Ja też kiedyś walczyłam z dusznościami

Ja też się dusiłam

Piotr oznajmił to w niedzielny wieczór, gdy Mariola układała w równiutkie stosy wyprasowane koszule. Wszedł do sypialni, usiadł na skraju łóżka i powiedział to takim tonem, jakby informował o cieknącym kranie.

Mariolko, duszę się.

Nie podniosła głowy. Odłożyła jedną koszulę, wzięła następną.

Od czego?

Od wszystkiego. Od tej rutyny. Od tego, że codziennie to samo. Wstajesz, jesz, jedziesz, wracasz, jesz, idziesz spać. I tak w kółko.

Mariola starannie złożyła rękawy, poprawiła kołnierz. Miała pięćdziesiąt jeden lat, Piotr był dwa lata starszy. Dwadzieścia sześć lat mieszkali w tym mieszkaniu na ul. Ogrodowej, wychowali syna Bartka, który już od pięciu lat żył w innym mieście i dzwonił tylko przy okazji świąt.

I co proponujesz? spytała spokojnie.

Chciałbym odejść.

Wtedy się zatrzymała. Nie ze strachu. Po prostu spojrzała na niego uważnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto wypowiada coś, co dawno się przeczuwało.

Odejść dokąd?

Wynająć mieszkanie. Być samemu. Odzyskać oddech.

Dobrze powiedziała Mariola i sięgnęła po następną koszulę.

Piotr wyraźnie oczekiwał innej reakcji. Nachylił się lekko.

Nic nie powiesz?

A co mam mówić? Jesteś dorosły, Piotrze. Chcesz odejść, to odejdź.

Nie będziesz robić awantur?

Złożyła koszulę, położyła na stosiku i po raz pierwszy spojrzała mu prosto w oczy.

Nie. Ale mam jeden warunek.

Jaki?

Nie dzwoń do mnie w sprawach domowych. Gdzie jest to, jak działa tamto, gdzie schowałam coś. Odszedłeś, radź sobie sam.

Pomyślał.

To wszystko?

Wszystko.

Nie wiedział, co z tym zrobić. Był przygotowany na łzy, wyrzuty, że go zatrzyma, będzie mówić o latach, o synu, o tym, że tak się nie robi. W głowie miał już gotowe odpowiedzi. A ona po prostu stała i prasowała.

No dobrze powiedział w końcu. To zacznę się pakować.

Pakuj się.

Wyszedł do garderoby. Stał tam dłuższą chwilę, patrząc na półki. Zaczął wrzucać do torby dżinsy, koszulki, skarpetki. Wziął maszynkę do golenia, ładowarkę, książkę, której od pół roku nie przeczytał. Wyszedł do przedpokoju. Mariola już była w kuchni i coś tłukła garnkami.

Idę rzucił w stronę kuchni.

Powodzenia odpowiedziała stamtąd.

Zamknął za sobą drzwi. Postał chwilę na klatce schodowej, czekając. Nic żadnych kroków za drzwiami, żadnego ruchu. Cisza.

Wcisnął przycisk windy.

***

Mieszkanie znalazł w dwa dni przez znajomego. Kawalerka w sąsiedniej dzielnicy, czwarte piętro, okna na podwórko. Właścicielem był starszy pan z wąsem, pokazał lokal, skasował z góry za dwa miesiące i pojechał. Był tam rozkładany tapczan, stół, dwa krzesła, lodówka marki Polar i gazowa kuchenka. Na oknie zasłony w kolorze starej musztardy.

Piotr postawił torbę, usiadł i rozejrzał się.

Cisza była zupełna. Nikt nie chodził po sąsiednim pokoju, nikt nie włączał telewizora, nikt go nie wołał na kolację. Położył się na plecach, ręce za głową. To miała być wolność.

Pierwsze dwa dni były niemal przyjemne. Wstawał, o której chciał, jadł, co chciał a właściwie to, co kupił po drodze chodził w samych skarpetkach i nie musiał się tłumaczyć. Wieczorami dzwonił do starego kumpla, Krzyska. Gadali długo, Krzysiek się śmiał: słusznie, Piotr, tak trzeba było dawno.

