Ja wiem lepiej – Co to znowu jest… – westchnął zmęczony Darek, kucając przed córką i wpatrując się …

Wiem lepiej

Co to znowu jest… zmęczony przykucnąłem przed moją córką, wpatrując się w różowe plamki na jej policzkach. Znowu…

Czteroletnia Zosia stała pośrodku pokoju, cierpliwa i zadziwiająco poważna jak na swój wiek. Przywykła już do tych codziennych oględzin, do zmartwionych min rodziców, do nieskończonych kremów i tabletek.

Magda podeszła, przysiadła obok mnie. Jej palce delikatnie odgarnęły kosmyk włosów z twarzy Zosi.

Te leki w ogóle nie działają. Jakby wodą poić. A lekarze w przychodni… sami nie wiedzą, co robić. Już trzeci raz zmieniają plan leczenia i nic.

Wyprostowałem się, potarłem nasadę nosa. Za oknem szaruga, kolejny mglisty dzień. Szybko się zebraliśmy Zosię okutaliśmy w ciepłą kurtkę i po pół godzinie siedzieliśmy już w mieszkaniu mojej mamy.

Babcia Halina jęczy, kiwa głową, głaszcze wnuczkę po plecach.

Taka mała, a już tyle lekarstw. Organizm nie wytrzymuje posadziła Zosię sobie na kolanach, a ona przytuliła się do babci jak zwykle. Serce się kraje, gdy patrzę.

My byśmy chętnie jej nie dawali Magda siedziała na brzegu tapczanu, splatając nerwowo palce. Ale ta alergia nie ustępuje. Usunęliśmy wszystko, dosłownie wszystko. Je tylko podstawowe rzeczy, a wysypka dalej wychodzi.

A co mówią lekarze?

Nic konkretnego. Nie potrafią ustalić źródła. Badania, testy, a efekty? Magda machnęła ręką. Takie efekty: na policzkach.

Babcia poprawiła Zosi kołnierzyk.

Może wyrośnie. Dzieciom czasem przechodzi, ale na razie nic nie wskazuje na poprawę…

Patrzyłem na córkę w milczeniu. Mała, chuda. Wielkie oczy, uważne spojrzenie. Pogłaskałem ją po głowie i nagle przypomniały mi się własne dziecięce soboty jak podkradałem z kuchni drożdżówki pieczone przez mamę, wypraszałem cukierki, wyjadałem dżem prosto ze słoika. A moja córka… Gotowane warzywa. Gotowane mięso. Woda. Zero owoców, zero słodyczy, żadnego normalnego dziecięcego jedzenia. Cztery lata dieta ostrzejsza niż dla niejednego wrzodowca.

Już nie wiemy, co jeszcze ograniczyć powiedziałem cicho. W diecie prawie nic nie zostało.

Wracaliśmy do domu w ciszy. Zosia przysnęła na tylnym siedzeniu, a ja zerkałem na nią w lusterku. Spała spokojnie. Przynajmniej teraz się nie drapała.

Mama dzwoniła odezwała się Magda. Chce, żebyśmy przywieźli Zosię w przyszły weekend. Ma bilety do teatru lalek, chce pójść z wnuczką.

Do teatru? zmieniłem bieg. Dobrze. Niech się oderwie trochę.

Też tak pomyślałam. Wypoczynek jej się przyda.

W sobotę zaparkowałem pod domem teściowej. Wyciągnąłem Zosię z fotelika zaspana, przecierała oczy piąstkami. Podniosłem ją na ręce, wtuliła się w moją szyję jak rozgrzany wróbelek.

Teresa wyłoniła się na ganku w barwnym podomce, rozłożyła ręce, jakby widziała rozbitka.

Ojejku, moje słońce! objęła Zosię, przycisnęła do siebie. Bladziutka, chudziutka. Policzki zapadnięte. Zamęczyliście ją tymi dietami, dziecko wam więdnie.

