Ja też się dławiłam – nie jesteś sama

Ja też się dusiłam

Wojciech ogłosił to w niedzielę wieczorem, kiedy Grażyna układała w kostki wyprasowane koszule. Wszedł do sypialni, usiadł na brzegu łóżka i powiedział to tak, jakby informował o cieknącym kranie.

Grażynko, duszę się.

Nie podniosła głowy. Odłożyła jedną koszulę, chwyciła następną.

Od czego?

Od wszystkiego. Od tej rutyny. Codziennie to samo: wstajesz, jesz, jedziesz do pracy, wracasz, jesz, idziesz spać. I tak w kółko.

Grażyna starannie złożyła rękawy, poprawiła kołnierzyk. Miała pięćdziesiąt jeden lat, Wojciech pięćdziesiąt trzy. Dwadzieścia sześć lat przeżyli razem w tym mieszkaniu na ulicy Lipowej, wychowali syna Bartosza, który od pięciu lat mieszkał w innym mieście i dzwonił do nich na święta.

I co proponujesz? zapytała bez emocji.

Chcę odejść.

Tutaj się zatrzymała. Ale nie dlatego, że się przestraszyła. Po prostu spojrzała na niego uważnie jak patrzy się na kogoś, kto mówi coś, czego można się było spodziewać.

Dokąd odejść?

Wynająć mieszkanie. Być przez chwilę samemu. Pooddychać.

Dobrze powiedziała Grażyna i sięgnęła po następną koszulę.

Wojciech wyraźnie oczekiwał czegoś innego. Nachylił się nieco.

Nie chcesz nic powiedzieć?

A co mam mówić? Jesteś dorosły, Wojtek. Chcesz odejść, odchodź.

Nie będziesz robić scen?

Złożyła koszulę, położyła na stosiku i w końcu spojrzała mu prosto w oczy.

Nie. Ale mam jeden warunek.

Jaki?

Nie dzwoń do mnie z pytaniami o gospodarstwo domowe. Gdzie leży to, jak działa tamto, gdzie ja położyłam śrubokręt czy cokolwiek. Jeśli odchodzisz, radź sobie sam.

Pomyślał.

To wszystko?

Wszystko.

Wojciech nie wiedział, co z tym zrobić. Przygotowywał się na łzy, na pretensje, na trzymanie za rękaw i gadkę o latach, o Bartoszu, o tym, że tak się nie robi. Nawet w myślach ćwiczył odpowiedzi. A ona stała i prasowała koszule.

No dobrze powiedział w końcu. To się spakuję.

Pakuj się.

Wyszedł do garderoby. Długo stał i patrzył na półki. Potem zaczął wrzucać do torby dżinsy, T-shirty, skarpetki. Wziął golarkę, ładowarkę do smartfona, książkę, której nie czytał od pół roku. Wyszedł na korytarz. Grażyna tymczasem poszła już do kuchni i czymś tam hałasowała.

Idę powiedział w stronę kuchni.

Powodzenia odpowiedziała stamtąd.

Drzwi za nim się zamknęły. Postał na klatce, poczekał. Nic. Żadnych kroków za drzwiami, żadnego poruszenia. Cisza.

Nacisnął guzik windy.

***

Mieszkanie znalazł w dwa dni przez znajomego. Kawalerka w sąsiedniej dzielnicy, na czwartym piętrze, okna z widokiem na podwórko. Właściciel starszy pan z wąsikiem pokazał mu je ekspresowo, wziął z góry dwa miesiące i odjechał. W środku był tapczan, stół, dwa krzesła, lodówka pamiętająca jeszcze PRL i gazowa kuchenka. W oknie wisiały zasłony w kolorze lekko przykurzonej musztardy.

Wojciech postawił torbę, usiadł na tapczanie i rozejrzał się.

Cisza była pełna. Nikt nie chodził w sąsiednim pokoju, nikt nie włączał telewizora, nikt nie wołał na kolację. Położył się na plecach, założył ręce za głowę i pomyślał: to tutaj. To ta cała wolność.

Pierwsze dwa dni były prawie znośne. Wstawał, kiedy chciał, jadł, co kupił po drodze w Żabce, chodził po mieszkaniu tylko w skarpetkach i nie spowiadał się nikomu. Wieczorem dzwonił do starego kumpla, Darka gadali długo, Darek się śmiał i mówił: No Wojtek, tak trzeba było od dawna.

Trzeciego dnia Wojciech odkrył, że skończyły mu się czyste skarpetki.