Trzeciego dnia skończyły mu się czyste skarpetki.

Spojrzał na pralkę w łazience. Mała, okrągła. Otworzył drzwiczki, zajrzał. Zamknął. Otworzył znowu. Proszek, gdzie on był? Gospodarz mówił coś o szafce pod umywalką. Znalazł jakiś proszek, przeczytał: do kolorów i białego. Wsypał na oko. Włączył, ustawił program, wcisnął start.

Pralka zawarczała.

Po godzinie wyciągnął skarpetki. Były wilgotne, prawie mokre i nieco różowe. Po chwili zrozumiał wrzucił do pralki nową, czerwoną koszulkę.

Powiesił skarpetki na kaloryferze. Schły do następnego wieczora.

Czwartego dnia Piotr postanowił ugotować coś normalnego. Kupił pierś z kurczaka, ziemniaki, cebulę. Znalazł patelnię z porysowaną powłoką. Wlał olej, położył pierś w całości przykleiła się natychmiast. Ziemniaki obierał długo, połowa poszła do śmieci z obierkami. Cebula poszła w oczy.

Na talerzu wyszło coś brązowo-białego, twarde z wierzchu, w środku surowe.

Zjadł połowę, resztę wyrzucił i zamówił jedzenie z pobliskiego baru.

Po tygodniu podliczył wydatki na jedzenie na dowóz. Wyszło prawie tyle, ile z Mariolą wydawali na całą kuchnię w miesiącu. Stwierdził, że czas się ogarnąć. Kupił kaszę gryczaną i ją ugotował. Wyszła przyzwoita to go trochę uspokoiło.

Ale rzeczywistość codzienności go dopadała powoli, jak przypływ.

***

Przełom nastąpił dziesiątego dnia.

Piotr brał prysznic i poczuł, że woda nie spływa. Spojrzał pod nogi: na kafelkach stała mętna kałuża. Wyłączył wodę, poczekał kałuża została. Dotknął stopą odpływu. Woda stała.

Przypomniało mu się coś o syfonie. Słowo-wytrych, Mariola używała go czasem trzeba wyczyścić syfon, bo woda nie spływa. Kiedyś kiwał głową i szedł do pokoju.

Ukucnął i zajrzał pod wannę rurka, potem kolejna, potem białe plastikowe złączki. Dotknął, puściło łatwo. Z syfonu trysnęła struga, ciemna i lodowata.

Zerwał się, poślizgnął, złapał ręcznik, który natychmiast runął na ziemię. Próbował nakręcić złączkę, ale woda ciągle leciała, rozlewała się po łazience, wsiąkała w dywanik w dziesięć sekund.

Wybiegł w przedpokoju, mokrymi stopami zostawiając ślady, szukał telefonu. Rozpaczliwie szukał, jak zakręcić wodę w mieszkaniu. W końcu przypomniał sobie, że gospodarz wspominał o zaworze pod kuchennym zlewem. Pognał, odkręcił woda przestała lecieć.

Wrócił do łazienki. Wyglądało jak po małej powodzi: mokry dywanik, ręczniki, podłoga. Z syfonu nadal kapało.

Usiadł na podłodze w przedpokoju, w mokrych majtkach, patrząc w ścianę.

Pierwsza myśl zadzwonić do Marioli, że ona na pewno powie, co robić. Już wybierał jej numer, gdy przypomniał sobie słowa: nie dzwoń z domowymi sprawami.

Odłożył telefon.

I tak zadzwonił. Ale do Krzyśka.

Krzysiek, wiesz jak się naprawia syfon?

Że co? spytał Krzysiek, w tle coś brzęczało.

Syfon pod wanną. Wylało się.

Stary, ja zawsze wzywam hydraulika. Masz numer? Mam dobrego.

Hydraulik przyszedł nazajutrz. Zobaczył syfon, coś pokręcił, wymienił uszczelkę w piętnaście minut. Wziął tyle, że Piotr przez chwilę zaniemówił.

To normalna cena? zapytał w końcu.

Normalna odparł hydraulik bez emocji i wyszedł.

