Jest taka noc w Warszawie, mgła gęsta niczym śmietana rozlewa się po ulicach, i nagle wszystko robi się dziwnie, jakby rzeczy rozsypywały się na kawałki i łączyły w nowe twory, niezrozumiałe, ale boleśnie znajome. W tym śnie, stoję na balkonie trzypokojowego mieszkania na Pradze, które kupiłam za śmieszne pieniądze jeszcze zanim poznałam swojego męża pamiętam jak dziś: tapety z lat osiemdziesiątych odklejające się jak suche liście, klamka oderwana, drzwi wejściowe tylko przystawione do ościeżnicy niby oparta o ścianę stara dykta.
Remontowałam sama, pokój po pokoju, czasem pomagali znajomi Teresa malowała ściany na żółto, Roman przynosił stare krzesła z odzysku. Gdy poznałam Andrzeja, prawie wszystko już było na miejscu, tyle że salon dalej pachniał wilgocią, a w powietrzu wibrowały echa czyichś kłótni z przeszłości. Andrzej był wysoki, miał gęste włosy, mieszkał gdzieś na Ursynowie w wynajmowanej klitce, ale szybko przeniósł się do mnie. Po ślubie urządziliśmy dziecięcy pokój, potem na świat przyszła Zbyszek, później Jagoda.
Z pozoru wszystko idealnie, aż pewnego dnia październikowy zmierzch, deszcz puka w parapet dzwonek do drzwi wyciąga mnie z zamyślenia. Tam stoi teściowa, pani Halina, z walizką, płacze jakby deszcz zaczął padać w środku:
Kasiu, mogę zostać u was na jakiś czas? Mój Jasiek przyprowadził do mojego mieszkania dziewczynę, chyba z Podlasia. Może to miłość, a może nie Ja tylko na chwilę, przysięgam! Pomogę, obiad ugotuję, dzieci odbiorę ze szkoły, dla ciebie zrobię wszystko. Przecież ja nie mam już nikogo oprócz ciebie!
Zostaje u nas i zasiedla największy pokój, ten z widokiem na rzekę, pełen porannego światła. Halina już dawno na emeryturze, rzeczywiście gotuje, robi zupę ogórkową, bierze Zbyszka na spacery. Do siebie prawie nie wraca, bo przecież Jasiek z nową żoną i dzieciakami urządzają sobie tam własne gniazdko.
Historia tej rodziny jest zagmatwana, jakby ktoś napisał ją w stanie półsnu. Dawno, dawno temu szwagier Jaś ożenił się niemal od razu po maturze z Małgorzatą, teściowie sprzedali mieszkanie na Mokotowie za złotówki kupili sobie ciasną kawalerkę na Tarchominie, a Jaśkowi dwupokojowe mieszkanie z balkonem. Potem teść zachorował, świat się skurczył do szpitalnych korytarzy i wreszcie został pusty kubek po kawie na kuchennym stole.
Jaś z Małgosią mieli dwójkę dzieci, potem związek rozpadł się, mieszkanie zostało dla byłej żony i jej nowego męża. Jaś po rozwodzie powrócił do matki, wszedł z walizką, usiadł na wersalce i powiedział tylko:
Mamo, będę mieszkał z tobą. Mam marzenia. Ułożę sobie wszystko inaczej.
„Marzenia” wyparowały, szybko pojawiła się nowa dziewczyna. W mieszkaniu kawalerce na Tarchominie ściany się rozsuwały wciąż ktoś przychodził, wychodził, przynosił dzieci, zostawiał ubrania na krześle. Halina co tydzień podrzucała do naszego mieszkania kolejne dzieci, nie potrafiłam już rozpoznać: które czyje? Dni zlewały się w jeden rozkołysany korowód, jak niedzielny jarmark na Placu Szembeka.
Po roku zebrałam się na odwagę: trzeba rozwiązać tę sprawę, bo zaczynam wariować. Rozmowa z Haliną kończy się płaczem i spektaklem rodem z telewizji ona żąda wyjaśnień, mój mąż milczy, a ja śniąc na jawie widzę, jak wynoszę meble na klatkę schodową.
Wreszcie, jako ostatnia deska ratunku rozmawiam z Jasiem, że czas się wynieść od mamy. On odpowiada cicho, jakby zaklinał powietrze:
Nie mogę. Mam dzieci. Mam niską pensję. Nie stać mnie na wynajem.
Coś się we mnie zapada. W domu narasta ciężka atmosfera, uciekam do pracy, wieczorami spaceruję po Ogrodzie Saskim i liczę kroki, żeby nie wracać za szybko. W końcu stawiam wszystko na jedną kartę: mówię mężowi, że jeśli nie rozwiążemy problemu z mieszkaniem dla Haliny, rozwiodę się z nim. On patrzy na mnie, jakby zobaczył wilka w tramwaju, i mówi:
Gdzie ona pójdzie? Przecież nie wystawię jej na bruk!
Proszę, by wynajęła kawalerkę damy radę, mamy trochę oszczędności. Teściowa jednak stanowczo kręci głową: „Nie! Wynajmijcie mieszkanie dla Jasia z rodziną, ja wrócę do siebie. Tak będzie sprawiedliwie!”
Mam już dość. Mówię jej, że jeśli w tydzień nie zniknie z naszego życia, wystawię jej rzeczy pod drzwi. Jakie mam inne wyjście? Przecież nie będę budować życia rodziny szwagra ani zabezpieczać go przed rzeczywistością, która wygląda w tym śnie jak krzywe odbicie w lustrze trochę śmieszna, trochę smutna, na pewno nie moja.



