„Idę do młodej kobiety” – oznajmił 65-letni dziadek, pakując walizkę; wrócił po godzinie ze łzami w oczach.

Idę do młodej! oświadczył pan Stanisław, sześćdziesięciopięcioletni, pakując z zapałem walizkę. Po godzinie wrócił z oczami zaczerwienionymi od łez.

Idę do młodej! powtórzył głośno, starając się upchnąć w walizce swój ulubiony pikowany koc, ten sam, który przez lata ogrzewał mu kolana w jesienne wieczory.

Powiedział to tak, jakby ogłaszał wyprawę na Marsa lub jakieś epokowe odkrycie. Mocno, z pasją, czekając, aż jego wyznanie rozbije ciszę domu jak bomba.

Ale zamiast wybuchu była tylko… cisza. Żadnych okrzyków, żadnego słyszalnego wstrząsu.

Żona, Danuta, stała przy desce do prasowania i z namaszczeniem gładziła żelazkiem jego uroczystą koszulę. Para syczała, mieszając się z zapachem proszku do prania, łagodnie rozpraszając codzienną monotonię mieszkania.

Słyszę cię, Staszku odpowiedziała spokojnie, nie podnosząc wzroku znad koszuli. Wziąłeś ocieplane majtki? Listopad, twoja młoda nerek ci przecież nie będzie masować.

Stanisław zdrętwiał z ręką utkwioną w połowie drogi do walizki. Oczekiwał bólu, talerzy lecących w niego z szafki, płaczu, gróźb, szlochów, błagań, by nie wychodził, telefonów do dzieci. A tu pytanie o bieliznę.

Co mają majtki do rzeczy, Danusia?! jęknął czerwieniejąc na twarzy. Mówię ci o miłości! O nowym życiu! O odrodzeniu!

Upchnął koc, naparł całym ciałem na wieko i z wysiłkiem zamknął suwak. Walizka zaskrzypiała żałośnie niemal jak jego własne kolana przy schodzeniu po schodach.

Praktyczne z ciebie babsko, Danusiu! wykrzyknął z wyrzutem. W tobie wszystko takie przyziemne, nudne! A tam… tam jest lot! Energia!

A jak to się nazywa, ta twoja energia? odłożyła ostrożnie koszulę na wieszak i podała mu ją, patrząc uważnie. Czy tylko Kotku w telefonie?

Nazywa się Cecylia! wyprostował się dumnie. I to nie jest zwykła kobieta. To moja muza.

Danuta parsknęła, bo wiedziała dobrze, że jedyna poezja, jaką ceni Stanisław, to okrzyki na imieninach kolegów.

No, Cecylia… Elegancko. A ile to lat ma ta twoja muza?

Dwadzieścia osiem! wypalił, spoglądając jej prosto w oczy.

Danuta nawet odstawiła żelazko, długo patrzyła na męża, jak się patrzy na stary kredens, w którym właśnie odpadły drzwiczki.

Staszek powiedziała łagodnie, w głosie wyczuwalna była jednak stal. Masz sześćdziesiąt pięć lat, rwę kulszową od siedzenia w kiblu i dietę wątrobową.

Westchnęła.

I co ty zrobisz z dwudziestoośmioletnią Cecylią? Poezję będziesz jej czytał?

To nie twoja sprawa! warknął Stanisław, chwytając za rączkę walizki. Będziemy podróżować! Spacery w świetle księżyca! Czerpać z życia! Jeszcze jestem na chodzie!

Z szarpnięciem podniósł walizkę, która okazała się cięższa, niż sądził. W plecach aż zapiekło, lecz Stanisław zacisnął zęby, żeby nie pokazać słabości. Był przecież teraz prawie wolny.

Leków na ciśnienie nie zapomnij, casanovo rzuciła Danuta, wracając do prasowania poszewki na poduszkę. Są w górnej szufladzie komody. I maść na kręgosłup.

Nie są mi potrzebne lekarstwa! skłamał z odwagą, chociaż serce waliło mu w gardle. Przy niej czuję się na trzydzieści! Danusiu, żegnaj. Mieszkanie zostawiam tobie, sam jestem szlachetny.

