Dzisiejszy wpis budzi we mnie dziwną zadumę. Ta Stasia to dopiero! Szepcze tak znacząco, wskazując głową na posesję naprzeciwko. „Małgoś, popatrz tylko na niego! O, to dopiero mąż jak trzeba! Co tydzień żonie kwiaty przynosi, samochód wymył dziś o świcie, żeby Sławkę do pracy odwieźć. A twój gdzie?”
Mieszam machinalnie rosół w garnku, nie odrywając oczu od płyty. Za oknem, rzeczywiście, widać Tomasza z siódmego domu, jak z namaszczeniem sadzi rozsadę pomidorów, a na pobliskiej ławce leży bujet ognistych róż.
„Stasia, daj spokój” mówię znużona. „Każdy swoje życie ma.”
„Jakie swoje?!” oburza się sąsiadka, przysiadając przy kuchennym stole. „Przypatrz mu się uważnie! Działek jak z pocztówki, żonę ubóstwia, wnuki co weekend wozi na rowerach. A ta Sławka to jak chodzi uszczęśliwiona! Wczoraj spotkałam ją pod sklepem, to pół godziny prawiła, jak Tomek wieczorami robi jej masaż stóp.”
Skrzywiłam się. Tomasz Nowak naprawdę był wzorowym mężem. Mówiły o tym wszystkie sąsiadki, wiedziała o tym cała ulica. Jako pierwszy odgarniał śnieg nie tylko przed swoim domem, ale i u emerytów obok. Pomagał naprawiać płoty, pożyczał narzędzia, nigdy nie podniósł głosu na żonę.
„A mnie co z tego?” Gaszę palnik i odwracam się do Stasi. „Mój Władek też dobry człowiek.”
Walentyna prychnęła.
„Dobry! Wczoraj o jedenastej wieczorem muzykę puścił na cały regulator, moja wnuczka się obudziła i ryczała do rana. A przedwczoraj jego auto całą drogę zajechało, Piotrowicz ledwo się przecisnął.”
„Akurat humor mu nie dopisał” broniłam go, choć sama doskonale wiedziałam, że tłumaczenia brzmią słabo.
Władek i prawda nie był ideałem. Potrafił zapomnieć o urodzinach, zostawić brudne naczynia w zlewie na tydzień, przepuścić pół pensji na wędkarski sprzęt. Ale kochałam go takim, jakim był. Kochałam jego niezdarne próby przyrządzenia śniadania, gdy byłam chora. Kochałam, jak pochrapywał przez sen. Kochałam nawet jego nawyk rozrzucania skarpet po całej sypialni.
Po odejściu sąsiadki wyszłam do ogródka podlewać ogórki. Przez płot dobiegała cicha rozmowa Tomasza z żoną.
„Sławusiu, może ci krzesło przyniosę? Nie klękaj, krzyż nadwyrężysz.”
„Nie trzeba, Tomku, szybko tylko truskawki sprawdzę.”
„To ja w tym czasie herbatkę zrobię. Z cytryną czy z konfiturą?”
„Z konfiturą, mój złoty.”
Niechcący nie mogłam uniknąć porównania tej rozmowy z porannym dialogiem z własnym mężem.
„Włodku, śniadanie gotowe!”
„Za chwilę!” wrzasnął z łazienki, po czym dodał: „A kawa jest?”
„Rozpuszczalna w słoiku, sama znajdziesz.”
„Ale gdzie ona tam…”
W efekcie Władek wyszedł do pracy, wypiwszy tylko herbatę, bo kawy szukać się nie chciało, a ja cały dzień miałam do siebie pretensje, że nie postawiłam mu zawczasu kubkaż na stole.
Wieczorem, układając do snu wnuczkę Martusię, która gościła na feriach, usłyszałam, jak dziewczynka wzdycha.
„Co się stało, słoneczko?”
„Babciu, a dlaczego dziadek Tomek z siódmego domu każdego dnia cioci Sławi kwiaty daje? A mój dziadek Włodek tobie nigdy.”
Przysiadłam na skraju łóżka, poprawiłam Martusi kołdrę.
„A ty byś chciała, żeby dziadek mi kwiatki dawał?”
„Bardzo! Przecież ty dobra jesteś, czytasz mi bajki i robisz pyszne pierożki. Dlaczego on ci nic nie daje?”
Z dziecięcych ust prawda brzmiała szczególnie boleśnie. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć wnuczce, pocałowałam ją więc tylko w czoło i szepnęłam: „Śpij, moja złotko”.
Następnego dnia, spotkawszy w sklepie Sławkę Nowakową, przyjrzałam się jej mimowolnie. Sławka naprawdę wyglądała na szczęśliwą kobietę. Zadbaną, w ładnej letniej sukience, z elegancką fryzurą.
„Małgośka, cześć! Jak leci?” uśmiechnęła się, wybierając pomidory.
„Spoko, a u ciebie jako?”
„Świetnie! Tomek dziś postanowi
iść będę, bo Tomek już pewnie w domu czeka, chłopak zawsze w kuchni się kręci jak coś gotuje” odpowiedziała Sławka, sięgając po koperek, a gdy jej wzrok padł na zamyśloną Małgosię, dodała cicho: czasem jednak najbardziej się ciesze, gdy ten mój „idealny” po prostu przeprosi bez kwiatów, gdy rzeczywiście czegoś nabroi.



