Drogą życia
Hania zawsze była samodzielnym i posłusznym dzieckiem. Rodzice pracowali od rana do wieczora, a ona po szkole odgrzewała zupę, jadła i odrabiała lekcje. Czasem sama gotowała makaron. Tak było już od pierwszej klasy.
Gdy była w maturalnej, do szkoły przyszli na praktyki studenci. Lekcje historii prowadził wysoki, poważny Dominik Andrzejewski, w okularach i szarym garniturze. Chłopaki nazywali go kujonem, śmiali się z niego i próbowali przeszkadzać na lekcjach. Pod koniec jednak słuchali go z otwartymi ustami. Opowiadał historię jak nikt przed nim. Zadawał pytania, zmuszał do myślenia, prosil o opinie i proponował inne scenariusze wydarzeń.
Chłopcom płonęły oczy. Po raz pierwszy mogli wyrażać swoje zdanie, zmieniać bieg historii, choć tylko teoretycznie. Dominik Andrzejewski studził ich zapał, gdy zaczynali bujać w obłokach. Czekali na jego lekcje i nigdy ich nie opuszczali.
Hania podczas zajęć nie spuszczała z Dominika zakochanego wzroku. Zaczęła czytać książki historyczne, by też brać udział w dyskusjach. Pewnego dnia zdobyła się na odwagę i wyraziła swoją opinię. Dominik ją pochwalił, powiedział, że gdyby reforma poszła jej śladem, żylibyśmy w innym społeczeństwie. Ale wyjaśnił, że w tamtych czasach nie było to możliwe.
– Niestety, historii nie można przepisać, można tylko zmienić podręczniki, akcentując wybrane wydarzenia – powiedział znacząco.
Potem jego praktyki się skończyły, a Hania straciła zainteresowanie historią. Pewnego dnia wracając ze szkoły, zobaczyła idącego w jej stronę Dominika Andrzejewskiego.
– Witaj, Haniu – przywitał się.
Pamiętał jej imię! Serce Hani podskoczyło z radości.
– Idzie pan do szkoły? Lekcje już się skończyły – powiedziała zmieszana.
– Nie, chciałem cię spotkać.
Hania szeroko otworzyła oczy i poczerwieniała.
– Wracasz do domu? Mogę cię odprowadzić.
Szli razem, a on wypytywał ją o szkołę, przyjaciół, plany na studia.
– Nie na historię? Wydawało mi się, że się nią zainteresowałaś. Mam dużo ciekawych książek, mogę ci pożyczyć.
Hania zamarła ze szczęścia. Zapraszał ją do siebie? Nie Olę Nowak, najładniejszą dziewczynę w klasie, ale ją, Hanię Kowalską, Kowalik, jak czule nazywał ją tata. Bała się na niego spojrzeć.
– Dziękuję, ale wybieram ekonomię… – wydukała. – Ale książki chętnie bym przeczytała.
– Dobrze. Następnym razem przyniosę ci kilka, wybiorę według własnego uznHania uśmiechnęła się, patrząc na Dominika, i wreszcie zrozumiała, że to właśnie teraz, w tej chwili, zaczyna się jej prawdziwa historia.