Dzięki, żywicielu kiwnęła głową. Klucze połóż na komodzie. I śmieci wynieś, skoro idziesz.

To go dobiło. Żadnej sceny, żadnego dramatyzmu. Ot, śmieci wynieś.

Chwycił więc worek przy drzwiach, zadarł dumnie podbródek i wyszedł na klatkę schodową. Drzwi zamknęły się cicho, bez trzasku.

Na klatce uderzył go zapach kociej karmy i smażonych ziemniaków z mieszkania pani Malinowskiej. Walizka ciążyła, plecy bolały, w kieszeni zawibrował telefon.

To na pewno Cecylia wierna, czekająca

Wywołał windę, a czekając, wyjął telefon. Serce zabiło szybciej. Wiadomość w Messengerze: Skarbie, jesteś niedaleko? Mam zarezerwowany dla nas stolik. Ale drobna sprawa.

Czytał: Muszę pilnie wysłać mamie 5000 zł na leki, bo jej brakuje, a ja mam limit. Przysłałbyś, oddam ci jak się zobaczymy!

Zmarszczył brwi. Pięć tysięcy? Dziwne. Wczoraj były trzy na taksówkę. Przedwczoraj dwa na internet. Tydzień temu dziesięć na kursy inspiracji.

Winda przyjechała. Stanisław wciągnął walizkę do windy, nacisnął parter i spojrzał w lustro: poważny, starszy facet w czapce z czerwonymi policzkami i zagubionym wzrokiem.

Idę do młodej powtórzył w myślach, ale fraza straciła już swój blask.

Na ulicy było zimno, mżawka smagała twarz, wiatr szarpał opadłe liście. Stanisław powlókł walizkę do przystanku Cecylia mieszkała przecież na drugim końcu Warszawy, w nowym apartamentowcu.

Usiadł na zimnej ławce pod przystankową wiatą, dygocząc z zimna. Próbował przelać pieniądze, ale palce sztywniały. Zalogował się do banku: 4800 zł. Emerytura dopiero za tydzień.

Cholera syknął.

Wpisał wiadomość: Cesia, słoneczko, mam chwilowo pustą kartę. Przywiozę gotówką, bo mam jeszcze schowane w szufladzie.

Odpowiedź przyszła natychmiast: emotikon przewracający oczami. Zaraz potem: Stasiek, to co ty, dziecko jesteś? Pożycz od kogoś! Mamie źle! Jeśli naprawdę mnie kochasz, znajdziesz sposób!

Stasiek Nie Stanisław, nie kochanie, tylko Stasiek. Jak tego kota spod piątki.

Coś nieprzyjemnego zakłębiło mu się w sercu. Nie miłość raczej lepka podejrzliwość.

Przypomniał sobie, że nigdy nie rozmawiał z Cecylią przez wideo. Zawsze niesprawna kamera, zepsuta aplikacja. Ale zdjęcia w profilu jak z katalogu.

Wykręcił numer. Długie sygnały. Rozłączyła.

Wkrótce przyszła wiadomość: Nie mogę gadać, płaczę!

Stanisław siedział, przytulając się do uchwytu walizki. Przechodzące auta oblewały go brudnymi bryzgami.

Zimno przenikało go do szpiku, bolące plecy dawały się we znaki tak, że miał ochotę zawyć.

Cecylia wyszeptał na głos, smakując imię. Było jak plastik.

Telefon znów zawibrował. No i? Przelałeś? Jeśli nie nie przychodź. Nikt mi nie jest potrzebny, jeśli nie umie rozwiązać prostego problemu.

Spoglądał na ekran i litery zaczęły się zacierać.

Przypomniała mu się Danuta. Jak wczoraj smarowała mu plecy, kiedy znowu coś go złapało. Jak gotowała parowane kotlety, których nie znosił, ale jadł, bo serce już nie te. Jak zawsze wiedziała, gdzie są jego skarpetki.