Spojrzał na pralkę stojącą w łazience z wanną w jednym. Mała, okrągła. Otworzył drzwiczki, spojrzał do środka. Zamknął. Otworzył znowu. Proszek? Gdzieś był, właściciel coś mówił o szafce pod zlewem. Znalazł małe opakowanie, przeczytał: do białego i kolorowego. Wsypał na oko do przegródki, która wydawała mu się słuszna. Wybrał tryb, wcisnął guzik.

Pralka zawyła.

Po godzinie wyjął skarpetki. Były wilgotne, prawie mokre i dziwnie różowe. Nie od razu skojarzył dlaczego, a potem przypomniał sobie, że uprał je razem z nową czerwoną koszulką.

Powiesił skarpetki na kaloryferze. Suszyły się do następnego wieczora.

Czwartego dnia postanowił ugotować coś normalnego. Kupił w sklepie filet z kurczaka, ziemniaki, cebulę. Znalazł w szafce patelnię z powłoką już dawno zgrillowaną. Postawił na kuchence, nalał oleju. Olej zasyczał zbyt głośno, filet wrzucił cały, niepokrojony, przykleił się zaraz. Ziemniaki obierał długo, krzywo, połowa poszła w skórkę. Cebula wycisnęła z oka łzę.

Na talerzu wylądowało coś brązowo-białego, twardego na zewnątrz i surowego w środku.

Zjadł połowę, resztę wyrzucił i zamówił jedzenie na dowóz z baru naprzeciwko.

Po tygodniu podsumował wydatki na jedzenie z dowozem. Wyszło prawie tyle, ile razem z Grażyną wydawali miesięcznie na zakupy razem. Postanowił się ogarnąć. Kupił kaszę gryczaną. Wyszła normalnie, to go niespodziewanie uspokoiło.

Ale w sumie życie dopadało go z każdej strony, powoli i nieubłaganie, jak jesień we Wrocławiu.

***

Przełom nastąpił dziesiątego dnia.

Wojciech brał prysznic, kiedy poczuł, że woda nie schodzi. Spojrzał na dół po podłodze rozlewała się mętna kałuża. Wyłączył wodę, odczekał, kałuża nie znikała. Pchnął stopą korek. Nic.

Przypomniało mu się coś o syfonie. Takie słowo: syfon Grażyna używała czasem, mówiła: trzeba odetkać syfon, bo woda stanie. Kiwał wtedy głową i wracał do telewizora.

Wojciech przykucnął, zajrzał pod wannę. Była rura, potem jakaś inna rura, potem kawałek białego plastiku. Dotknął puściło z hukiem, od razu, zalało go strumieniem, zimnym, czarnawym.

Podskoczył, pośliznął się, chwycił ręcznik, który od razu poleciał na podłogę i przemókł. Próbował dokręcić, woda nadal lała się na podłogę prosto do dywanika, który chłonął wszystko w dziesięć sekund.

Wyskoczył na korytarz, zostawiając mokre ślady, w panice szukając smartfona. Zaczął gorączkowo googlować, jak zakręcić wodę w mieszkaniu. Przypomniał sobie, że właściciel mówił coś o zaworze pod zlewem w kuchni. Dopadł do kuchni, zakręcił woda przestała lecieć.

Wracając do łazienki uświadomił sobie, że wygląda jak po małej powodzi: mokry dywanik, mokre ręczniki, podłoga do wycierania. Z syfonu kapało.

Usiadł na korytarzu, w przemoczonych bokserkach, i gapił się w ścianę.

Pierwsza myśl: zadzwonić do Grażyny. To nie była myśl, to był instynkt: ona zawsze coś wiedziała. Już sięgał po kontakt, już wybierał jej numer i wtedy przypomniał sobie jej spokojny, nieco śmiertelny głos: Nie dzwoń do mnie z domowymi sprawami.

Odłożył telefon.

Zadzwonił do Darka.

Darek, wiesz jak się ogarnia syfon?

Co, syfon? Nie mam pojęcia, od zawsze dzwonię po hydraulika. Podam ci numer do fachowca, świetny gość, szybki i tani.

Hydraulik przyszedł następnego dnia. Pogrzebał, coś przekręcił, zmienił uszczelkę. Za piętnaście minut robota z głowy. Zażądał tyle, że Wojciech zamrugał i sprawdził w portfelu, czy mu się dobrze wydaje.

To standard? spytał.

Normalka rzucił hydraulik obojętnie i zniknął na klatce.

Wojciech zamknął za nim drzwi i pomyślał, że Grażyna nigdy nie wzywała hydraulika do takich dupereli. Któregoś dnia coś tam kręciła, coś kupowała w Castoramie, zawsze była gdzieś krok przed i jakoś się działo.

