Drogi pamiętniku,
Wszystko zaczęło się wtedy, gdy z głośnym trzaskiem otworzył się bagażnik. Piotrze, bagażnik! krzyknęłam, a w głębi duszy wiedziałam już, że to koniec. Torby i paczki wysypały się na trasę, a samochody pędzące za nami pewnie nie dostrzegły ich w porę.
Nasze prezenty, smakołyki i wszystko, na co z Piotrem odkładaliśmy przez ostatnie dwa miesiące! Kawiory, łosoś, drogie wędliny wszystko to, co pojawiało się u nas tylko podczas świąt. Najważniejsze torby leżały na wierzchu, by się nie pogniotły. Mieliśmy cały bagażnik wypchany po dach, bo jechaliśmy do babci Piotra na cały świąteczny okres do wsi pod Olsztynem.
Na trasie korek każdy chciał uciec z miasta. Samochody trzymają się blisko, jeden za drugim, nikt nie jechał szybko. Zatrzymać się od razu było trudno, a więc to, co wypadło… raczej przepadło.
Dzieci na tylnym siedzeniu płakały patrząc na moją zrozpaczoną minę próbowałam je uspokoić, a Piotr wreszcie zjechał na pobocze, zahamował i zatrzymaliśmy się. Jeszcze łudziłam się, że może wszystko pofrunęło na bok, ale kiedy przeszliśmy wzdłuż drogi, było już jasne szukać nie ma sensu. Nie ma co tracić więcej czasu.
Daj spokój, Magdaleno powiedział Piotr, widząc jak ściskam łzy. Nie ma, to kupimy nowe. Albo i bez tego święta się obejdą. Najważniejsze, że wszyscy zdrowi. Chodź do auta, zobacz jak śnieg sypie, ciemno, droga ciężka.
Do końca jazdy nie mogłam się uspokoić. Nie miałam nawet żalu do Piotra, że niedokładnie zamknął stary zamek w naszym gratach Renault. Owszem, oszczędzałam na te wszystkie prezenty, cieszyłam się z każdego smakołyka, a tu takie rozczarowanie. Dlaczego mnie to ciągle spotyka? Oczywiście bywa gorzej, ale jak nie mieć żalu? Jeszcze przypomniałam sobie, że wśród zgub był piękny, ciepły pled dla babci Jadwigi. I znów łzy napływały do oczu.
Dojechaliśmy do wsi grubo po północy. Pewna byłam, że babcia śpi, a pod gankiem jasno. Z chaty wybiegła babcia z sąsiadką Haliną.
Nareszcie jesteście, dzięki Ci Panie Boże! Madziu, Piotrusiu, a gdzież wasze dzieciaki? A tu moje kochane wnuki, jesteście zdrowi, cała Polska potwierdziła!
Babciu, wszystko w porządku, nie martwcie się Piotr objął babcię. Chodźmy już do domu, śnieg zacina. Tylko w płaszczu wyszłaś, przecież zimno!
Babcia tylko machnęła ręką. Cały wieczór z Halinką modliłyśmy się za was. Ty się śmiej, ale miałam proroczy sen śniło mi się, że macie wypadek, aż zimny pot mnie oblał. Cały dzień miałam złe przeczucia. Halina przyszła, zapytała, czy już dotarliście, a jej zięć z rodziną już był na miejscu. Ja nie mogłam słowa z siebie wydusić, bałam się najgorszego.
Módlmy się powiedziała Halina. Cały wieczór błagałyśmy Pana Boga i świętego Antoniego, żebyście dojechali bezpiecznie. Co tam prezenty najważniejsze, że wszyscy żywi i zdrowi!
Spojrzałam na Piotra i powiedziałam: Babciu, masz rację. Może te wszystkie nasze smakołyki komuś bardziej się przydały.
Sylwestra spędziliśmy w rodzinnym gronie za stołem suto zastawionym ziemniakami, kiszonymi ogórkami, solonymi pomidorami i śledziem pod pierzynką. Do tego pieczona gęś i babcine pierogi dzieciaki, Wojtek i Celinka, przez cały wieczór tylko przynosiły z kuchni kolejne porcje. Cały dzień na sankach z dzieciakami sąsiadów spędzili tylko czekali, kiedy Mikołaj zostawi prezenty pod choinką.
Babcia Jadwiga tuliła wnuki, prawnuki szczęście największe, że wszyscy razem.
A w oddalonej, zapomnianej wiosce pod Giżyckiem, gdzie zostały tylko trzy domy, Sylwestra obchodzili dwie siostry, Zofia i Wiktoria, oraz ich sąsiad, pan Stanisław. Życie łatwe nie było, rodziny brak, zimą ciężko, tylko na siebie mogli liczyć.
Jak to starsi ludzie, trzymali się razem. Pan Stanisław zniósł choinkę, a na stole choć skromnie, to wszystko, co mieli. Przed obiadem pan Stanisław poszedł do lasu nazbierać chrustu na opał. I wtedy zobaczył wystającą z zasp coś dziwnego.
Zaciekawiony pociągnął za rączki torba. Otworzył, a w środku: kawior, rybka, wędliny, a na samym dnie biały, mięciutki, ciepły pled. Rozejrzał się nikogo w pobliżu. Załadował wszystko na sanki i przywiózł do domu. Rozłożył pled przed Zofią i Wiktorią, zapalił piec. Siostry wystawiły na stół wszystko, co mieli.
Nie sądziłam już, że doczekam takich frykasów w życiu dziwiła się Wiktoria.
I ja nie wierzyłam, że taki cud nas jeszcze spotka odpowiedziała Zofia.
Pewnie Pan Bóg nam zesłał, może za stare grzechy odpuszczenie. Może i jeszcze trochę tu pobędziemy, pożyjemy i ludzi się naoglądamy podsumował pan Stanisław.
Nie ma co żałować tego, co się straciło. Może właśnie w ten sposób los pozwolił nam ominąć coś znacznie gorszego. Powinniśmy cieszyć się tym, co mamy najcenniejszego sobą i rodziną.



