Dziś znów patrzyłam przez okno. Podwórko było puste, tylko przysypany śnieg błyszczał resztkami fajek sylwestrowych, a na nagich gałęziach krzewów powiewały strzępki lampek. Całe miasto wydawało się wymarłe – wszyscy spali po długiej sylwestrowej nocy. A ja czułam w środku taką samą pustkę.
Jak mogłam się tak pomylić? Dlaczego nie wyczułam tej obłudy? Teraz wszystko stało się jasne, ale wtedy… Krzysztof wydawał się mądry, kochający, trochę zraniony przez ojca. Tak, właśnie „wydawał się”. A ja uwierzyłam, że mnie kocha.
Drzwi wejściowe zaskrzypiały, a ja drgnęłam. Miałam przygotowaną przemowę, ale nagle wszystkie słowa wyleciały mi z głowy. Za plecami ucichły kroki. Czekałam napięta, wstrzymując oddech. Ciepły oddech Krzysztofa musnął mój kark.
„Aniu” – szepnął, pochylając głowę ku mojemu ramieniu. Odsunęłam się. „Dalej się na mnie gniewasz?” – zapytał słodkim tonem. „Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Tak na ciebie patrzył. Zalała mnie zazdrość.” Czekał na odpowiedź, ale milczałam.
„To twoja wina. Uśmiechałaś się, przytulałaś, nie spuszczałaś z niego oczu. Nie mogłem tego znieść.”
„Nie zmyślaj. Po prostu tańczyliśmy” – odparłam zimno.
„Przepraszam. Zazdrosny byłem. To normalne, gdy się kocha.” Próbował mnie obrócić, ale wzruszyłam ramionami, zrzucając jego dłonie.
„Aniu, no przecież. Już przeprosiłem” – powiedział ugodowo.
„Nie mnie powinieneś przepraszać.” W końcu na niego spojrzałam i znów odwróciłam głowę.
„Pojechałem do szpitala, przeprosiłem tego twojego marynarza.” W jego oczach błysnęła złość. Nie widziałam tego. Wciąż patrzyłam w okno. „Nie złożył na mnie donosu, wypuścili mnie. Zapomnijmy o tym. Jak wyjdzie, zaprosimy go, wypijemy za zgodę.”
Obróciłam się gwałtownie.
„Nas? Zapomnieć? Wypijemy? Nie ma żadnego 'nas’. I nie będzie. Zostaw klucze i wynoś się.”
„Tak? To jego tu przyprowadzisz?” – Słodki ton znikł, teraz mówił ostro, ze złością.
„Wynoś się. Nie chcę cię widzieć. Oszmukowałeś mnie.” Choć starałam się panować, gniew przebijał przez słowa.
„Powinienem i ciebie nauczyć rozumu, nie tylko jego. Pamiętasz, co mi mówiłaś?” – Ścisnął mnie mocno za ramię, przyciągnął do siebie. W jego oczach zobaczyłam nienawiść.
„Puść, bolisz” – wyszeptałam.
„Tyle czasu na ciebie zmarnowałem. Nie, kochanie, nigdy się mnie nie pozbędziesz. Wyjdziesz za mnie!” – Wolną ręką sięgnął do karty i wyciągnął pierścionek. „Nie zdążyłem ci go dać.” Podniósł moją dłoń, chcąc go nałożyć. Szarpnęłam się, ale ścisnął mnie jeszcze mocniej.
„Puść! Nie wyjdę za ciebie!” – Łzy popłynęły mi po twarzy.
„Wyjdziesz, jeśli chcesz, żeby twój marynarz był cały i zdrowy.”
„Nie odważysz się!”
„O, jeszcze jak…”
***
„Jutro wyjeżdżam” – powiedział Tomek.
Lubił mnie. Bardzo. Ale bał się powiedzieć, że odchodzi. Dopiero zaczynaliśmy się spotykać.
„Gdzie?”