***

Wtedy wpadł mu do głowy pomysł, który wydawał się genialny.

Zadzwonił do Magdy, z którą dawno temu, jeszcze przed Grażyną, miał coś, co można by nazwać chwiejnym romansem. Magda była rozwiedziona już od dobrych siedmiu lat, wiedział to od kolegów. Spotykali się na czyichś urodzinach, gadali o byle czym, śmiali się bez zobowiązań.

Cześć, Magda. Wojtek Wiśniewski przywitał się nieco niezręcznie.

Wojciech? zdziwiła się, ale sympatycznie. Sto lat!

Wiesz, mieszkam teraz sam. Może pójdziemy gdzieś na kolację?

Chwila ciszy.

Sam, czyli?

Osobno od Grażyny.

Rozeszliście się?

W trakcie.

Rozumiem powiedziała ostrożniej. To chodźmy, czemu nie.

Spotkali się w restauracji w centrum. Magda przyszła w świetnym płaszczu, zgrabna, krótko obcięta. Zauważył, że dobrze wygląda. Wypili kieliszek wina, pogadali o znajomych. W końcu zapytała:

Opowiadaj, co robisz?

Pracuję jak dawniej, w firmie budowlanej. Kierownik zaopatrzenia.

A mieszkasz gdzie?

Wynająłem kawalerkę. Na ulicy Dębowej.

I jak tam?

Chciał powiedzieć, że dobrze, ale wyszło mu:

No różnie. Pralka źle wiruje. Kuchenka trochę świruje.

Patrzyła na niego z czymś, co szybko rozpoznał jako współczucie. Nie romantyczne raczej takie, jak ktoś patrzy na faceta, któremu poszło nie do końca po myśli.

Jasne mruknęła.

Rozmowa nie potoczyła się już dalej. Pogadali o Bartoszu, ona o swojej córce, która już zdążyła wyjść za mąż. Wypili po drugim kieliszku, Magda stwierdziła, że rano musi wcześnie wstać, pożegnali się przed wejściem.

Wojciech wrócił do kawalerki. W lodówce hulał wiatr, sklepy zamykały się, znalazł w szafce paczkę zupek chińskich i zalał wrzątkiem.

Magda nie zadzwoniła. On też nie zadzwonił.

***

W podobnym okresie spróbował odezwać się do starych kolegów. Darek powiedział, żeby się spotkać w piątek, ale do ósmej, bo żona idzie na wywiadówkę i on musi być w domu. Michał rzucił, że może, tylko czy wróciliby razem autem, bo nie pije w sobotę ma jechać z żoną do teściów.

Spotkali się we trójkę w barze obok metra. Wypili po kuflu, pogadali o piłce, o pracy. Potem Darek zapytał:

No i jak ci tam, na swoim chlebie?

W porządku odpowiedział Wojciech.

Grażyna nie dzwoni?

Nie.

Darek z Michałem wymienili spojrzenia.

W ogóle nie dzwoni? dopytał Michał.

W ogóle.

Znów wymiana spojrzeń. Darek zaczął obracać kufel w dłoniach.

Wiesz, to jest dziwne. Moja by już trzy razy dziennie wydzwaniała.

Grażyna nie dzwoni powtórzył Wojciech.

To może być albo dobrym, albo złym znakiem zamyślił się Michał.

W sensie?

W sensie, że jej dobrze i bez ciebie.

Wojciech dopił piwo. Nie chciał o tym myśleć. A raczej: myślał o tym codziennie, ale nie chciał się do tego przyznać.

O 19:30 Darek spojrzał na zegarek, ubrał się, Michał też podniósł się. Uściskali go i ruszyli do domów. Każdy do swojej żony, wywiadówki, rodziny.

Wojciech został w barze sam, zamówił jeszcze jedno piwo i siedział tak do zamknięcia.

***

Grażyna przez pierwszych kilka dni rzeczywiście czuła coś na kształt zagubienia, ale nie taki, jakiego się spodziewała. Nie pustkę po nim, raczej dziwne poczucie nadmiaru przestrzeni. Jakby meble przestawiono i nie było wiadomo, czy to dobrze, czy źle.

Zadzwoniła do koleżanki Zofii drugiego dnia.

Odszedł rzuciła Grażyna.

Jak to? Gdzie poszedł?

Wynajął mieszkanie. Mówi, że się dusił.

Chwila ciszy, potem westchnięcie.

Grażynko, a ty jak się trzymasz?

Dość dobrze. Sama się zdziwiłam.

