Igorze, bagażnik się otworzył! Zatrzymaj auto! – krzyczała Marzena, już rozumiejąc, że wszystko prze…

Piotrze, bagażnik! Bagażnik się otworzył, zatrzymaj samochód! woła Weronika, ale już czuje, że wszystko przepadło. Rzeczy wypadają z bagażnika prosto na szosę, a auta jadące za nimi na pewno tego nie widzą.

I prezenty, i smakołyki, na które odkładali pieniądze przez ostatnie dwa miesiące! Krem z łososia, wędzony łosoś, wykwintna szynka i wiele innych produktów, na które pozwalali sobie tylko podczas wielkich świąt. Torby z drogimi rzeczami i prezentami były ułożone na wierzchu, żeby się nie zgnietły. Tyle tego zabrali, jechali na wszystkie święta do wsi, do babci Piotra.

Na trasie korki, wielu ruszyło poza miasto. Samochody jadą gęsto, jeden za drugim, powoli. Ale zatrzymać się od razu trudno. Co wypadło, to raczej już przepadło!

Dzieci siedzące na tylnym siedzeniu zmartwiły się na widok zasmuconej mamy i też się popłakały. Weronika pociesza dzieci, a Piotr zwalnia, zjeżdża na pobocze i w końcu się zatrzymują. Jeszcze tli się odrobina nadziei może wszystko spadło na pobocze? Wracają pieszo, ale oczywiście na próżno szukać nie ma sensu, szkoda czasu.

Daj spokój, nie ma tego złego mówi Piotr, widząc jak Weronika się zasmuciła Kupi się coś innego, jakoś damy radę, zresztą to tylko rzeczy. Chodź do auta, śnieg sypie, ciemno, a droga ciężka.

Przez resztę drogi Weronika milczy. Co teraz, ma się złościć na Piotra, że bagażnik był źle zamknięty? Samochód już stary, zamek też Próbowała nie myśleć o tym, a zaraz łzy napływały jej do oczu. Oszczędzała, tyle wyrzeczeń jak się tu nie wzruszyć? Czemu zawsze coś jej się nie udaje? Wiadomo bywa gorzej, ale przecież i tak przykro. I jeszcze przypomniała sobie o prezencie dla babci Piotra pięknym, puszystym kocu, który również był w bagażniku. Łzy ciekły jej jeszcze bardziej.

Do wsi dojeżdżają grubo po północy. Myśleli, że babcia Zofia już zasnęła i nie czeka. Ale nad gankiem świeci się jasno lampka, a z domu zaraz wybiegła babcia, razem z sąsiadką Haliną.

W końcu jesteście, chwała Bogu! Babcia rzuca się do wszystkich po kolei z uściskami Weroniczko, Piotrusiu, wy moje złote, już myślałyśmy, że coś się stało! Piotrze, a gdzież to Antek z Majką? O, są, są moje kochane dzieciaki, dzięki Ci Boże, wszyscy cali!

Babciu, przecież wszystko w porządku, co się tak przejęłaś? Piotr przytula ją do siebie Chodźmy do domu, śnieg sypie, a ty tylko w płaszczyku, zaraz się przeziębisz. Czemu się tak martwiłaś?

Babcia machnęła ręką. Cały wieczór tu z Haliną za was się modliłyśmy, ale ty się nie śmiej. Dziś miałam widzenie, Piotrze, jakbym na jawie widziała Za dnia zdrzemnęłam się i śni mi się, że wasz samochód wpada w poślizg i dzieje się nieszczęście! Obudziłam się cała mokra od potu, przez cały dzień miałam złe przeczucie, niepokój. Wtedy Halina przyszła: Twoi jeszcze nie wrócili? Jej syn już z rodziną przyjechał.

Ja jak nie ja, z trudem jej opowiedziałam, co widziałam. Halina od razu: Niedobrze, trzeba się modlić! No i całą noc błagałyśmy Boga, i do świętego Mikołaja, żeby was uchował. Może pomógł najważniejsze, że dotarliście cało i zdrowo! Nie wiem, czym was wykupiłyśmy, ale dzięki Bogu, wszyscy moi kochani są razem!

Masz rację, babciu przytaknęli Weronika i Piotr A jeśli ktoś znalazł nasze rzeczy i się ucieszył, to niech mu na zdrowie. Może bardziej ich potrzebował.

Sylwestra spędzili w dużej rodzinie przy zastawionym stole. Domowe ziemniaki, kiszone ogórki, śledź w pierzynce, pieczona gęś palce lizać! I oczywiście legendarne babcine pierogi. Antek i Majka cały wieczór podkradali jeszcze ciepłe pierogi z garnka przy piecu, więcej im nie było trzeba! W dzień szaleństwa na górce z wiejskimi dzieciakami. Wszystkim oczy się już kleją, ale nie chcą spać zaraz północ, trzeba zobaczyć, jak Mikołaj zostawi prezenty pod choinką!

Babcia Zofia śmieje się, obejmuje prawnuki swoje i Haliny. Jakie to szczęście, że są wszyscy razem! To najważniejsze.

A w zapomnianej przez świat wioseczce, wśród zaledwie trzech domów, za stołem zastawionym prostym jedzeniem siedziały dwie starsze siostry: Jadwiga i Wiesia, a razem z nimi sąsiad dziadek Marian. Ich życie jeszcze się toczyło. Radzili sobie jak mogli bliskich już nie było. Latem to jeszcze jakoś, ogródek, grządka, ale zimą ciężko, zimno, brak sił.

Ale staruszkowie trzymali się razem, to najważniejsze nie być samemu. Dziadek Marian przyniósł choinkę, na stole proste, ale swojskie potrawy. A w południe Marian poszedł do lasu zebrać chrust do pieca. Związał suchą gałąź, patrzy, a przy drodze coś wystaje ze śniegu.

Podszedł Marian, pociągnął za rączki torba. Otwiera, a tam cuda: czerwona ikra, rybka, mięso, a na dnie torby ciepły biały koc, mięciutki jak śnieg. Rozejrzał się pusto. Położył torbę na sanki i wrócił do domu. Rozłożył przed Jadwigą i Wiesią koc, piec rozpalony, potrawy na stole.

Myślałam, że już nigdy w życiu nie zjem takich smakołyków zachwyca się Wiesia.

I ja nie wierzyłam, że coś takiego mnie spotka potakuje Jadwiga.

To chyba sam Pan Bóg nam zesłał na stare lata nagrodę. Może jeszcze pożyjemy, zobaczymy, co dla nas przygotował podsumował dziadek Marian.

Nie warto żałować utraconych rzeczy. Może Bóg pomógł, pozwolił wykupić się od większego nieszczęścia. Cieszmy się tym, co najważniejsze tym, co mamy.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

15 + 5 =

Igorze, bagażnik się otworzył! Zatrzymaj auto! – krzyczała Marzena, już rozumiejąc, że wszystko prze…