Wsunąłem dłonie do kieszeni, powstrzymując zirytowanie. Zawsze to samo.

Robimy to dla jej dobra. Nie z wyboru, tylko z konieczności.

Jakie dobro, co wy za głupoty opowiadacie! Skóra i kości. Dziecko ma rosnąć, a wy ją głodzicie.

Wniosła Zosię do domu, nie patrząc na mnie, zamknęła drzwi. Zostałem sam. Coś dziwnie uwierało mnie w głowie, jakaś myśl nie dawała się sformułować. Potarłem czoło, postałem chwilę przy furtce, wsłuchując się w ciszę obcego podwórka, po czym ruszyłem do samochodu.

Weekend bez dziecka tego uczucia już zapomniałem. W sobotę Magda i ja pojechaliśmy do supermarketu, przepychaliśmy wózek między półkami, kupując produkty na cały tydzień.

W domu przez trzy godziny męczyłem się z cieknącym kranem, a Magda porządkowała szafy, układała stare rzeczy do worków na śmieci. Zwyczajne domowe sprawy, ale bez głosu Zosi mieszkanie wydawało się jakby niekompletne, za ciche.

Wieczorem zamówiliśmy pizzę, tę z mozzarellą i bazylią, której Zosia nie może jeść. Otworzyliśmy butelkę czerwonego wina, siedzieliśmy w kuchni, rozmawiając o wszystkim i niczym. Praca, plany wakacyjne, remont, który wciąż się ślimaczył.

Dobrze tak… powiedziała Magda, od razu gryzła się w język. W sensie… Ty wiesz. Jest cicho, spokojnie.

Wiem nakryłem jej dłoń moją. Też tęsknię. Ale taki odpoczynek nam potrzebny.

W niedzielę pojechałem po Zosię pod wieczór. Słońce zachodziło, zalewało ulicę pomarańczowym światłem. Dom teściowej krył się za starymi jabłoniami, w blasku wyglądał przytulnie.

Wysiadłem, otworzyłem furtkę zawiasy skrzypnęły i zatrzymałem się w pół kroku.

Na ganku siedziała Zosia. Obok niej Teresa, pochylona z rozpromienioną twarzą, w ręce miała drożdżówkę. Dużą, brązową, pachnącą masłem. Zosia ją jadła. Policzki upaprane, okruchy na brodzie, oczy rozświetlone z radości, jakich nie widziałem u niej od dawna.

Przez chwilę stałem w miejscu, potem coś gorącego wezbrało mi w piersi.

Podbiegłem, w trzech krokach byłem obok, wyrwałem ciastko z ręki teściowej.

Co to ma być?!

Teresa zadrżała, odsunęła się, twarz miała purpurową.

Zaczęła wymachiwać rękoma, jakby odpędzała mój gniew.

Przecież to tylko kawałek, dziecko musi coś zjeść! Zwykła drożdżówka, nic strasznego…

Nie słuchałem. Podniosłem Zosię na ręce wystraszyła się, ścisnęła moją kurtkę, ucichła. Usadziłem ją w foteliku, zapiąłem pasy. Palce mi drżały ze złości. Zosia patrzyła wielkimi oczami, zaraz miała się rozpłakać.

Wszystko dobrze, kochanie pogłaskałem ją po głowie, starając się brzmieć spokojnie. Poczekaj tu chwilkę. Tata zaraz wróci.

Zatrzasnąłem drzwi i wróciłem do domu. Teresa nadal stała na ganku, miętosiła podomkę, twarz poszatkowana rumieńcami.

Bartek, ty nic nie rozumiesz…

Nic nie rozumiem?! zatrzymałem się dwa kroki od niej i wybuchłem. Pół roku! Pół roku nie wiedzieliśmy, co dzieje się z naszą córką! Badania, analizy, testy na alergie wiesz, ile to nas kosztowało? Ile nerwów, ile nieprzespanych nocy?

