Jak teraz żyć — nie mam pojęcia. Moja własna siostra okazała się zdrajczynią.
Mój mąż i ja byliśmy, jak to mówią, nierozłączni jak dwie krople wody. Wszyscy zachwycali się naszą parą — cicha, stabilna, ciepła rodzina. On zawsze był dla mnie uprzejmy — i w domu, i na zewnątrz. Nawet przyjaciółki dziwiły się, mówiąc, że to niemożliwe, żeby w domu zawsze panował spokój. Mówiły: „To nie potrwa długo”. Wtedy tylko się śmiałam. I bardzo źle… Widocznie zapeszyłam.
Wszystko runęło nagle. Zaczęło się od tego, że moja młodsza siostra, Alicja, wpadła w tarapaty — zwolnili ją z pracy. Została bez grosza przy duszy i z ogromnym poczuciem winy. Zawsze byłyśmy blisko, bo po śmierci mamy to ja stałam się dla niej jak matka. Bez wahania zaprosiłam ją, żeby u nas zamieszkała, dopóki nie znajdzie pracy i nie stanie na nogi. Wyznaczyliśmy jej pokój.
Na początku było dobrze. Ale dość szybko w domu zaczęło dziać się coś dziwnego. Mąż, Tomek, stał się nerwowy, drażliwy. Nic go już nie cieszyło. Uśmiech, który zawsze witał mnie po pracy, zniknął. Zaczął być opryskliwy, kłócił się o byle co, i ciągle narzekał na siostrę: raz kubki nie tam, gdzie trzeba, raz pranie rozwieszone nie tak.
Mnie to niepokoiło, ale zrzucałam wszystko na stres. Pewnego dnia postanowiłam porozmawiać z Alicją, delikatnie zasugerować, żeby uważała, by nie zaburzać domowej harmonii. Skinęła tylko głową, mówiąc, że rozumie.
A potem stało się coś, co zmieniło wszystko.
Tego dnia wróciłam z pracy wcześniej niż zwykle. W mieszkaniu panowała cisza. Pomyślałam, że wszyscy wychodzą, ale gdy otworzyłam drzwi do sypialni — nogi się pode mną ugięły. Na naszym małżeńskim łóżku, pod naszą kołdrą, zobaczyłam ich. Mojego męża. I moją rodzMoja własną siostrę.