Piotr zamknął drzwi i pomyślał, że Mariola nigdy nie dzwoniła po fachowców za takie drobiazgi. Sama coś dokręcała, kupowała gumki w Lewiatanie. Nie wiedział, kiedy to robiła i jak po prostu to się działo, tak jak pogoda za oknem.

***

W międzyczasie narodził się pomysł, który uznał za dobry.

Zadzwonił do Agnieszki, z którą dwadzieścia lat temu coś między nimi było, zanim poznał Mariolę. Agnieszka była od siedmiu lat po rozwodzie, wiedział to od wspólnych znajomych. Czasem widywali się na imieninach, rozmawiali niezobowiązująco.

Cześć, Aga, tu Piotr Majewski.

Piotr? zabrzmiała zaskoczona, ale nie niechętnie. Minęło lat!

Słuchaj, mieszkam teraz osobno. Może byśmy gdzieś wyskoczyli na kolację?

Zamilkła na chwilę.

Osobno od kogo?

Od żony.

Rozstaliście się?

No, w trakcie…

Rozumiem jej głos zrobił się uważniejszy. Możemy się spotkać.

Spotkali się w kawiarni w centrum. Agnieszka przyszła w eleganckim płaszczu, zadbana, ze świeżą fryzurą. Piotr zauważył, że dobrze wygląda. Zamówili po kieliszku wina, pogadali o znajomych, potem ona zapytała:

Opowiedz o sobie. Co robisz?

Pracuję w firmie budowlanej, szef zaopatrzenia.

A mieszkasz teraz…?

Wynająłem kawalerkę na Leśnej.

I jak tam?

Chciał powiedzieć „dobrze”, ale wyszło:

No, całkiem… Pralka trochę nie odwirowuje i kuchenka szwankuje.

Agnieszka spojrzała z wyrazem, który odczytał dopiero po chwili: współczucie. Nie romantyczne raczej jak dla kogoś, komu coś się nie klei.

Rozumiem powtórzyła.

Rozmowa nie szła. Zmienili temat na dzieci mówił o Bartku, ona o córce, wydanej niedawno za mąż. Wypili jeszcze po jednym kieliszku, Aga powiedziała, że musi wcześnie wstać. Pożegnali się przy drzwiach.

Pojechał do pustego mieszkania. W lodówce nic, sklepy zamknięte. Znalazł makaron instant, zalał wrzątkiem.

Agnieszka nie zadzwoniła już. On również.

***

Około tego czasu spróbował umówić się z kolegami. Zadzwonił do Krzyśka ten wyznał, że może w piątek, ale tylko do ósmej, bo żona ma zebranie w szkole córki. Zadzwonił do Jarka da radę, ale musi potem go podrzucić, bo wyjeżdża z żoną.

Spotkali się w trójkę w barze obok metra. Wypili po piwie, pogadali o piłce i pracy. Potem Krzysiek spytał:

I jak ci tam? Na swoim?

Normalnie odpowiedział Piotr.

Mariola nie dzwoni?

Nie.

Krzysiek spojrzał na Jarka.

W ogóle nie dzwoni? dopytał Jarek.

W ogóle.

Znów wymienili spojrzenia. Krzysiek zakręcił kuflem.

To dziwne. Moja by trzy razy dziennie dzwoniła.

Nie dzwoni powtórzył Piotr.

To albo dobrze, albo źle zamyślił się Jarek.

W jakim sensie źle?

Może jej dobrze bez ciebie?

Piotr dopił piwo. Nie chciał tego rozważać. A właściwie rozważał codziennie, ale nie przyznawał się przed sobą.

O wpół do ósmej chłopaki się zbierali każdy do domu, do żony, do spraw rodzinnych.

Piotr został sam przy stoliku, zamówił jeszcze jedno piwo i siedział, aż zamknęli bar.

***

Mariola tymczasem przez pierwsze dni czuła coś podobnego do zagubienia, ale nie tak, jak się obawiała. Nie pustkę po Piotrze, raczej jakby nagle zrobiło się więcej miejsca jak po przestawieniu mebli, kiedy nie wiadomo, czy to na lepsze czy nie.

