— Hanno Wacławo, trzeba pozwolić dziewczynce się dalej uczyć. Takie bystre umysły nieczęsto się zdarzają. Ma niezwykły dar do języków i literatury. Gdybyś tylko widział jej prace!

Dzisiaj znów wzięłam do ręki mój stary dziennik. Żółte strony, jak jesienne liście, a jednak atrament wciąż trzyma moje myśli. Za oknem wiatr hula, brzoza stuk gałęzią w szybę, jakby prosiła się do środka.

Czemu się tak rozszumiałaś? pytam ją. Poczekaj trochę, wiosna przyjdzie.

Śmieszne, rozmawiać z drzewem, ale gdy żyje się samotnie, wszystko wokół zdaje się żywe. Po tych strasznych czasach zostałam wdową mój Stefan zginął. Ostatni jego list wciąż przechowuję, pożółkły od czasu, wytarty na zagięciach tyle razy go czytałam. Pisał, że wkrótce wróci, że mnie kocha, że będziemy szczęśliwi A tydzień później dowiedziałam się.

Dzieci Bóg nie dał, może i lepiej w tamtych latach nie było czym ich wyżywić. Przewodniczący kołchozu, Mikołaj Iwanowicz, ciągle mnie pocieszał:

Nie martw się, Hanno. Jesteś jeszcze młoda, wyjdziesz za mąż.

Nie wyjdę więcej za mąż odpowiadałam stanowczo. Raz kochałam, wystarczy.

W kołchozie pracowałam od świtu do zmierzchu. Brygadzista Piotrowicz bywało krzyczał:

Hanno, idź już do domu, czas późny!

Zdążę odpowiadałam. Dopóki ręce pracują, dusza się nie starzeje.

Gospodarstwo miałam niewielkie koza Mania, uparta jak ja sama, pięć kur, które budziły mnie lepiej niż kogut. Sąsiadka Klaudia często żartowała:

Czy ty nie indyk przypadkiem? Czemu twoje kury wrzeszczą najwcześniej?

Miałam ogródek ziemniaki, marchew, buraki. Wszystko swoje, z ziemi. Jesienią robiłam przetwory ogórki kiszone, pomidory, grzyby marynowane. Zimą otwierałam słoik i lato wracało do domu.

Tamten dzień pamiętam jak dziś. Marzec był mokry, wilgotny. Rano mżył deszcz, pod wieczór przymroziło. Poszłam po chrust do lasu piec trzeba było napalić. Suchego drewna po zimowych wichurach było pod dostatkiem. Nazbierałam wiązkę, wracam koło starego mostu, słyszę ktoś płacze. Najpierw myślałam, że to wiatr. Ale nie, wyraźnie, po dziecięcemu.

Zeszłam pod most, patrzę mała dziewczynka siedzi w błocie, sukienka mokra, podarta, oczy przerażone. Gdy mnie zobaczyła, zamilkła, tylko drży jak osikowy liść.

Czyjaś ty, maleńka? pytam cicho, by nie przestraszyć bardziej.

Milczy, tylko mruga oczkami. Usta sine od zimna, ręce czerwone, spuchnięte.

Zmarzła na kość mówię raczej do siebie. Chodź, zabiorę cię do domu, ogrzejesz się.

Podniosłam ją lekka jak piórko. Owinęłam w moją chustkę, przytuliłam do piersi. A sama myślę jaka to matka, co dziecko pod mostem zostawia?

Chrust musiałam porzucić nie było już do niego głowy. Całą drogę dziewczynka milczała, tylko kurczowo trzymała się mojej szyi zmarzniętymi paluszkami.

Przyprowadziłam do domu, sąsiedzi już tuż wieści po wsi szybko się niosą. Klaudia pierwsza przybiegła:

Jezu, Hanno, skąd ją wzięłaś?

Znalazłam pod mostem mówię. Porzucona, widać.

O, jaka bieda załamała ręce. I co z nią zrobisz?

Jak to co? Zostawię u siebie.

Oszalałaś? wtrąciła się baba Motrza. Gdzie tobie dziecko? Czym je wyżywi

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 − osiemnaście =

— Hanno Wacławo, trzeba pozwolić dziewczynce się dalej uczyć. Takie bystre umysły nieczęsto się zdarzają. Ma niezwykły dar do języków i literatury. Gdybyś tylko widział jej prace!