Płaczesz?

Nie. Dziwne, co?

Może później cię chwyci?

Może. Zobaczymy.

Zadzwoniła też Iwona, poznana w kolejce do pediatry jeszcze wtedy, gdy Bartosz był mały. Iwona była mniej taktowna.

Chwała Bogu oznajmiła. Grażyna, ja ci mówiłam od lat.

Co mówiłaś?

Że robisz za gosposię, tylko bez pensji.

Iwona, bez przesady.

A tak serio kiedy ostatni raz byłaś na czymś dla siebie?

Grażyna zamyśliła się. Nie potrafiła od razu odpowiedzieć.

Rok temu byłam u fryzjera.

No właśnie.

Na następny tydzień Iwona zaprosiła ją na jogę. Najpierw było nie, ale po chwili Grażyna się zgodziła. Ruszyły do sali nieopodal mieszkania Grażyna założyła zdezelowany dres, który od lat czekał w szafie, i odkryła, że rozciągalność kończy się na poziomie skarpetek.

Spokojnie uśmiechnęła się instruktorka, młoda dziewczyna z kucykiem. Wszyscy tak przychodzą.

Po dwóch tygodniach już się trochę zginała. Chodziły trzy razy w tygodniu. Po zajęciach z Iwoną szły do kawiarni i siedziały tak godzinę, rozmawiając po raz pierwszy od lat Grażyna siedziała w knajpie i nie myślała, że trzeba już wracać, bo Wojciech będzie zaraz w domu i trzeba robić kolację.

Wieczorami czytała książki. Kiedyś usypiała nad nimi po kilku stronach, teraz czytała spokojnie, bez patrzenia na zegarek.

Pewnego dnia zadzwonił Bartosz.

Mamo, tata mówi, że mieszka osobno.

Tak, zgadza się.

Jak się trzymacie?

Różnie, szczerze mówiąc. Ale u mnie jest dobrze.

Bartosz pomilczał.

Rozwodzicie się?

Nie myślałam o tym. Na razie nie.

Nie jesteś smutna?

Jestem zdziwiona. Ale nie smutna.

Bartosz znów pomilczał. Od dziecka musiał wszystko przetrawić, zanim zareagował.

Dobrze powiedział w końcu. Jeśli coś, dzwoń.

Ty też dzwoń. Nie tylko na święta.

***

Jeden moment w końcu przyszedł. Grażyna po prostu stanęła na środku kuchni, patrząc przez okno.

Myła filiżankę po porannej kawie i pomyślała: dwadzieścia sześć lat. Dużo. Więcej niż połowa świadomego życia. Było wszystko; także dobre rzeczy. Pierwsze mieszkanie, które remontowali własnymi rękami. Bartosz, cały w zieloną maść. Wyjazd nad morze piętnaście lat temu, kiedy się śmiali przez trzy dni i nie mogła potem sobie przypomnieć, z czego, ale śmiech pamiętała doskonale.

To już nie wróci, a właściwie zostanie w przeszłości, jak zdjęcia w albumie.

Poczekała, aż to uczucie minie. Minęło. Nie od razu, po trzech-czterech minutach.

Odłożyła filiżankę i poszła zbierać się na jogę.

***

Eugeniusz pojawił się przypadkiem.

To była sąsiadka z dołu, pani Jadwiga, osiemdziesięcioletnia dama z pamięcią lepszą niż pogoda i nawykiem rozmowy na klatce przez pół godziny. Poprosiła Grażynę o wymianę żarówki, bo syn będzie dopiero za tydzień, a na korytarzu ciemno. Grażyna wymieniła, wypiła herbatę, w tym momencie wrócił syn pani Jadwigi nie ten, co miał przyjechać za tydzień, tylko drugi, niespodziewanie.

Nazywał się Eugeniusz, mieszkał w tym samym mieście. Miał około czterdziestu ośmiu lat, brodę, dobrą kurtkę i spojrzenie kogoś, kto za dużo pracuje.

Mamo, znowu eksploatujesz sąsiadki? zaśmiał się, widząc Grażynę z żarówką w ręce.

Grażynka sama zaproponowała stwierdziła pani Jadwiga z godnością.

Eugeniusz spojrzał na Grażynę.

Dziękuję. Sam bym przyjechał, ale nie skojarzyłem, że mama może siedzieć w ciemnościach.

Nic wielkiego odparła.

Pogadał z Grażyną w drzwiach z dziesięć minut. Okazało się, że też pracuje w budowlance, tylko w innej firmie. Grażyna wspomniała, że jest księgową. Pożegnał się, ona wróciła do siebie.