Drugiego dnia zadzwoniła do przyjaciółki Zofii.

Odszedł powiedziała Mariola.

Jak to odszedł? Dokąd?

Wynajmuje mieszkanie. Mówi, że się dusił.

Zofia milczała chwilę, potem westchnęła:

Mariolko, jak się czujesz?

Dobrze, szczerze mówiąc. Sama się dziwię.

Płaczesz?

Nie. To dziwne, prawda?

Może później przyjdzie?

Może. Zobaczymy.

Potem zadzwoniła jeszcze Basia, z którą znały się od czasów poradni dwadzieścia pięć lat wcześniej. Basia była mniej dyplomatyczna.

No to wreszcie! krzyknęła. Przecież zawsze ci powtarzałam…

Co powtarzałaś?

Że żyjesz jak gosposia bez pensji!

Basia, nie przesadzaj.

A kiedy ostatnio robiłaś coś dla siebie?

Mariola myślała, nie mogła sobie przypomnieć.

Równo rok temu podcinałam włosy.

No właśnie.

Na następnym tygodniu Basia zaprosiła ją na jogę. Początkowo Mariola odmówiła, ale potem zadzwoniła, że jednak idzie. Sala była tuż obok domu, założyła dres z tylnych półek szafy, okazało się, że ledwo się schyla.

Spokojnie powiedziała instruktorka, młoda kobieta z kucykiem wszyscy tak zaczynają.

Po dwóch tygodniach już się trochę zginała. Chodziła trzy razy w tygodniu, a po zajęciach z Basią szły na kawę i rozmawiały godzinę lub dłużej. Mariola uświadomiła sobie, że od dawna nie siedziała tak po prostu i nie mówiła o wszystkim i o niczym nie myślała o tym, że musi wracać, bo Piotr zaraz wpadnie z pracy i trzeba robić obiad.

Wieczorami czytała. Książki wcześniej leżały na stoliku, czytała po dwadzieścia stron i zasypiała. Teraz czytała po półtorej godziny.

Pewnego dnia zadzwonił Bartek.

Mamo, tata mówi, że mieszka osobno.

Tak, to prawda.

I… jak się czujesz?

Różnie powiedziała Mariola. Ale szczerze, dobrze.

Bartek chwilę milczał.

Mamo, wy się rozwodzicie?

Jeszcze nie wiem. Nie myślałam o tym.

Nie jesteś smutna?

Jestem zaskoczona. Ale nie smutna.

Bartek potrzebował czasu, by to przetrawić. Zawsze był spokojny.

No to dzwoń, jakby co.

Ty też dzwoń, nie tylko od święta.

***

Był jeden moment, gdy Mariola stanęła pośrodku kuchni i przez kilka minut patrzyła przez okno.

Myła kubek zwykły, codzienny i pomyślała: dwadzieścia sześć lat. Dużo. Więcej niż połowa życia. Było wszystko także dobre. Pierwsze mieszkanie, które sami remontowali, zdarte dłonie. Mały Bartek z kolanami w jodynie. Morze piętnaście lat temu, śmiech przez trzy dni, choć nie pamiętała już dlaczego.

Tego już nie będzie to zostało w przeszłości, jak zdjęcia w albumie.

Zaczekała, aż uczucie minie. Minęło. Zajęło kilka minut.

Odłożyła kubek i poszła się szykować na jogę.

***

Janek pojawił się przez przypadek.

To była sąsiadka z dołu, pani Halina, osiemdziesięcioletnia. Poprosiła Mariolę, żeby wymieniła żarówkę, bo syn przyjdzie dopiero za tydzień, a jest ciemno na korytarzu. Mariola zmieniła żarówkę, wypiła herbatę. Wtedy przyszedł syn pani Haliny, ale nie ten, którego oczekiwały, tylko drugi, wyczekiwany inaczej.

Janek, lat czterdzieści osiem, brodaty, w porządnej kurtce, z oczami człowieka po pracy.

Mamo, znowu wykorzystujesz ludzi zażartował na widok Marioli z żarówką.

Mariola sama zaproponowała odparła pani Halina z godnością.

