Rok się kończył, a ja stałam na poczcie w Białymstoku z plikiem potwierdzeń przelewów i czekałam, aż pani w okienku potwierdzi moją tożsamość.
— Pani Marzena Lipska? — spytała, zerkając w dowód.
— Tak.
— Dwa tysiące osiemset do Władysława Lipskiego, jak zwykle?
Jak zwykle. Od jedenastu lat, co miesiąc, pierwszego dnia po wypłacie. Dwa tysiące osiemset złotych. Za mieszkanie na Słonecznej, w którym nie mieszkam od jedenastu lat, ale które dalej jest na moje nazwisko. Bo tak się umówiliśmy z Władkiem, kiedy się rozchodziliśmy: ja zostawiam mu lokal, on spłaca moją część. Miało trwać dwa lata. Trwa jedenaście.
Nie chodziło nawet o pieniądze. Chodziło o to, że za każdym razem, gdy wypełniałam ten przekaz, czułam, jak coś we mnie sztywnieje. Jakby ktoś skręcał kurek.
Tego dnia, na poczcie, obok mnie stała kobieta z wózkiem. W wózku spało dziecko, a z kurtki kobiety zwisała smycz, na końcu której psa nie było. Rozejrzałam się — pies siedział pod ławką i patrzył na drzwi. Kobieta wzięła ode mnie długopis, bo jej się skończył. Pachniała wilgocią i mlekiem.
— Mąż? — spytała, wskazując przelew.
— Były.
— Mój też. Tylko mój nie płaci.
Zaśmiała się krótko i poszła. A ja zostałam z tym zdaniem w głowie: „mój nie płaci”. Przecież ja też nie płacę Władkowi nic. To on mi płaci. Co miesiąc, od jedenastu lat, powolutku, jakby chciał, żeby ta druga połowa mieszkania nigdy się nie skończyła.
Wyszłam na mróz i dopiero przy samochodzie zobaczyłam, że dalej trzymam jej długopis.
Wieczorem zadzwonił Władek. Nie „cześć”, nie „jak się masz”. Od razu:
— Słuchaj, chciałbym w końcu zamknąć temat mieszkania. Mam kupca. Proszę cię tylko, żebyś podpisała darowiznę na moją mamę. Resztę długu spłacę ci szybciej, słowo.
Darowiznę. Na mamę. Jego mama, pani Jadwiga, miała wtedy osiemdziesiąt dwa lata i mieszkała w Hajnówce. Gdyby dostała mieszkanie w darowiźnie, dług byłby między mną a nią. A jej spłacać nie musiałby nikt, bo darowizna to nie sprzedaż. Rozumiałam to od razu, bo pracowałam kiedyś w biurze rachunkowym i takie sztuczki widziałam nieraz.
Słuchałam, jak Władek tłumaczy, że tak będzie lepiej dla wszystkich, że przecież mi ufa, że mama i tak by nam tego nie zabrała. Mówił składnie, ciepło, jak wtedy, gdy przekonywał mnie, żeby wziąć ślub w urzędzie, bo w kościele to tylko koszt.
— Pomyśl do jutra, dobrze? — zakończył.
Nie pomyślałam. Poszłam do kuchni, wyjęłam z szafki karton po butach, a z niego segregator. W segregatorze miałam wszystko: umowę podziału majątku, potwierdzenia przelewów, jego pismo sprzed lat, że zrzeka się roszczeń do mojej części. Teraz chciał, żebym mu ją oddała, tylko inną drogą.
Zadzwoniłam do kancelarii notarialnej przy Lipowej, tej z żółtą tablicą, otwartej nawet w soboty. Umówiłam się na środę, na jedno spotkanie. Postanowiłam, że więcej wizyt nie będzie — albo załatwię to za jednym razem, albo w ogóle.
Na spotkanie przyszłam z panią Magdą, księgową z mojej firmy. Nie dlatego, że trzeba. Po prostu chciałam, żeby ktoś usłyszał, co powiem na głos, zanim powiem to Władkowi.
