— Mówimy sobie po imieniu — szepnął Tomasz tuż przy uchu. Kinga poczuła na skroni jego oddech. Dreszcz przeszedł jej po plecach…
— Marto, zobacz, czy ktoś jest na korytarzu? Chciałabym dziś wyjść wcześniej. Mama ma urodziny — powiedziała Kinga.
— Już sprawdzam, pani doktor — młoda, sympatyczna pielęgniarka wstała od biurka, otworzyła drzwi i wyjrzała na korytarz. — Nikogo nie ma, pani doktor. Wszyscy pacjenci już przyjęci, sprawdziłam — dodała z uśmiechem Marta.
— Dobrze. Jeśli ktoś przyjdzie, zapisz na jutro lub niech idzie do gabinetu obok, do doktor Ewy.
— Niech pani idzie, ja tu posiedzę, wszystko załatwię, niech się pani nie martwi — uspokoiła Marta. — Ordynator jest na konferencji, jak coś, to ja panią zasłonię.
— Dziękuję. Co bym bez ciebie zrobiła? — Kinga wzięła torbę, rzuciła okiem na biurko, sprawdzając, czy nie zapomniała telefonu, i podeszła do drzwi. — Do jutra, Marto.
— Do widzenia, pani doktor. O, niech się pani spieszy, już tak ciemno, zaraz zacznie lać.
— Tak? A ja jeszcze muszę wstąpić po kwiaty. No to lecę — powiedziała Kinga, wychodząc już na korytarz.
Szybko przebrała się, a płaszcz zakładała już na schodach.
— Pani doktor, już wychodzi? — zatrzymała ją na dole starsza kobieta przy rejestracji.
— Dzień dobry. Może pani zaczekać do jutra? Bardzo się spieszę — poprawiając kołnierz płaszcza, odparła Kinga, kierując się do wyjścia.
— Pani doktor, tylko pani słucha mojej Weroniki. Może by pani wpadła, porozmawiała z nią? Ciągle płacze — mówiła kobieta, nie odstępując Kingi.
— Jutro mam wieczorny dyżur, rano wyjdę na wizyty i wstąpię do pani. A teraz muszę lecieć, przepraszam. — Kinga wyszła z przychodni, zeszła ze schodów i spojrzała w niebo.
Ogromna czarna chmura przesuwała się nad miastem. Wyglądało na to, że zaraz, swoim ciężkim brzuchem zahaczy o dachy, pęknie i zaleje miasto potokiem wody.
Gdy Kinga podchodziła do kwiaciarni, pierwsze ciężkie krople spadły na jej ramiona. Ledwie zdążyła stanąć pod daszkiem, gdy deszcz zaczął lać na dobre.
— Niech się pani nie martwi, dobrze zapakuję bukiet — powiedziała kwiaciarka.
Gdy owijała w folię ulubione gerbery mamy, Kinga z niepokojem zerkała na odjeżdżające jeden po drugim autobusy. W końcu dostała kwiaty, zapłaciła i pobiegła na przystanek, osłaniając głowę bukietem.
Deszcz rozszalał się na dobre. Na przystanku została tylko Kinga. Dobrze, że przynajmniej była wiatka. Zapomniała parasola i dobiegając tutaj, solidnie zmokła.
Autobusu wciąż nie było. Trzeba było przeczekać w przychodni, porozmawiać z babcią Weroniki — żałowała już swojej pospiechu Kinga. Przytuliła się do siebie z zimna i odsunęła pod dalszą część wiaty. Obok przelatywały samochody, rozchlapując kałuże.
„Gdzie on utknął? Co za pech z tym deszczem” — myślała Kinga, patrząc w stronę, z której powinien nadjechać autobus. Nagle przy chodniku zatrzymał się czarny terenówka. Kinga z zazdrością pomyślała, że fajnie by było mieć taką. „Dobrze mieć samochód, nie trzeba czekać na autobus…”
Szyba po stronie pasażera opadła, i Kinga zobaczyła mężczyznę. Nie od razu zrozumiała, że mówi do niej.
— Wsiadaj. Na drodze stłuczka, autobusy stoją.
Gdy Kinga się wahała, mężczyzna otworzył przednią drzwiczki. Kinga wsiadła na fotel pasażera. W środku było ciepło i sucho. Nawet odgłosu deszczu prawie nie było słychać.
— Dokąd jedziesz? — zapytał mężczyzna, patrząc na Kingę.
Mniej więcej w jej wieku, przystojny, w garniturze. Kinga się speszyła. „A ja wyglądam jak przemoczona kura.”
— Na Staromiejską — powiedziała.
— W porządku, jadę w tę samą stronę.
Od mężczyzny biła taka pewność siebie i męska charyzma, że Kinga nieufnie na niego spojrzała. Nie wyglądał na maniaka, dystyngowany, inteligentne oczy. „Tacy grają w serialach głównych bohaterów” — pomyślała. Samochód ruszył płynnie, niemal niezauważalnie nabierając prędkości. W środku przyjemnie pachniało skórą i jego drogą wodą toaletową. I ciągle coś pikało.
— Zapiąć pasy — poprosił mężczyzna.
Kinga długo i niezdarnie się zapinała, po czym poprawiła bukiet na kolanach.
— Powiedz, dlaczego mnie podwiózł? — zapytała, patrząc, jak wycieraczki rytmicznie zmiatają z przedniej szyby strugi deszczu.
— Mówiłem już, stłuczka. Autobus byś długo czekała. A ty z kwiatami, więc jedziesz w gości. No i, jak się okazało, jedziemy w tę samą stronę. — Rzucił na nią krótkie spojrzenie.
„Tak się nie dzieje. Tacy mężczyźni nie podwożą zwykłych śmiertelników” — chciała powiedzieć, ale milczała.
— Twoja twarz wydaje mi się znajoma. Gdzieś się już widzieliśmy. Mam dobrą pamięć do twarzy — przerwał ciszę mężczyzna.
— Raczej wątpię — uśmiechnęła się Kinga. — Jesteśmy z innych światów. Innego statusu społecznego, jak to się mówi.
Skórą wyczuła jego oceniające spojrzenie.
— Tacy jak ty nie jeżdżą autobusami. A ja skromna lekarka — dodała z lekką goryczą.
Mężczyzna milczał. Milczała i Kinga, czując, że powiedziała głupotę.
— Przypomniałem sobie, gdzie cię widziałem. Dwa miesiące temu przyszedłem z wnuczką do twojego gabinetu.
— Ty? — Kinga zdumiona wpatrywała się w niego. — Zapamiętałabym cię — wyrwało jej się.
— Co, wyglądam za młodo na dziadka? Na Boga, nie kłamię. Córka zaszła w ciążę w siedemnastce. Młodzież teraz wcześnie dojrzewa.
— Widać, po kimś — odcięła się Kinga.
— A ty taka kłótliwa. Palca do ust nie wkładaj. Już wtedy zrozumiałem, że jesteś zasadnicza.
— A to źle? — zapyKiedy w końcu odważyła się spojrzeć w jego oczy, zrozumiała, że czasem szczęście przychodzi właśnie wtedy, gdy przestajemy się go spodziewać.