Janek obdarzył Mariolę uśmiechem.

Dziękuję. Nie pomyślałem, że mama siedzi w ciemnościach.

Serio, drobiazg odmruknęła Mariola.

Porozmawiali chwilę w drzwiach. Okazało się, że on też pracuje w branży budowlanej, tylko w innej firmie. Powiedziała, że jest księgową. Pożegnali się.

Po kilku dniach zapukał. Przyniósł matce zakupy i jak powiedział chciał wręczyć Marioli czekoladki w ramach podziękowania.

No bez przesady westchnęła, ale czekoladki przyjęła.

Mogę wejść na chwilkę? Chciałem zapytać o twojego Piotra. Mama mówiła, że pracował w zaopatrzeniu, mam temat do skonsultowania.

Zawahała się.

Piotr mieszka teraz osobno. Ale mogę dać numer.

Rozumiem powiedział Janek i po jego twarzy nie dało się stwierdzić, czy się zdziwił.

Odszedł. Po tygodniu zadzwonił, że sprawę z dostawcą już załatwił i czy nie wyszłaby na kawę, tak po sąsiedzku. Mariola pomyślała i zgodziła się.

Poszli do kawiarni na sąsiedniej ulicy. Rozmawiali o pracy, jego mamie, zmianach na dzielnicy. Był dobrym rozmówcą, uważnym, czasem śmiał się jeszcze przed końcem własnej anegdoty.

Długo byłaś mężatką? zapytał od niechcenia.

Dwadzieścia sześć lat. Albo byłam. Sama nie wiem.

Bywa odparł bez pytań.

Doceniła to.

Spotkali się jeszcze raz, potem znów. Nie naciskał, nie podrywał, czasem dzwonił i pytał, co słychać. Mariola lubiła to poczucie wolności po dwudziestu sześciu latach obowiązków nawet zwykła lekkość była jak świeży powiew.

***

Tymczasem Piotr zaczynał dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widział.

Na przykład, że nie umie czekać. Wszystko robiło się samo: jedzenie pojawiało się, ubrania się prały, coś się psuło naprawiało się. Teraz trzeba było czekać, aż wyschnie pranie, zagotuje się woda, przyjdzie hydraulik. Przeziębił się w połowie drugiego tygodnia, siedział sam w mieszkaniu z gorączką, pił leki wodą z kranu.

A jeszcze to: nie umie jeść w ciszy. Przez dwadzieścia sześć lat przy stole zawsze ktoś był, najpierw Bartek, potem Mariola, która czasem mówiła coś, czasem milczała ale jej milczenie było obecne. Tu była inna cisza, nieobecna.

Zaczął jeść przy włączonym telewizorze trochę pomagało.

W trzecim tygodniu zadzwonił do Bartka.

Cześć, synu!

Cześć, tato. Jak tam?

W porządku. Mieszkam na Leśnej.

Wiem, mama mówiła.

Jak mama?

Bartek zawiesił głos na sekundę.

Dobrze. Mówi, że jest jej dobrze.

W sensie dobrze?

Chodzi na jogę, widuje się z koleżankami.

Piotr przetrawił to.

Nie tęskni?

Tato, dzwonisz, żeby się dowiedzieć, czy mama tęskni?

Nie, tylko pytam.

Ma się dobrze, tato. Ty też. I to dobrze.

Piotr odłożył słuchawkę, siedział na kanapie z dziwnym uczuciem nie żalem, raczej czymś podobnym do wejścia do pokoju i niepamięci, po co się weszło.

***

Dwadzieścia trzeciego dnia spotkał w windzie sąsiadkę z klatki, młodą kobietę, Karolinę. Sama się przedstawiła.

Pan tu nowy? zapytała.

Chwilowo odpowiedział.

Rozstaliście się z żoną?

Zdziwił się bezpośredniością.

Tak.

Zdarza się odpowiedziała lekko. Z którego piętra? Tam, gdzie mieszkał pan Władek, co śpiewał po nocach?

Nie, z czwartego, tam gdzie te musztardowe zasłony.