„Gdańsk. Dostałem się do akademii morskiej. Przepraszam, że nie mówiłem. Nie byłem pewny.”
„Będziesz dzwonić?” – zapytałam urażona, patrząc w podłogę.
„Nie dąsaj się. Muszę jechać. Nie mamy tu morza. Aniu, nie chcę, żebyś czuła się zobowiązana czekać. Studia będą długie, potem rejsy – po pół roku i dłużej. Nie wiesz, jak to jest – czekać.”
„Nie decyduj za mnie” – podniosłam głowę.
„Aniu, ty też będziesz studiować. Na uniwerku jest pełno chłopaków…”
„To sobie jedź!” – krzyknęłam, odwracając się.
„Aniu!” – Chciał mnie dogonić, ale się zawahał.
Stał chwilę, po czym powlókł się do domu.
Jak bardzo się ucieszyłam, gdy przyjechał na święta! Chodziliśmy do kina, na spacery. Opowiadał o mieście, o studiach, o morzu. A ja słuchałam i marzyłam, żeby mnie pocałował.
Ale tylko musnął policzek i odszedł. Następnego dnia wrócił do akademii.
Tak, na uczelni było wielu chłopaków. Zabiegali o uwagę. Ale nikogo nie chciałam. Tomek dzwonił rzadko, pytał o studia. Gdy tylko wspomniałam, że tęsknię, szybko kończył rozmowę.
Wiosną zmarła ciotka ojca. Jej mąż odszedł wcześniej. Był partyjnym działaczem, zawsze na stanowiskach. Nie mieli dzieci. Za życia nie utrzymywali kontaktów z rodziną. Pewnie bali się, że będą prosić o pomoc.
Dlatego ojciec był zaskoczony, gdy okazało się, że zostawiła mi swoje duże mieszkanie w centrum. Ledwo ją znałam. Najpierw nie wierzył, potem się ucieszył.
„Mieszkanie ogromne, w samym centrum. Nie trzeba remontu. Jak wyjdziesz za mąż, będziecie tam żyć” – marzyła mama.
Postanowiłam nikomu na uczelni nie mówić o mieszkaniu. Po co wzbudzać zazdrość? Ale się wygadałam. Jedni zazdrościli, drudzy nazwali mnie zarozumialcem. A przewodniczący grupy spytał, czy można urządzać tam imprezy.
Na drugim roku poznałam starszego studenta – Krzysztofa Nowaka. Pewnego dnia podszedł do mnie w stołówce. Zaczęliśmy się spotykać. Tomek był daleko, nie prosił, żebym czekała. W Gdańsku też są dziewczyny. Czy on tam z nikim nie jest?
„Nowak… To nie syn wicemarszałka?” – spytał ojciec.
„Nie wiem” – wzruszyłam ramionami.
„Zapytaj. Chłopak w porządku, godny kandydat.”
Potraktowałam to jak żart. Ale spytałam.
„Tak. Nie mówiłem nikomu. Skąd wiesz?”
„Nie ja, ojciec. Spodobałeś mu się.”
„Twój ojciec jest w porządku. A mój… Nie wytrzymam. Chcę tylko skończyć studia i uciec. Wynajmę mieszkanie i wyprowadzę się od nich.”
Wieczorem zapytałam ojca, czy możemy wynająć mieszkanie ciotki.
Gdy usłyszał komu, od razu się zgodził.
„Niech mieszka. Niech płaci – i tak nie biedny.”
Krzysztof się ucieszył. Podniósł mnie, zakręcił, całował.
„Jesteś prawdziwą przyjaciółką, Aniu. Co bym bez ciebie zrobił. Tylko muszę pogadać zTomek wrócił z morza na stałe, kupiliśmy mały dom nad brzegiem Bałtyku, a tamto mieszkanie w Warszawie zostało tylko wspomnieniem trudnej lekcji, która w końcu doprowadziła mnie do prawdziwego szczęścia.



