**Dziennik Marcina Kowalskiego**
Poczułem, jak Jadzia dotknęła mojej dłoni.
– Co? – Otworzyłem oczy. – Już się zaczęło?
Uśmiechnęła się tajemniczo i wskazała wzrokiem łóżko obok.
Odwróciłem głowę i zobaczyłem zawiniątko. Dotknąłem – kocyk zapadł się pod palcami. Było puste…
– Marcin! – wołał z oddali zaniepokojony głos Jadzi.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem jej napiętą twarz, jakby nasłuchiwała czegoś. Potrząsnąłem głową, próbując otrząsnąć resztki snu.
– Co? Już? Przecież zostały jeszcze dwa tygodnie…
– Nie wiem, boli mnie brzuch – odparła.
– Dobra – podparłem się na łokciach. – Trzeba wezwać karetkę. – Spojrzałem na sąsiednie łóżko. Żadnego zawiniątka. Westchnąłem z ulgą, odpędzając senne widziadło.
– Poczekajmy. Nie jestem pewna, czy to skurcze. Po prostu pobolewa. Mówili, żeby dzwonić, gdy przerwy skracają się do dziesięciu minut. – Jadzia patrzyła na mnie z nadzieją.
– Zanim karetka dojedzie, urodzisz. Gdzie mój telefon? – Siegnąłem po spodnie na krześle. Z kieszeni wypadł telefon, tłumiąc upadek miękki dywan.
Obudziłem się na dobre, wstałem, podniosłem telefon i wciągnąłem spodnie. Za plecami Jadzia jęknęła, ściskając brzuch.
– Co? Skurcz? – Przeskoczyłem na jej stronę łóżka, usiadłem obok i zacząłem masować jej plecy pięściami, jak uczyli na kursie.
– Oddychaj głęboko – powiedziałem, sam głośno wciągając powietrze nosem i wypuszczając ustami.
Jadzia powtórzyła.
– Już przeszło – wyszeptała, wymuszając uśmiech.
– Dzwonię po karetkę. – Zerwałem się. – Nie, lepiej zawiozę cię sam do szpitala. Będzie szybciej.
Torba z rzeczami stała od dawna w kącie sypialni.
– Dokumenty w szufladzie – powiedziała Jadzia, wkładając przez głowę luźną sukienkę.
Wyjąłem papiery, na dnie szuflady znalazłem ładowarkę, wrzuciłem ją do torby.
– A paszport?
– W szafie – odparła spod materiału.
Pobiegłem do drugiego pokoju, szukając, jednocześnie złoszcząc się, że nie trzyma wszystkiego w jednym miejscu. „Jej telefon… Gdzie twój telefon?!” – krzyknąłem.
– Tu, na szafce – odpowiedziała spokojnie.
– Jadziu, ile razy mówiłem, żeby mieć wszystko pod ręką? Jak dziecko – mruczałem, wracając. – Grzebień, szczoteczka…
Uśmiechnęła się przepraszająco, ale grymas bólu wykrzywił jej usta.
– Już. – Rzuciłem torbę na podłogę i znów masowałem jej plecy.
Wściekłość rosła w środku. Spojrzałem na zegarek – piąta trzydzieści.
Jadzia rozluźniła się, ból minął, by wrócić po chwili.
Wciągnąłem koszulkę, podniosW końcu, gdy w sali położniczej usłyszałem pierwszy krzyk naszego syna, zrozumiałem, że cały ten chaos był tylko wstępem do najpiękniejszej przygody życia.