Po trzech dniach zadzwonił dzwonkiem sam. Przyniósł mamie zakupy i, przy okazji, chciał przekazać Grażynie bombonierkę w podziękowaniu.

Nie trzeba było zaprotestowała Grażyna, ale czekoladki przyjęła.

Czy mogę wejść na chwilę? zapytał Eugeniusz. Chciałem spytać o Wojciecha. Mama mówiła, że pracował w zaopatrzeniu, a mam kłopot z jednym dostawcą.

Chwila ciszy.

Wojciech mieszka teraz osobno. Ale mogę dać numer.

Rozumiem powiedział Eugeniusz. Czy był zaskoczony, nie było wiadomo. W takim razie nie zawracam głowy.

Wyszedł. Po tygodniu ponownie zadzwonił, powiedział, że znalazł inne rozwiązanie i zapytał, czy Grażyna nie chciałaby wyskoczyć na kawę tak po sąsiedzku. Zastanowiła się, powiedziała: czemu nie.

Poszli do kawiarni na sąsiedniej ulicy. Rozmawiali o pracy, o jego mamie, o tym, że dzielnica się bardzo zmieniła. Eugeniusz był uważny, słuchał, nie przerywał, potrafił się śmiać z własnych żartów szybciej niż kończył zdanie.

Długo była pani mężatką? zapytał kiedyś tak po prostu, bez intencji.

Dwadzieścia sześć lat. A może raczej byłam, nie wiem jeszcze.

Zdarza się odpowiedział, bez dopytywania.

Grażyna doceniła ten dystans.

Spotkali się jeszcze raz, potem znów. Nie narzucał się, nie przyspieszał niczego, po prostu od czasu do czasu dzwonił i pytał, co słychać. Grażyna cieszyła się tą lekkością. Po dwudziestu sześciu latach obowiązków lekkość była jak zdjęcie kołdry w duszny letni wieczór.

***

Tymczasem Wojciech zaczął zauważać w sobie dziwne rzeczy.

Na przykład, że kompletnie nie umie czekać. Wcześniej wszystko się działo samo: jedzenie pojawiało się, ubrania magicznie były czyste, rzeczy reperowały się poza jego radarem. Teraz trzeba było czekać, aż wyschnie pranie, zagotuje się woda, przyjdzie hydraulik. Przeziębienie dopadło go w połowie drugiego tygodnia leżał sam, z gorączką 38, w nieświeżej pościeli, popijając tabletki ciepłą wodą z kranu.

Albo że nie umie jeść w ciszy. Przez 26 lat zawsze ktoś obok siedział: najpierw Bartosz, potem Grażyna. Niekoniecznie rozmawiała, czasem po prostu była obecna, to było takie żywe milczenie. Tutaj cisza była inna nie milczała, tylko po prostu była, martwa.

Zaczął włączać telewizor do obiadu. Trochę pomagało.

Około trzeciego tygodnia zadzwonił do Bartosza.

Cześć, stary.

Cześć, tato. Jak tam?

W porządku. Pracuję. Mieszkam na Dębowej.

Wiem, mama mówiła.

A mama?

Bartosz zamyślił się odrobinę dłużej niż zwykle.

Też dobrze. Mówi, że chodzi na jogę, spotyka się z koleżankami.

Wojciech przełknął tę informację.

Nie tęskni?

Tato odezwał się Bartosz ostrożnie dzwonisz, żeby spytać, czy mama tęskni?

Nie, tak tylko pytam.

Dobrze jest, tato. Ty też. I tak powinno być.

Wojciech rozłączył się i chwilę siedział z poczuciem, które trudno nazwać. To nie była żal. Coś jak wejście do pokoju i nie wiadomo po co.

***

Dwudziestego trzeciego dnia spotkał w windzie sąsiadkę młodą, trzydziestoparoletnią kobietę, którą widywał kilka razy. Przedstawiła się jako Marlena.

Nowy lokator? zapytała od razu.

Tymczasowy odparł.

A, rozstaliście się z żoną?

Zaskoczył go jej bezpośredniość.

Tak.

Zdarza się powiedziała, jakby mówiła o pogodzie. Jesteś z czwartego? Tam Mikołaj mieszkał, co śpiewał całe noce.

Nie, z piątego. Tam, gdzie zasłony w kolorze starej musztardy.

A, właściciel Marian. Zawsze wynajmuje samotnym facetom. Mówi, że z rodzinami to za dużo zamieszania.

Wyszli z windy. Marlena mieszkała na parterze. Pracowała w przychodni weterynaryjnej, miała kota i całe parapety kwiatów.

