Telefon
Halina zjadła obiad, pozmywała naczynia i położyła się na drzemkę. Mąż wyjechał do znajomego na działkę pomóc naprawić płot. Wróci dopiero jutro wieczorem, w poniedziałek ma pracę. Halina rok temu przeszła na emeryturę, a Wojtkowi zostały jeszcze dwa lata.
Niespodziewany dzwonek wyrwał ją ze snu. Nie od razu zorientowała się, że to telefon.
— Tak… — ochrypłym od drzemki głosie odpowiedziała, nawet nie patrząc na ekran.
Kto mógł do niej dzwonić, jeśli nie córka lub mąż? Wojtek nie lubił dzwonić, więc pewnie Ania. Mieszkała z mężem w innym mieście i niedługo miała urodzić.
— Halina? Spałaś? — rozległ się w słuchawce nieznany kobiecy głos.
— Kto mówi? — spytala ostrożnie Halina.
W słuchawce usłyszała głośne, demonstracyjne westchnienie.
— Nie poznajesz mnie? Jak długo się nie widziałyśmy?
— Agata? Skąd masz mój numer? — zdziwiła się Halina, ale jakoś wcale się nie ucieszyła.
— To aż takie ważne? Spotkałam twoją matkę parę lat temu, dała mi.
Halina przypomniała sobie, że matka o tym wspominała.
— Jesteś w mieście? — Zapytała, choć wiedziała, że to głupie pytanie. Po co dzwonić, jeśli nie po to, by się spotkać? — Słyszałam, że wylądowałaś w Stanach — dodała.
W słuchawce rozległ się śmiech, który natychmiast przeszedł w jęk.
— Co z tobą? Gdzie jesteś? — zaniepokoiła się Halina.
— W szpitalu. Właśnie dlatego dzwonię. Możesz przyjść? Chcę ci coś powiedzieć. I nie przynoś nic, nie trzeba.
— W szpitalu? Zachorowałaś? — Halina była już całkiem rozbudzona.
— Trudno mi mówić. Adres wyślę SMS-em.
— Ale w… — zaczęła Halina, ale w słuchawce rozległy się krótkie sygnały.
Chwilę później przyszła wiadomość z nazwą szpitala. *„Boże, Agata ma raka!”* — przeczytała raz jeszcze, czując pustkę w głowie.
Spojrzała na zegarek — była piąta po południu. Jeśli teraz wyruszy, nie zdąży przed końcem odwiedzin. Poszła do kuchni i wyjęła z zamrażarki kurczaka na rosół. Agata powiedziała, żeby nic nie brać, ale jak iść do chorej z pustymi rękami? Domowy rosół to nie jedzenie, to lekarstwo. Zostawiła mięso do rozmrożenia w zlewie i usiadła przy stole. Ania miała dwadzieścia osiem lat, więc tyle samo czasu minęło, odkąd widziała Agatę.
Z wiekiem nauczyła się przyjmować każdą wiadomość z ostrożnością, nawet dobrą. Po tym telefonie nie potrafiła się pozbyć niepokoju. I Wojtka, na złość, nie było w domu. Może i lepiej. Rano ugotuje rosół, odwiedzi Agatę i wszystko wyjaśni. Ale uspokoić się nie mogła.
Agatę od dziesiątego roku życia wychowywała babcia ze strony ojca. Pieszczot nie znała i często przesiadywała do późna u Haliny, odrabiając lekcje. Babcia pędziła bimber i zaopatrywała w niego miejscowych pijaków. Rodzice Agaty też oczywiście pili. Żony alkoholików groziły, że spalą babcine podziemne laboratorium. Może faktycznie ktoś podłożył ogień, a może, jak twierdziła milicja, ojciec zasnął z papierosem — dość, że rodzice Agaty nie wydostali się z płonącego domu. Babcia gdzieś zniknęła, a Agata, jak zwykle, była u Haliny. Przeżyły.
Po pożarze babcię z Agatą przesiedlono do akademika. Wspólnej kuchni nie dało się wykorzystać do bimbru.