Nikt mi nie potrzebny

Wyobraził sobie siebie w nowym mieszkaniu Cecylii. Obcy zapach, obcy kanapy, obce zasady. I stale płacić, płacić, płacić. Za bliskość młodości.

A potem co, jeśli nagle znowu zastrzyka ból w plecach? Czy będzie smarować maścią? Czy pójdzie do drugiego pokoju, kręcąc nosem?

Stanisław powoli się podniósł, kolana chrupnęły jak suche gałązki. Spojrzał na autobus jadący w stronę Wilanowa… ale nie ruszył się z miejsca. Autobus odjechał, zostawiając tylko smród spalin.

Jeszcze przez chwilę stał, patrząc na pustą ulicę. Potem odwrócił się i ruszył z walizką z powrotem. Do domu.

Droga powrotna wydawała się wiecznością. W budynku klasyka winda nie działa. Trzeba było wciągnąć walizę piechotą na trzecie piętro.

Co pół piętra przystawał, łapiąc ciężki oddech, wycierając pot z czoła. Serce waliło już nie od miłości, lecz od wysiłku.

Przy swoim mieszkaniu zatrzymał się, odstawił walizkę i zadzwonił. Cicho nikt nie otwierał.

Ogarnęła go fala paniki. A co, jeśli wyszła? Albo się obraziła? Może zmieniła zamki?

Klucze zostawił, jak głupi, na komodzie! Zadzwonił raz jeszcze, długo, uparcie.

Danusia! zachrypiał. Danusia, otwórz!

Usłyszał szczęk zamka. Drzwi się uchyliły. Na progu stała Danuta spokojna, w domowym szlafroku.

Stanisław stał przemoknięty, z brudem na spodniach i mokrą czapką w dłoni. Po policzkach ciekły mu łzy. Prawdziwe, gorzkie łzy złości na siebie, własną głupotę, starość podstępnie odbierającą rozsądek.

Ja zaczął chrapliwie. Danusiu Tam autobus I deszcz I pomyślałem

Nie umiał powiedzieć prawdy. Że jego Cecylia okazała się pustą obietnicą chciała tylko pieniędzy. To byłoby zbyt upokarzające.

Danuta spojrzała na niego, potem na walizkę i westchnęła.

Śmieci wyrzuciłeś? spytała.

Zdezorientowany, zerknął na dłoń. Pustą. Zostawił worek na ławce przystanku.

Zapomniałem przyznał cicho.

Danuta pokręciła głową i odsunęła się w bok.

Wchodź, Romeo. Herbata stygnie. Ręce umyj, cały jesteś w błocie.

Wszedł, wciągnął walizkę do przedpokoju. Znajomy zapach czystej pościeli i leków uderzył w nozdrza najlepszy na świecie.

Rozebrał się w łazience, omiótł wzrokiem swoje odbicie. Starzec, zmęczony, łzawiący od wstydu. Obmył się zimną wodą.

Gdy wszedł do kuchni, Danuta już nalewała jego ulubioną herbatę do dużego kubka. Na stole stał talerz z parowanymi kotletami.

Danusiu… wyszeptał, siadając. Przepraszam. Stary głupiec ze mnie.

Jedz rzuciła krótko, nawet się nie odwracając. Bo wystygną.

Ale naprawdę Jaka tam Cecylia, jaka muza… Bez ciebie to ja nawet nie wiem, gdzie polisa.

W górnej szufladzie z dokumentami odparła automatycznie. Tylko proszę cię, Stasiek, nie rób tego więcej. Wróciłeś i już.

Żuł bez smaku kotlet. I wydał mu się lepszy niż najdroższe danie.

A ta Cecylia zaczął nieśmiało kłamać, by zachować resztki dumy okazała się zupełnie nie taka. Pali, klnie…

Danuta spojrzała znad okularów, w oczach błysnęły kpiące iskierki.

No popatrz, dramat powiedziała poważnie. A ty, jako prawdziwy esteta, nie mogłeś tego znieść, prawda?

Oczywiście! podchwycił żywo Stanisław. Mówię: Pani Cecylio, nie wypada tak się odzywać Ona

Machnął ręką.