Raz pomógł jej donieść zakupy. Zaprosiła na herbatę. Miała czysto i przytulnie, w kuchni pachniało cynamonem. Pogadali bez napięcia. Była wesoła, z głową na karku, patrzyła uważnie. Ale Wojciech złapał się na tym, że pomyślał: u niej czysto, a u mnie w zlewie od wczoraj stoi talerz.

Spotykali się jeszcze kilka razy pod skrzynkami. Nic się nie wydarzyło i nie miało prawa się wydarzyć on sam był jak niedokończona myśl, jakby coś zaczął i nie miał siły dokończyć.

Pewnego razu zapytała:

Długo tu zostaniesz?

Nie wiem odpowiedział szczerze.

Wyglądasz jak ktoś, kto jeszcze nie wie, dokąd idzie.

Chyba masz rację.

Znam to. Sama tak tkwiłam przez dwa lata po rozwodzie. Potem myślałam: po co straciłam dwa lata?

Pamiętał to zdanie.

***

Trzydziestego pierwszego dnia pojechał na rynek i kupił kwiaty. Nie dlatego, że ktoś kazał po prostu tak, stał przy straganie, patrzył na białe chryzantemy i pomyślał, że Grażyna zawsze lubiła właśnie je, nie róże, bo róże mają zbyt zobowiązujący wygląd.

Kupił ogromny bukiet, zapłacił i pojechał na Lipową.

Jechał tramwajem, trzymając kwiaty, ludziom różnie się przyglądali: jedni życzliwie, inni obojętnie. Myślał, co powie. Myślał, jak otworzy drzwi. Myślał, że może się ucieszy. W końcu ponad dwadzieścia lat.

Podszedł do drzwi, nacisnął dzwonek. Nowy zauważył poprzedni był srebrny.

Za drzwiami rozległy się kroki. Potem głosy: najpierw kobiecy, jej, potem męski nie jego.

Zamurowało go.

Drzwi otworzyły się na łańcuszek, nowy, nieznany. Pojawiła się twarz Grażyny. Spojrzała na niego, potem na kwiaty. Jej twarz pozostała spokojna.

Wojciech.

Grażynko, przyjechałem.

Widzę.

Mam tu lekko uniósł bukiet.

Patrzyła na niego bez żalu, bez łez, bez tego całego dramatyzmu, na który był gotów.

Wojciech, nie otworzę.

Dlaczego?

Bo wymieniłam zamki.

Widzę. Ale czemu?

Za jej plecami przemknął cień mężczyzna, nie jego.

Kto to?

Nie twoja sprawa odpowiedziała spokojnie, bez agresji.

Grażyna, poczekaj. Ja wiele zrozumiałem.

Co zrozumiałeś?

Otworzył usta, zamknął. Spróbował jeszcze raz.

Było mi z tobą dobrze. Nie doceniałem. To wszystko był błąd.

Chwila ciszy. Patrzyła na niego przez łańcuszek.

Wojciech powiedziała po chwili, cicho. Zrozumiałeś, że było ci dobrze. Ale nie zrozumiałeś, dlaczego. Myślisz, że brakowało ci mnie. A tak naprawdę brakowało ci kogoś, kto prasował twoje koszule.

To niesprawiedliwe stwierdził.

Może. Ale to prawda.

Grażyna, tyle lat

Wiem powiedziała, chwytając za drzwi. To były dobre lata. Ale nie chcę jeszcze tylu samych kolejnych.

Nie dasz mi szansy?

Patrzyła długo. Potem powiedziała:

Wiesz, co jest najdziwniejsze? Ja też zaczęłam oddychać. Okazało się, że też się dusiłam. Tylko nie mówiłam o tym.

Stał z chryzantemami w dłoni.

Grażyna

Idź, Wojciech. Zadzwoń do Bartosza, pogadaj z nim. Nie o mnie, po prostu tak.

Drzwi się zamknęły. Spokojnie, bez trzaskania. Zamek kliknął.

Postał chwilę. Bukiet opuścił niemal do ziemi. Chryzantemy były świeże, nie wiedziały, co się dzieje.

Na klatce było cicho. Z sąsiedniego mieszkania słychać było telewizor.

Wojciech odwrócił się i poszedł do windy.

***

Nacisnął guzik, winda przyjechała od razu. W lustrze ujrzał siebie facet z bukietem, w niezłej kurtce, trochę zmęczony, z miną kogoś, komu się właśnie coś skończyło. Albo właśnie zaczęło. A może oba naraz.

