Ależ ci muszę coś opowiedzieć, bo naprawdę już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć…
Paweł przykucnął zmęczony przed swoją córką, wpatrując się w różowe plamki na jej policzkach. Znowu to samo mruknął z rezygnacją.
Czteroletnia Zuzia stała pośrodku pokoju, cierpliwa, nieprzeciętnie poważna jak na swój wiek. Już się przyzwyczaiła do ciągłych oględzin, zmartwionych min rodziców, do maści i tabletek, które przechodziły z ręki do ręki.
Ania, jego żona, dosiadła się obok, delikatnie odgarnęła włosy z twarzy Zuzi.
Te lekarstwa w ogóle nie działają, westchnęła. Jakbym wodą podlewała. Lekarze w przychodni też tylko zmieniają schematy, ale nie ma żadnej poprawy.
Paweł wstał i przetarł nos. Za oknem szarówka jak każdego dnia. Szybko się zebrali Zuzię otulili w ciepłą kurtkę pół godziny później siedzieli już u jego mamy w bloku.
Pani Ewa westchnęła, pokiwała głową i pogłaskała wnuczkę po plecach.
Tyle leków dla takiej małej przecież to organizm przemęczony, posadziła Zuzię na kolanach, a dziewczynka wtuliła się w babcię jak zawsze. Serce się kraje.
Najchętniej nic byśmy jej nie dawali, Ania ścisnęła palce na kolanach. Ale ta alergia nie odpuszcza. Już wszystko wyeliminowaliśmy. Dosłownie wszystko. Je tylko ryż, ziemniaki, gotowanego kurczaka i wciąż wysypka.
I co mówią lekarze?
Nic specjalnego. Wciąż nie wiedzą, od czego się zaczyna. Robimy badania, testy, próbki i nasze efekty to Ania machnęła ręką. Widzisz sama, na policzkach.
Ewa poprawiła Zuzi kołnierz.
Oby przeszło, czasem dzieci wyrastają. Ale na razie, szczerze, ciężko o pocieszenie.
Paweł patrzył na córkę. Mała, chudziutka, z dużymi, poważnymi oczami. Gładził ją po głowie i nagle wróciły wspomnienia własnego dzieciństwa jak kradł z kuchni drożdżówki, które mama piekła w soboty, jak wyciągał cukierki ukradkiem, jak kochał domowy dżem, jedzony łyżką prosto ze słoika. A jego córka… tylko ryż, trochę gotowanego mięsa, woda. Żadnych owoców, żadnych słodyczy, żadnych normalnych, dziecięcych smaków. Ma cztery lata, a dieta ma surowszą niż niejedna osoba z wrzodami.
Już nie wiemy, co jeszcze wyeliminować, przyznał cicho. W jadłospisie prawie nic nie zostało.
Wracali do domu w ciszy. Zuzia usnęła na tylnym siedzeniu, Paweł co chwilę zerkał w lusterko. Śpi spokojnie przynajmniej teraz się nie drapie.
Mama dzwoniła, odezwała się Ania. Zaprasza Zuzię na weekend. Kupiła bilety do teatru lalek, chce zabrać wnuczkę.
Do teatru? Paweł zmienił bieg. Bardzo dobrze. Niech się rozerwie.
Też pomyślałam, że jej się przyda trochę rozrywki.
W sobotę Paweł podjechał pod dom teściowej, wyjął Zuzię z fotelika. Wstała na nogi zaspana, przecierała oczy piąstkami wcześnie ją obudzili. Wziął ją na ręce, przytuliła się do jego szyi, cieplutka i lekka jak wróbelek.
Krystyna, teściowa, wyszła na ganek w kwiecistym szlafroku, rozłożyła ramiona jakby zobaczyła nie wnuczkę, ale rozbitka.
Moja kochana, słoneczko moje, przyciągnęła Zuzię do siebie, wtuliła mocno. Jakaś bledziutka, wychudzona. Zamęczyliście ją tymi dietami!
Paweł wsunął dłonie do kieszeni, tłumiąc narastające poirytowanie. Zawsze ta sama śpiewka
To dla jej dobra, proszę zrozumieć.
Dobre sobie! Krystyna zmierzyła wnuczkę wzrokiem. Skóra i kości. Dziecko musi jeść, a wy głodzicie!
Zabrała Zuzię do domu, nawet nie spojrzała w tył. Paweł został sam przed furtką, rozmyślając. Coś go ukłuło gdzieś głęboko, jakaś przeczucie próbowało się układać w całość, ale znikało, jak mgła. Przetarł czoło, postał chwilę na podjeździe i ruszył do samochodu.
Weekend bez dziecka dziwne, zapomniane uczucie. W sobotę pojechali z Anią do Auchan, przepychali wózek między półkami, robili zapasy na cały tydzień.
W domu Paweł utknął trzy godziny przy zepsutym kranie w łazience, Ania przeszukiwała szafy i wynosiła stare rzeczy w workach. Zwyczajna domowa krzątanina, ale bez dziecięcego głosu mieszkanie wydawało się zbyt ciche i puste.
Wieczorem zamówili pizzę tę z mozzarellą i bazylią, której Zuzia nie mogła jeść. Otworzyli butelkę czerwonego wina. Siedzieli w kuchni, gadali o niczym jak dawno nie gadali. O pracy, wakacjach, remoncie, który wciąż odkładali.
Ale miło, powiedziała nagle Ania, po czym ugryzła się w język. W sensie no, wiesz. Spokojnie tak.
Wiem, Paweł przykrył jej dłoń swoją. Też tęsknię. Ale odpocząć trochę też trzeba.