Teresa cofnęła się w stronę drzwi.

Ja chciałam dobrze…

Dobrze?! zrobiłem krok do przodu. Trzymaliśmy ją na wodzie i gotowanym kurczaku! Z diety usunęliśmy wszystko! A ty za jej plecami karmisz ją drożdżówkami?!

Hodowałam jej odporność! nagle nabrała odwagi, podniosła głowę. Po trochu dawałam, żeby organizm się przyzwyczaił. Jeszcze chwila i by przeszło dzięki mnie! Wiem, co robię, troje dzieci wychowałam!

Patrzyłem na nią jak na obcą. Tę kobietę znosiłem dla żony i rodzinnego spokoju, a ona świadomie szkodziła mojemu dziecku. Uważała się za mądrzejszą od lekarzy.

Troje dzieci powtórzyłem cicho, Teresa zbielała. I co z tego? Każde dziecko jest inne. A Zosia to nie twoja córka, tylko moja. I więcej jej nie zobaczysz.

Co? Teresa złapała się za poręcz. Nie masz prawa!

Mam.

Odwróciłem się i ruszyłem do samochodu. Za mną rozległy się krzyki, ale nie oglądałem się. Wsiadłem, odpaliłem silnik. W lusterku zobaczyłem sylwetkę teściowej wybiegła za bramę, wymachiwała rękami. Dodałem gazu.

W domu Magda czekała w przedpokoju. Wystarczyło, że spojrzała na moją twarz i zapłakaną Zosię wszystko zrozumiała.

Co się stało?

Opowiedziałem jej krótko, rzeczowo emocje wylałem już pod domem Teresy. Magda słuchała, z każdą chwilą jej twarz sztywniała. Potem wzięła telefon.

Mamo. Tak, Bartek wszystko mi powiedział. Jakim prawem?!

Wziąłem Zosię do łazienki zmyć resztki ciastka i łzy. Przez drzwi słychać było głos Magdy, ostry, nie do poznania. Po raz pierwszy słyszałem, jak matkę traktuje tak stanowczo. Na końcu usłyszałem: Dopóki nie odkryjemy przyczyny alergii Zosi nie zobaczysz.

Minęły dwa miesiące…

Niedzielny obiad u babci Haliny stał się tradycją. Dziś na stole był tort: biszkoptowy, z kremem i truskawkami. Zosia jadła go sama, wielką łyżką, ubrudzona po uszy. Na policzkach ani śladu wysypki.

Kto by pomyślał… Halina pokręciła głową. Olej słonecznikowy. Tak rzadka alergia.

Lekarz mówił, że zdarza się u jednego na tysiąc Magda posmarowała chleb masłem. Gdy całkowicie wykluczyliśmy słonecznik, przerzuciliśmy się na oliwę i po dwóch tygodniach wysypka zniknęła.

Patrzyłem na córkę i nie mogłem się napatrzeć. Różowe policzki, błyszczące oczy, krem na nosie. Szczęśliwe dziecko, które w końcu może jeść normalnie. Torty, ciasteczka, wszystko bez oleju słonecznikowego a to, jak się okazało, wcale nie tak mało.

Stosunki z teściową pozostały chłodne. Teresa dzwoniła, przepraszała, płakała do słuchawki. Magda rozmawiała krótko i rzeczowo. Ja w ogóle nie odbierałem.

Zosia sięgnęła znów po tort, babcia Halina przesunęła jej talerzyk bliżej.

Jedz, kochanie. Na zdrowie.

Oparłem się wygodnie na krześle. Za oknem padał deszcz, ale w domu było ciepło i pachniało ciastem. Moje dziecko poczuło się lepiej. Cała reszta straciła dla mnie znaczenie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

szesnaście − siedem =

Ja wiem lepiej – Co to znowu jest… – westchnął zmęczony Darek, kucając przed córką i wpatrując się …