Wyszedł na ulicę. Było już ciemno, lampy świeciły, nieliczni ludzie szli w swoich sprawach. Ruszył w stronę tramwaju, kwiaty nadal ściskał w ręce.

W końcu przystanął.

Na ławce siedziała starsza pani, karmiła gołębie z papierowej torby. Gołębie tupały pod jej nogami.

Wojciech podszedł i postawił obok ławki kwiaty.

Proszę bardzo, jeśli pani chce.

Spojrzała na niego, potem na bukiet.

Śliczne. Nie przyjęli?

Nie przyjęli.

Zdarza się skwitowała i wróciła do gołębi.

Wojciech ruszył dalej. Ulica była zwyczajna, domy stały jak zawsze, życie toczyło się dalej. Gdzieś w tym mieście Grażyna zamknęła za nim drzwi i wróciła do wieczoru do nowego życia, które, sądząc po minie, całkiem jej pasowało.

Gdzieś jechał do domu Bartosz, do którego wypadałoby zadzwonić, tak po prostu.

Gdzieś w kawalerce z musztardowymi zasłonami stały brudne gary.

Wyjął smartfona.

***

Potem, już w tramwaju, patrzył długo w szybę była czarna, niewiele było widać poza własnym, lekko rozmazanym odbiciem.

Dziwna rzecz, myślał, nie myśląc o niczym. Po prostu dziwna rzecz i tyle.

Tramwaj jechał dalej. Przystanki mijały. W wagonie różni ludzie: młodzi, starzy, zmęczeni, żwawi, z siatkami, z książkami, wpatrzeni w smartfony. Nikogo nie obchodziły jego chryzantemy, jego dwadzieścia sześć lat, zamknięte drzwi.

Wysiadł na swoim przystanku i wszedł na górę.

Powietrze było zimne, pachniało śniegiem, choć jeszcze nie padał, ale dało się go już wyczuć.

Wojciech postał, spojrzał w niebo.

Niebo było ciemne i normalne.

Ruszył do domu.

***

Tej nocy, około drugiej, nie spał, gapił się w sufit. Mieszkanie było takie, jak zawsze przez ostatni miesiąc: musztardowe zasłony odcinały światło latarni, lodówka czasem buczała. Nuda, do bólu.

I wtedy coś sobie przypomniał.

Osiem, może dziesięć lat temu, pojechali z Grażyną na działkę jej rodziców. Siedzieli wieczorem na werandzie, pili herbatę, było spokojnie, za płotem ciemniał las. Grażyna milczała, on też, i to było to dobre milczenie, żywe, kiedy nie trzeba nic mówić.

Wtedy pomyślał: jest dobrze.

I nic nie powiedział. Tylko pomyślał, zapomniał.

Leżał na kanapie w kawalerce, próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz tak myślał. Nie pamiętał.

Za oknem pojawiło się coś jak śnieg pierwszy w tym roku, nieśmiały, ledwo widoczny.

W mieszkaniu było cicho.

***

Rano wstał, nastawił czajnik i pomyślał, że musi kupić normalne kubki. Te tutaj miały odprysk i źle się z nich piło.

Potem pomyślał, że powinien zadzwonić do Bartosza.

Potem o robocie nadchodziło podsumowanie kwartału, a był w lekkim tyle.

Potem wrócił myślą do słów Grażyny: że zaczęła oddychać, że ona też się dusiła.

Nie wiedział o tym. Albo wiedział, tylko nigdy nie uważał tego za ważne. Ona zawsze była obok, zawsze wszystko robiła a czy chciała, czy nie, nie pytał. Stała się częścią tej rutyny, którą on postrzegał jako klatkę nie myśląc, że dla niej ta klatka wyglądała podobnie. Tylko ona siedziała w niej i prasowała jego koszule.

Czajnik gwizdnął.

Zalał herbatę do wyszczerbionego kubka, usiadł.

Za oknem śnieg sypał już na dobre biały, równy, osiadał na parapetach.

Wojciech wyjął telefon, znalazł kontakt: Bartosz.

Odłożył. Potem znowu chwycił.

Bartosz, hej. Tata z tej strony. Tak po prostu. Jesteś zajęty?

Nie trochę zaskoczony głos. Hej, tato. Nie jestem.

Jak tam?

W porządku. Pracuję. U was już śnieg?

Przed chwilą zaczął.

U nas też.

Chwila ciszy. Żywa, dobra cisza.

Tato odezwał się Bartosz. Jak się trzymasz?

Wojciech spojrzał przez okno. Za szybą sypał śnieg, równy, nic nie było jeszcze jasne.