O, u pana Daniluka ten zawsze wynajmuje samotnym facetom.

Wysiedli z windy. Karolina mieszkała na parterze. Pracowała w lecznicy weterynaryjnej, miała kota i kwiaty na parapecie.

Raz pomógł jej z zakupami. Zaprosiła na herbatę. Mieszkanie czyste, czuć cynamonem. Rozmawiali spokojnie. Była bystra, patrzyła uważnie. Piotr pomyślał tylko: u niej porządek, u mnie w zlewie góra naczyń.

Spotykali się potem na klatce jeszcze kilka razy, rozmowy przy skrzynkach. Nic się nie wydarzyło i nie mogło wydarzyć sam był jak niedokończona myśl.

Pewnego razu spytała:

Pan tu na długo?

Nie wiem odpowiedział szczerze.

Wygląda pan na kogoś, kto jeszcze nie wie, dokąd iść.

Może tak.

To się zdarza. Najgorzej długo wisieć w takim zawieszeniu. Ja dwa lata po rozwodzie się tak motałam. Potem żałowałam, że tyle straciłam.

Zapamiętał to.

***

Trzydziestego pierwszego dnia pojechał na rynek i kupił kwiaty. Bez okazji, po prostu zobaczył chryzantemy wielkie, białe i przypomniał sobie, że Mariola je uwielbia, nie róże, bo róże zobowiązują.

Kupił okazały bukiet, zapłacił gotówką i pojechał na Ogrodową.

Przez całą drogę w tramwaju trzymał kwiaty. Ludzie rzucali spojrzenia: będą zaręczyny? rocznica? Miał w głowie, co powie, gdy Mariola otworzy drzwi. Że się ucieszy, bo przecież dwadzieścia sześć lat, przecież on.

Zapukał. Nowy dzwonek, zauważył, dawniej był inny.

Za drzwiami usłyszał kroki. Potem rozmowa: jej głos, potem czyjś jeszcze, męski.

Zdziwił się.

Drzwi pootworzyły się na łańcuch, nowy łańcuch. Twarz Marioli zobaczył w szczelinie. Patrzyła na kwiaty, potem na niego. Była spokojna.

Piotr.

Mariolu, przyszedłem.

Widzę.

Przyniosłem…

Uniósł bukiet.

Patrzyła, bez złości, bez łez, bez wybuchu emocji.

Piotr, nie otworzę.

Dlaczego?

Bo zmieniłam zamki.

Widzę. Ale dlaczego?

Za jej plecami przesunął się cień mężczyzna.

Kto to?

To nie twoja sprawa odparła po prostu.

Mariolu, poczekaj. Dużo zrozumiałem.

Co dokładnie?

Zaczął otwierać usta, zamykał, znowu zaczynał.

Było mi dobrze z tobą. Nie doceniałem tego. To była pomyłka.

Milczała długo.

Piotrze powiedziała cicho, bez żalu. Zrozumiałeś, że ci było dobrze, ale nie zrozumiałeś, dlaczego. Myślisz, że brakowało ci mnie. A tak naprawdę brakowało ci kogoś, kto prasuje twoje koszule.

To niesprawiedliwe.

Może. Ale to prawda.

Dwadzieścia sześć lat, Mariolu…

Wiem. Były też dobre lata. Ale nie chcę kolejnych dwudziestu sześciu takich samych.

Nie dasz mi szansy?

Patrzyła długo. Powiedziała w końcu:

Wiesz, co jest najciekawsze? Ja też zaczęłam oddychać. Ja też się dusiłam. Tylko nie mówiłam o tym.

Stał z chryzantemami w ręku.

Mariola…

Idź, Piotrze. Zadzwoń do Bartka, pogadaj z nim. Nie o mnie, po prostu pogadaj.

Drzwi zamknęły się cicho. Zamek przekręcił się bez huku.

Został. Bukiet opadł w ręce. Chryzantemy były świeże, twarde, nie wiedziały co się stało.

Na klatce było cicho. Z sąsiedniego mieszkania dobiegał dźwięk telewizora.

Odwrócił się w stronę windy.