W niedzielę pojechał po córkę późnym popołudniem. Słońce zniżało się nad Warszawą, zalewając ulice pomarańczowym blaskiem. Dom teściowej stał w głębi działki, za starymi jabłoniami, z trawnikiem pełnym stokrotek.
Paweł wysiadł z auta, przeszedł przez skrzypiącą furtkę i zatrzymał się w pół kroku.
Na schodkach siedziała Zuzia. Obok niej Krystyna z miną szczęśliwą, jakby wygrała na loterii. Miała w ręku spory, rumiany, lśniący od masła pieróg. I Zuzia go jadła! Cała buzia w cieście, na brodzie okruchy, a w oczach radość, jakiej Paweł nie widział u niej od dawna.
Przez chwilę stał i patrzył, a potem poczuł jak gorąca złość wzbiera mu w środku.
Podbiegł, w trzech krokach stanął obok, wyrwał pieroga z rąk Krystyny.
Co to ma być?!
Teściowa aż się odsunęła, zalana rumieńcem.
Przecież to tylko kawałeczek, próbowała udobruchać. Dla zdrowia, przecież dzieci powinny jeść pierogi
Paweł już jej nie słuchał. Chwycił Zuzię dziewczynka wcisnęła się w jego kurtkę, prawie zapłakana. Zapiął ją w foteliku, palce mu drżały. Zuzia patrzyła wielkimi oczami, zaciskała usta.
Wszystko dobrze, skarbie, pogładził ją po głowie, starając się brzmieć łagodnie. Poczekaj chwilkę, tata zaraz wróci.
Zatrzasnął drzwi auta, wrócił na ganek. Krystyna stała, gniotąc szlafrok w rękach.
Pawełku, ty nie rozumiesz…
Ja nie rozumiem?! zatrzymał się dwa kroki od niej, wybuchł. Pół roku! Pół roku zupełnie nie wiedzieliśmy, co Zuzi się dzieje! Badania, testy, alergeny chociaż masz pojęcie, ile to wszystko kosztowało? Ile nerwów, ile nocy bez snu?!
Krystyna cofnęła się do drzwi.
Chciałam dobrze
Dobrze? zrobił krok bliżej. Trzymaliśmy ją tylko na wodzie i kurczaku! Wszystko wyrzuciliśmy z diety! A ty po kryjomu ją karmisz smażonymi pierogami?!
Budowałam jej odporność! nagle wyprostowała się, podniosła głos. Dawałam odrobinkę, żeby się przyzwyczaiła. Za chwilę wszystko by przeszło, zobaczyłbyś! Ja się znam, troje dzieci wychowałam!
Stał, patrzył na nią i nie poznawał tej kobiety. Przez lata znosił ją dla Ani, dla spokoju domu, a ona krzywdziła jego dziecko. Z premedytacją, święcie przekonana o własnej racji.
Troje dzieci, powtórzył cicho i Krystyna zbladła. Każde dziecko jest inne. I Zuzia to nie twoja córka, ale moja. I więcej jej nie zobaczysz.
Co?! chwyciła za poręcz. Nie możesz!
Mogę.
Odwrócił się, poszedł do auta. Krystyna krzyczała coś jeszcze za furtą, machała rękami, ale Paweł nie obejrzał się. Uruchomił silnik, pojechał.
W domu Ania czekała w przedpokoju. Wystarczyło jedno spojrzenie na twarze Pawła i Zuzi już wszystko wiedziała.
Co się stało?
Paweł opowiedział. Krótko, rzeczowo, bez złości ta została na schodach pod domem teściowej. Ania słuchała w ciszy, twarz jej twardniała z każdą sekundą. Sięgnęła po telefon.
Mamo. Tak, wiem. Paweł mi powiedział. Jak mogłaś?!
Paweł zabrał Zuzię do łazienki żeby zmyć jej z twarzy resztki pieroga i łez. Zza drzwi słychać było głos Ani, ostry, nieznany. Nigdy jeszcze tak nie rozmawiała z własną matką. Pod koniec wyraźnie padło: Dopóki nie rozpoznamy tej alergii Zuzi już nie zobaczysz.
Minęły dwa miesiące
Niedzielne obiady u Ewy zrobiły się stałym zwyczajem. Na stole dziś biszkopt z kremem i truskawkami. A Zuzia go je! Sama, wielką łyżką, cała umorusana po uszy, na policzkach ani śladu wysypki.
Kto by pomyślał, Ewa pokręciła głową. Olej słonecznikowy. Taka rzadka alergia
Lekarz mówił, że zdarza się u jednej osoby na tysiąc, Ania posmarowała bułkę masłem. Jak tylko całkowicie wyeliminowaliśmy słonecznikowy i przeszliśmy na oliwę, po dwóch tygodniach wszystko się cofnęło.
Paweł patrzył na Zuzię, nie mógł się napatrzeć. Różowe policzki, błyszczące oczy, krem na nosie Szczęśliwe dziecko, które w końcu może jeść to, co inne dzieci ciasta, ciasteczka, cokolwiek, byle bez oleju słonecznikowego. I okazało się, że można zrobić mnóstwo pyszności bez niego.
Z Krystyną chłodno. Dzwoni, przeprasza, łka do słuchawki. Ania rozmawia krótko, twardo. Paweł wcale.
Zuzia sięgnęła znów po ciasto, a Ewa przysunęła jej talerzyk.
Jedz, kochanie. Na zdrowie.
Paweł odchylił się na krześle, za oknem padał deszcz, w domu ciepło pachniało domowym wypiekiem. Jego córce w końcu dobrze. Nic więcej nie miało znaczenia.