Ogarniam się.

Dobra, dzwoń, jak coś.

Będę powiedział Wojciech. Ty też dzwoń. Nie tylko na święta.

Jasne zaśmiał się Bartosz.

Pożegnali się. Wojciech odstawił smartfon, napił się herbaty. Była w porządku.

Za oknem sypał śnieg.

***

Mniej więcej w tym czasie, gdzieś po drugiej stronie miasta, Grażyna również patrzyła przez okno. Trzymała filiżankę kawy, w mieszkaniu było miło i cicho. Eugeniusz już poszedł, nie zostawał na noc mieli niepisane porozumienie: na razie bez pośpiechu.

Myślała o Wojciechu. Bez specjalnego b ólu, bez urazy po prostu, jak o kimś, z kim spędziła tyle lat. Stał pod drzwiami z kwiatami, duży, trochę zagubiony z miną człowieka, którego życie nauczyło już trochę, ale chyba nie do końca.

Nie była już zła. To uczucie minęło. Na początku, przez te pierwsze dni po jego wyjściu, miała w sobie zadziwiającą złość z zewnątrz spokojna, w środku kipiała. Złość na to, co niewidzialne, codzienne. Że nigdy nie pytał, jak ona sobie radzi. Że nudziła go rutyna, którą ona własnoręcznie codziennie tworzyła. Że on się dusił, a ona nie miała nigdy czasu, by się zastanawiać, czy w ogóle może się dusić.

Potem przeszło. Zostało coś spokojnego, mocniejszego.

Wzięła telefon, napisała Zofii: joga jutro? Odpowiedź przyszła od razu: czekałam na twój SMS! Jasne, idziemy.

Grażyna uśmiechnęła się i odstawiła filiżankę.

Za oknem też sypał śnieg.

***

W tym samym wieczorem Wojciech zadzwonił do właściciela z pytaniem, czy przedłużenie najmu o dwa miesiące jest możliwe.

Jasne. Przepraszam, ale zapłaci pan z góry, dobrze?

Następnego dnia Wojciech poszedł do supermarketu i kupił trzy kubki tym razem bez odprysków. Od razu stwierdził, że trzeci zawsze się przyda.

W spożywczym wziął: rosół, marchewkę, pietruszkę, ziemniaki. Przepis na zupę znalazł w telefonie cztery kroki, w ostatnim pisało: doprawić do smaku.

Stał z łyżką nad garnkiem i myślał: co to znaczy do smaku? Spróbował, dosolił, spróbował jeszcze raz. Trochę przesolił, ale zupa i tak wyszła znośna.

Nalał do nowego kubka, po czym stwierdził, że kubki to jednak nie na zupę znalazł talerz i usiadł do stołu.

Było cicho.

W tej ciszy rosół wydał się całkiem do rzeczy.

***

Życie toczyło się dalej tak jak zwykle, zaskakujące i niewzruszone. Grażyna chodziła na jogę, czasem widywała się z Eugeniuszem człowiekiem spokojnym, bez presji. Wojciech mieszkał na Dębowej, gotował zupy, czasem dzwonił do Bartosza, raz na tydzień spotykał się z Darkiem czy Michałem teraz, bez żon, siedzieli dłużej niż wcześniej.

O rozwód nie wystąpili. Nie dlatego, że coś postanowili po prostu obojgu brakowało siły, by się za to zabrać.

Pewnego razu spotkali się w sklepie na Lipowej tym samym, do którego chodzili przez dwadzieścia sześć lat. Wojciech stał przy lodówce z nabiałem, czytał etykietę kefiru z miną, jakby ważył losy świata.

Grażyna podeszła z tyłu.

Wojciech.

Odwrócił się. Spojrzeli sobie w oczy. Trochę schudł, spojrzenie miał mniej rozbiegane, jakby bardziej uważne.

Cześć, Grażyna.

Cześć. Całkiem nieźle wyglądasz.

Dzięki. Ty też.

Postali chwilę.

Kwasisz kefir? zapytała.

Tak. Nie wiem, który dobry.

Ten wskazała.

Wziął, podziękował. Ona wzięła swoje i poszła w inną stronę. On ruszył przeciwległym korytarzem.

Przy kasach ustawili się obok siebie ona w jednej kolejce, on w drugiej. Zrobili zakupy, wyszli prawie w tym samym momencie.

No powiedział Wojciech. Trzymaj się.

Trzymaj się odpowiedziała Grażyna.

Ona poszła w prawo, on w lewo.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 − 5 =

Ja też się dławiłam – nie jesteś sama