***

Wcisnął przycisk, winda przyjechała szybko. W lustrze zobaczył siebie: mężczyznę z bukietem, w całkiem nowej kurtce, lekko przytłoczonego człowieka, który właśnie coś skończył. A może zaczynał. Albo i jedno, i drugie naraz.

Wyszedł na ulicę. Było już ciemno, latarnie świeciły, pojedyncze osoby spieszyły się do swoich spraw. Szedł w stronę tramwaju, z kwiatami w ręku.

Przy ławce usiadła starsza pani i karmiła gołębie resztkami chleba. Gołębie tłoczyły się wokół nóg.

Piotr podszedł i postawił chryzantemy przy ławce.

Proszę, jeśli pani chce powiedział.

Starsza pani spojrzała na niego, potem na kwiaty.

Ładne. Nie przyjęły?

Nie przyjęły.

Bywa mruknęła i wróciła do gołębi.

Ruszył dalej. Ulica była zwyczajna, domy stały jak zawsze, życie toczyło się swoim rytmem. Gdzieś tam Mariola zamknęła za nim drzwi i wróciła do swojego wieczoru, do nowego życia, które, jak widać, jej pasowało.

Gdzieś jechał Bartosz, któremu chciał zadzwonić, po prostu tak, bez okazji.

Gdzieś w kawalerce z musztardowymi zasłonami czekały brudne naczynia.

Wyjął telefon.

***

W tramwaju długo patrzył w czarne szkło okna za nim nie było nic, tylko jego rozmazane odbicie.

Ciekawe myślał bez szczególnego sensu. Ciekawe, tyle.

Tramwaj jechał, przystanki mijały. W wagonie siedzieli przeróżni ludzie: młodzi, starsi, zmęczeni. Każdy pochłonięty swoimi sprawami. Nikogo nie interesowały jego chryzantemy, jego dwadzieścia sześć lat, zamknięte drzwi.

Wysiadł na swoim przystanku i wyszedł na powierzchnię.

Powietrze było chłodne, wyczuwał się pierwszy śnieg, choć jeszcze nie padał.

Piotr przystanął, spojrzał w niebo. Było zwyczajne, szare, bez gwiazd.

Ruszył do domu.

***

Tej samej nocy, około drugiej, nie mógł spać i patrzył w sufit. Kawalerka była taka jak przez ostatni miesiąc, musztardowe zasłony zatrzymywały światło latarni, lodówka co jakiś czas buczała. Wszystko jak zwykle.

Przypomniał sobie coś sprzed ośmiu, może dziesięciu lat. Pojechali z Mariolą na działkę jej rodziców. Siedzieli na werandzie, pili herbatę, było cicho; za ogrodem majaczył las. Mariola milczała, on milczał i było to dobre milczenie, pełne obecności.

Wtedy pomyślał: jest dobrze.

Nie powiedział tego. Pomyślał i zapomniał.

Leżał teraz w wynajętej kawalerce i próbował przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz miał takie uczucie. Nie pamiętał.

Za oknem coś przypominało padający śnieg: rzadko, nieśmiało, pierwszy tego roku.

W mieszkaniu panowała cisza.

***

Rano wstał, wstawił wodę na herbatę i pomyślał, że musi kupić porządne kubki. Te zastane miały odprysk, niewygodne w użyciu.

Pomyślał, że zadzwoni do Bartka.

Pomyślał, że musi ogarnąć pracę, bo zbliża się kwartalny raport i jest w plecy.

Pomyślał o słowach Marioli. Ona też zaczęła oddychać. Ona też się dusiła.

Nie wiedział tego. Albo wiedział, ale nie przywiązywał wagi. Zawsze była obok, zawsze robiła, co trzeba nie pytał, czy tego chce, czy jej to sprawia radość. On widział swoją rutynę jak klatkę, ale nie rozumiał, że dla niej to było to samo, tylko zamiast trzaskać prętami, prasowała koszule.

Czajnik zagwizdał.

Zalał herbatę do odpryśniętego kubka, usiadł do stołu.

Za oknem zaczął padać prawdziwy śnieg biały, równy, nie topniał.

Wyjął telefon, znalazł kontakt: Bartek.

