Słuchaj, historia jak z filmu, nie uwierzysz! Staszek, bagażnik się otworzył! Zatrzymaj auto! wołała Wioletta, ale już wiedziała, że po wszystkim. Cały bagaż wysypał się wprost na drogę ekspresową, a auta za nimi pewnie nic nie zauważyły.
I te prezenty i smakołyki, na które odkładali przez ostatnie dwa miesiące! Czerwona ikra, łosoś, szynka z dojrzewalni, cała masa przysmaków, które kupują tylko na największe uroczystości. Torby z delikatesami i prezentami położyli specjalnie na górze, żeby się nie zgnietli. Nazbierali tego sporo jechali na całe święta do babci Staszka na wieś pod Przemyślem.
Na trasie korek, jak to przed świętami każdy wyjeżdża z miasta. Samochody suną jeden za drugim, szału z prędkością nie ma, ale zatrzymać się z miejsca też trudno. To, co wypadło, raczej przepadło…
Dzieciaki z tylnego siedzenia rozkleiły się na widok zmartwionej mamy i też popłakały. Wioletta próbowała je uspokoić, a Staszek przyhamował, zjechał na pobocze i stanęli. Tliła się jeszcze nadzieja może torby poleciały gdzieś na bok drogi. Przeszli kawałek poboczem wstecz, ale na próżno nie było sensu szukać, tylko czas by stracili.
Daj spokój, nie przejmuj się nie ma, to nie ma, kupimy coś innego, rozumiesz? A nawet jak nie, co tam, damy radę mówi Staszek, widząc Wiolettę na granicy płaczu. To tylko rzeczy, chodź już, bo taki śnieg sypie i ciemno, a droga jeszcze przed nami.
Przez całą resztę drogi Wioletta milczała. No co, ma teraz robić wyrzuty Staszkowi, że bagażnik źle zamknął? Stare auto, zamek ledwo trzyma, to się otworzył. Raz próbowała nie myśleć o tym, raz znowu łzy napływały jej do oczu ciągle coś, zawsze jej pech prześladuje! Oszczędzała miesiącami, żeby kupić te rarytasy Najbardziej zabolało, jak przypomniała sobie o prezencie dla babci Staszka piękny, puszysty, ciepły pled też wyleciał z bagażnika.
Dotarli na wieś dobrze po północy. Byli przekonani, że babcia Maria już się poddała i poszła spać. Ale nad gankiem świeciła mocna żarówka, a z domu wybiegła babcia razem z sąsiadką, panią Zosią.
O, dojechali, dzięki Ci, Panie Boże! Babcia całuje wszystkich po kolei Wioletta, Staszek, nareszcie jesteście! Staszek, kochanie, gdzie dzieci? O tu moje skarby! Dopiero teraz mogę spokojnie oddychać!
Ale babciu, czemu się tak stresowałaś? Staszek przytulił babcię. Chodźmy do domu, śnieg wali, zaraz zamarzniesz w samym płaszczu!
Babcia zarzuciła ręką Dziecko, my tu z Zosią całą wieczność się za was modliłyśmy, nie śmiej się Może nie wierzysz, ale miałam dziś widzenie, jak na jawie. Drzemnęłam po obiedzie, a tu śni mi się, że wasz samochód z drogi wypada, nieszczęście się dzieje! Obudziłam się cała spocona, wiedziałam, że coś złego wisi w powietrzu. Przychodzi Zosia, jej rodzina już na miejscu pytam się jej, czy coś o was wie? A sama nie byłam w stanie nawet słowa wydusić, opowiedziałam jej to swoje złe przeczucie.
Zosia od razu: Trzeba się za nich modlić, może jeszcze nie za późno No i we dwie cały wieczór odmawiałyśmy różaniec, prosiłyśmy Matkę Boską i świętego Mikołaja, żebyście szczęśliwie dotarli. Nie wiedziałyśmy, jak was wykupić od nieszczęścia, chyba się udało, bo jak widzę was wszystkich zdrowych, to serce się cieszy!
Masz rację, babciu przytaknęli Wioletta i Staszek A jeśli nasze prezenty znalazł ktoś inny, to może komuś przydadzą się bardziej.
Nowy Rok świętowali w wielkim gronie przy suto zastawionym stole. Pachnące, tłuczone ziemniaczki od babci, kiszone pomidory i ogórki spod ręki Zosi, śledzik pod pierzynką i pieczona gęś palce lizać! No i legendarne drożdżówki babci Marii. Janek i Krysia przez cały wieczór podkradali ciepłe bułki spod kuchennego pieca, więcej im do szczęścia nie było trzeba! W dzień ganiali z dzieciakami po sąsiednich podwórkach, a oczy im się kleją, ale trzymają się do północy, bo przecież trzeba zobaczyć, jak Mikołaj podrzuca prezenty pod choinkę!
Babcia Maria śmieje się, tuli prawnuki swoje i te Zosi. Szczęście, naprawdę! To jest najważniejsze.
A w zapomnianej przez Boga wiosce, trzy domy dalej, przy prostym stole siedziały dwie stare babuszki Janina i Weronika, siostry, oraz ich sąsiad, dziadek Władysław. Radzili sobie, jak umieli najbliższej rodziny brak. Latem, to jeszcze jakoś się kręci: ogródek, parę warzyw. Zimą trudniej, zimno, starzy ludzie ledwo dają radę.
Ale trzymali się byli razem, to najważniejsze. Dziadek Władysław przyniósł nawet małą choinkę, na stole trochę podgrzanego bigosu i śledź, prosto, ale po domowemu. Przed obiadem poszedł jeszcze do lasu z saneczkami po suche drewno, spojrzał coś wystaje z zasp śniegu przy drodze.
Podszedł, pociągnął za pasek torba! Otwiera ją, a tam same cuda! Czerwona ikra, ryby, mięso, a na dnie piękny, biały, puszysty pled cieplutki i mięciutki jak śnieg. Rozejrzał się nikogo nie ma. Włożył torbę na sanki, przyniósł do domu. Rozłożył pled przed Janiną i Weroniką, napalił w piecu. Janina z Weroniką wniosły potrawy na stół.
Myślałam, że nigdy już w życiu takich smakołyków nie spróbuję mówi Weronika.
Też nie wierzyłam, że taki cud się trafi odpowiada Janina.
Pewnie, to Pan Bóg nam zesłał, może to nagroda za nasze życie. Może jeszcze trochę pożyjemy, żeby zobaczyć Jego świat i się nacieszyć podsumował dziadek Władysław.
Wiesz, czasem nie ma co się za bardzo przejmować zgubionymi rzeczami. Może właśnie tak miało być, może los pozwolił zapłacić za coś gorszego, co mogło się wydarzyć. Trzeba się cieszyć tym, co najcenniejsze sobą nawzajem.