— Chcę, żeby całe mieszkanie na Słonecznej wróciło do mnie — powiedziałam notariusz. — Po jedenastu latach płacenia rat chcę reszty. Władek ma spłacić całą zaległość od razu. Jeśli tego nie zrobi, sprzedam swoją połowę komuś obcemu, jeszcze w tym miesiącu.
Notariusz, kobieta może pięć lat starsza ode mnie, odłożyła dokumenty, które przeglądała.
— To możliwe — powiedziała. — Ale niech pani wie: obcy kupiec współwłasności to najczęściej fundusz albo pośrednik, który potem będzie ją, i pani byłego męża, zmuszał do sprzedaży całości przez sąd. To nie jest pusta groźba. To realne narzędzie.
Poprosiłam o wzór pisma: ostateczne wezwanie do zapłaty całej zaległości w terminie czternastu dni, z zastrzeżeniem, że po tym terminie wystawię swoją część na sprzedaż osobie trzeciej. Podpisałam je tam, na miejscu, ręką, która nie drżała, chociaż wcześniej się tego bałam.
Pismo wysłałam kurierem tego samego dnia, żeby Władek nie mógł potem twierdzić, że go nie dostał.
Zadzwonił trzeciego dnia, wieczorem, kiedy zmywałam naczynia.
— Ty naprawdę byś to zrobiła? Sprzedała obcemu?
— Już to zrobiłam, Władek. Wysłałam wezwanie. Masz czternaście dni.
— To szantaż.
— To jest to, co ty robiłeś przez jedenaście lat, tylko ja robię to raz i na piśmie.
Zamilkł na chwilę. Słyszałam w tle telewizor, jego matkę pytającą, kto dzwoni.
— Nie mam takich pieniędzy od ręki — powiedział w końcu ciszej.
— To weź kredyt, sprzedaj to swojemu kupcowi w całości, ze mną jako współwłaścicielką, i wypłać mi moją część u notariusza. Wszystko jedno jak. Ale nie dostaniesz darowizny, nie dostaniesz przedłużenia, nie dostaniesz mnie w roli kogoś, kto czeka.
— A jeśli powiem, że nie mam wyjścia i się zgodzę na sprzedaż całości?
— To będzie pierwsza mądra rzecz, jaką zrobiłeś od jedenastu lat.
Odłożył słuchawkę bez pożegnania. Nie zadzwonił nazajutrz, ani przez tydzień. Dwunastego dnia przyszedł SMS od jego kupca, którego numer Władek kiedyś zostawił mi „na wszelki wypadek": termin u notariusza, sprzedaż całego mieszkania, moja część do wypłaty przelewem w dniu podpisania aktu.
Stanęłam w tej samej kancelarii przy Lipowej dwa tygodnie później. Władek przyszedł w garniturze, którego nie widziałam od naszego ślubu, o dziwo pasującym mu gorzej niż wtedy. Nie patrzyliśmy na siebie długo — tyle, ile trzeba, żeby się przywitać.
Notariusz odczytała akt. Kwota, która padła jako moja część, była wyższa, niż się spodziewałam, bo ceny na Słonecznej poszły w górę, odkąd zbudowali tam nową linię autobusową. Podpisałam pełnym imieniem i nazwiskiem, jak dawniej: Marzena Lipska.
Po wyjściu z kancelarii Władek został na chodniku, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Zaczekałam, bo należało mi się to zamknięcie.
— Mama pytała, czy teraz zamieszkamy… no, że może byś wróciła do rozmów — powiedział. — Nieważne. Wiem, że to głupie.
— Wiesz — powiedziałam. — I dobrze, że wiesz.
Poszłam do samochodu. Na siedzeniu leżał wciąż ten sam długopis z poczty, którego nigdy nie oddałam tamtej kobiecie z wózkiem. Włożyłam go do schowka, obok potwierdzenia przelewu, które w końcu było przelewem na moje konto, nie z niego.
Pierwszego dnia następnego miesiąca nie stałam już w kolejce na poczcie. Zamiast tego poszłam do kina, sama, na film, który wybrałam tylko dlatego, że zaczynał się o dziewiętnastej, w porze, w której kiedyś wypełniałam przekaz. Kupiłam bilet swoim nazwiskiem, bez wahania.