Odłożył.

Znów wziął.

Cześć, Bartek, tu tata. Dzwonię tak po prostu, jesteś zajęty?

Nie, cześć, tato. Nie zajęty.

Jak się masz?

Normalnie. Pracuję. U was śnieg?

Dopiero zaczął.

U nas też.

Chwila ciszy dobra cisza, obecna.

Tato… jak się trzymasz?

Piotr spojrzał za okno. Padał śnieg, biały i równy, a on nadal nie wiedział, co dalej.

Uczę się odpowiedział.

To dzwoń, jakby co.

Będę dzwonił. Ty też nie czekaj do świąt.

Jasne, tato.

Pożegnali się. Piotr odłożył telefon, upił herbaty. Całkiem w porządku.

***

Około tej samej godziny, w innej części miasta, Mariola też patrzyła przez okno. Miała pod ręką kawę, w pokoju było ciepło i cicho. Janek już wyszedł, nie zostawał na noc taka była między nimi niepisana umowa: spokojnie, bez pośpiechu.

Myślała o Piotrze. Bez złości i bez żalu, ot, jak się myśli o kimś, z kim przeżyło się wiele lat. Stał w drzwiach z kwiatami, duży, trochę zagubiony, jak ktoś, kogo życie czegoś nauczyło, ale nie do końca.

Złość przeszła. Została spokój i coś twardszego.

Napisała do Zofii: idziemy jutro na jogę? Natychmiastowa odpowiedź: czekałam na twój sms. Idziemy.

Mariola uśmiechnęła się, odłożyła kubek.

Za jej oknem też sypał śnieg.

***

Tego samego wieczoru Piotr zadzwonił do właściciela mieszkania i spytał, czy może przedłużyć umowę wynajmu na kolejne dwa miesiące.

Oczywiście odparł właściciel tylko z góry.

Kupił w sklepie trzy nowe kubki bez odprysków. W spożywczaku kupił produkty na rosół: kurczak, marchew, ziemniaki, cebula. Przepis znalazł w telefonie cztery kroki, czwarty: dosolić do smaku.

Stał nad garnkiem i zastanawiał się, co to właściwie znaczy, ile tej soli… Dał trochę więcej, zupa wyszła lekko za słona, ale zjadliwa.

Nalał zupę do nowej miski, usiadł przy stole.

Było cicho.

W tej ciszy zupa smakowała nieźle.

***

Życie płynęło dalej, jak płynie zawsze bez ostrzeżeń i wskazówek. Mariola chodziła na jogę, czasem widywała się z Jankiem, który był dobrym człowiekiem, nie spieszył się. Piotr mieszkał na Leśnej, gotował rosół, czasem dzwonił do Bartka, spotykał się z Krzyśkiem i Jarkiem, którzy przychodzili już bez żon i zostawali trochę dłużej.

Rozwodu nie brali. Nie było decyzji, po prostu na razie żadnemu z nich nie zależało, żeby coś przyspieszać.

Kiedyś spotkali się w sklepie, w tym samym, na Ogrodowej, gdzie chodzili przez lata. Stał przy lodówce z kefirem, czytał skład z pełną powagą.

Mariola podeszła od tyłu.

Piotrze.

Odwrócił się. Spojrzeli na siebie. Schudł trochę, wyraz miał poważniejszy, jakby bardziej uważny.

Cześć, Mariola.

Cześć. Dobrze wyglądasz.

Ty też.

Stali sekundę.

Bierzesz kefir? zapytała.

Tak, wybieram.

Ten jest dobry wskazała.

Dzięki.

Włożył do koszyka. Ona swoje, poszli w różne strony.

Przy kasie stali obok siebie, kupili, co trzeba, wyszli.

No to… cześć powiedział.

Cześć odpowiedziała.

Skręciła w prawo, on w lewo.

***

Czasem największą wolność dostrzegamy dopiero wtedy, gdy nauczymy się, czym jest cicha obecność i ile warte jest bycie widzianym, a nie tylko potrzebnym.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedemnaście + osiemnaście =

Ja też kiedyś walczyłam z dusznościami