak to, wyrzucić własną matkę na ulicę?
To mu przetłumaczyłam: niech mama weźmie kawalerkę na wynajem, spokojnie możemy to sfinansować w końcu trochę złotych odłożyliśmy. Ale pani Zofia stanowczo odmówiła uznała, że mamy wynająć mieszkanie dla Pawła i jego rodziny, a ona wróci do siebie.
Dla mnie to już była jakaś bezczelność. Powiedziałam w końcu jasno: jeśli w ciągu tygodnia się nie wyprowadzi, to jej rzeczy lądują na korytarzu i będzie musiała sobie coś wymyślić.
Powiedz mi, czy naprawdę mamy obowiązek utrzymywać pawłową rodzinę i jeszcze fundować im mieszkanie? Ja już ręce opuściłam czasem po prostu trzeba postawić granicę, nawet jeśli chodzi o rodzinę.