Zrozumiałem, że chłód w duszy ma. Jedna wielka pustka.

I dobrze, że zrozumiałeś to na przystanku, a nie w urzędzie stanu cywilnego uśmiechnęła się słabo. Wyjęła maść z szafki i położyła przed nim.

Plecy cię chyba rozbolały od tej walizki?

Spostrzeżenie trafiło w punkt.

Trochę

Rozbierz się, posmaruję.

Zdjął koszulę, pomarszczony i trochę zawstydzony. Znane, pewne ręce żony wmasowały maść, mocno, ale z czułością.

Parzyło, ale zdrowo, leczniczo.

Danusiu… mruknął do stołu.

No?

Wiedziałaś, że wrócę?

Oczywiście.

Dlaczego?

Uderzyła go w zdrowe ramię, kończąc smarowanie.

Bo w walizce nie miałeś ani majtek, ani skarpet, ani leków.

Uśmiechnęła się kącikiem ust.

Upchałeś za to mój stary kożuch, który od roku miałeś zanieść do pralni.

Stanisław oniemiał i powoli odwrócił głowę.

Kożuch?!

Kożuch. Widziałam rano, jak pchałeś go do walizki. Myślałeś, że nie zauważę? Bez okularów jesteś ślepy jak kret.

Zapadła cisza. Informacja się w nim mieliła: ruszył na nowe życie z kocem i żony kożuchem.

Parsknął śmiechem. Najpierw cicho, potem coraz głośniej zmieszanym z kaszlem. Danuta patrzyła i również zaczęła się śmiać.

Ty to masz pomysły, staruszku… Dobra, podróżniku. Dokończ kota. Jutro jedziemy na działkę, trzeba słoje z piwnicy przynieść. Będziesz miał trochę ruchu i świeżego powietrza.

Jasne, Danusiu. Pojedziemy obiecał, ocierając łzy rozbawienia.

Telefon w kieszeni zawibrował. Ekran: Cecylia Gdzie jesteś?? Mama umiera!! Przelej chociaż tysiąc!!

Stanowczo kliknął blokuj użytkownika. Potem usuń czat. Położył telefon wyświetlaczem do dołu.

Danusiu, a może dajmy spokój z tymi słoikami? zaproponował, patrząc na żonę nagle inaczej. Może po prostu zrobimy sobie grilla? Zamarynuję mięso, jak lubisz, z cebulką.

Zdziwienie uniosło jej brwi. Stanisław nie tykał się od lat grilla.

Grill? A wątroba?

A… niech ją szlag trafi machnął ręką. Raz się żyje.

Ujął jej dłoń, szorstką i ciepłą, i niezgrabnie pocałował.

Dziękuję, Danusiu, że otworzyłaś.

Nie wyrwała ręki gwałtownie.

Jedz już, Don Juanie, bo kotlet stygnie.

Za oknem szumiał coraz mocniej deszcz, stukając w szyby, wiatr wył w listopadową noc, a w kuchni było cicho, jasno i ciepło. Na krześle wisiała jego wyprasowana koszula, pachniało maścią i herbatą.

A ten zapach był lepszy niż wszystkie perfumy.

Stanisław spojrzał na żonę i pomyślał, że dwadzieścia osiem lat to piękny wiek.

Tylko kto, oprócz Danusi, puści cię do domu nawet wtedy, gdy zamiast walizki pełnej nowych ciuchów, niesiesz koc i kożuch?

Danusiu

Co znowu?

Ten kożuch do pralni muszę w końcu zawieźć. Jutro oddam.

Dobrze, tylko walizkę najpierw rozpakuj. I koc wyjmij, bo nogi mi marzną.

Stanisław kiwnął głową i z apetytem nabrał kolejny kęs kotleta.

Życie trwało dalej i, do jasnej cholery, wcale nie było takie złe.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście + 18 =

„Idę do młodej kobiety” – oznajmił 65-letni dziadek, pakując walizkę; wrócił po godzinie ze łzami w oczach.