Gdzie rozbrzmiewa muzyka

Gdzie rozbrzmiewa

Weronika Pawłowska ledwo zdążyła zdjąć płaszcz i wyciągnąć z torby teczkę z nutami, kiedy do drzwi sali przyklejono kartkę formatu A4. Najpierw pomyślała, że to jakaś informacja o bezpieczeństwie pożarowym, dopiero potem przeczytała: Od 1-go sala zamknięta. Remont. Czynsz został podniesiony. Pod spodem podpis zarządu spółdzielni i numer telefonu.

W środku już szumiały głosy. Ktoś rozgrzewał głos, ktoś szukał okularów, ktoś rzucił, że i im remont by się przydał, ale żart nie chwycił. Dyrygent chóru, pan Grzegorz Nowakowski, stał przy pianinie i trzymał kartkę, jakby z niej dało się odczytać lepszą rzeczywistość.

Zaczniemy od rozśpiewania powiedział spokojnie, choć Weronika słyszała, że stara się opanować.

Rozśpiewanie zawsze było takie samo i w tym była pociecha. M-m-m, na-na-na, miękkie wspinanie się po dźwiękach w górę, potem w dół. Weronika czuła, jak dźwięk zbiera się w jej piersi, jak staje się nie tylko jej, ale wspólny. Odkąd odeszła na emeryturę i w domu nastała cisza, chór był jej oparciem. Nie jako obowiązek, tylko miejsce, gdzie nie znikała.

Po rozśpiewaniu pan Grzegorz podniósł rękę.

Sytuacja wygląda tak. Proszeni jesteśmy zamilkł, poprawił się postawiono nas przed faktem dokonanym. Sala będzie remontowana. Czynsz trzy razy wyższy. Nie damy rady tego udźwignąć.

Jak to nie damy? odezwała się od razu pani Danuta Jastrzębska, która zawsze mówiła pierwsza. Przecież działamy przy Domu Kultury, nie prywatnie.

Dom Kultury ma nowego zarządcę odpowiedział Grzegorz Nowakowski. Dzisiaj mi tłumaczyli. Optymalizacja. I jeszcze spojrzał na kartkę, jakby tam znajdowało się coś zupełnie osobistego. Powiedzieli: Powinniście już siedzieć w domu. Młodsi niech korzystają.

Weronika poczuła, jak w niej coś się podnosi i ściska gardło. Nie żal, bardziej gniew suchy, palący. Przypomniała sobie, jak zawieszali tu chustki na oparciach krzeseł, jak przynosili ciasto na czyjeś urodziny, jak w grudniu stawiali na parapecie sztuczną choinkę i śpiewali tak, że dozorca wychodził podsłuchiwać, udając, że sprawdza kaloryfery.

Przeszkadzamy komuś? spytała i zaskoczyło ją, że głos jej nie zadrżał.

Przeszkadzamy tym, którzy uważają nas za zbędnych powiedział Grzegorz. Ale nie kłóćmy się z powietrzem. Zdecydujmy, co dalej.

Postanowili wywalczyć. Tak, dokładnie to słowo padło, choć żadne z nich nie potrafiło naprawdę walczyć. Następnego dnia Weronika poszła do urzędu dzielnicy z panem Grzegorzem i jeszcze dwiema chórzystkami. Wzięli pismo, listę członków chóru, kopię podziękowania z festynu miejskiego. Weronika ubrała się w ciemną spódnicę i białą bluzkę, jak na rozmowę o pracę.

W sekretariacie pachniało kawą i papierem. Sekretarka, młoda kobieta z perfekcyjnym manicure, nie podniosła wzroku.

W jakiej sprawie?

Chór Jarzębina odparł Grzegorz. Zamykają nam salę.

Proszę zgłosić przez ePUAP albo do urzędu miasta odpowiedziała. Albo przez biuro obsługi obywateli.

Już złożyliśmy wtrąciła pani Danuta, podając dokument. Tutaj, z podpisami.

Papierów nie przyjmujemy sekretarka spojrzała na nich w końcu, wzrok raczej zmęczony niż gniewny. Wszystko przez system.

A system Weronika zamilkła. Umiała płacić rachunki przez telefon, ale system brzmiał jak drzwi bez klamki. A jeśli chcemy porozmawiać?

Proszę się zapisać na spotkanie z kierownictwem. Najbliższy termin za dwa tygodnie.

Po dwóch tygodniach wyjaśniono im, że to sprawa właściciela, a właścicielem jest spółdzielnia, która ma warunki komercyjne. Grzegorz starał się pertraktować, prosił choćby tymczasowo, do końca remontu. Odpowiadano mu gładko jak z podręcznika. Weronika słuchała, wiedząc, że tu ich głosy nie złączą się w chór, tu każdy ginie w szumie korytarza.

Próbowali dalej: szkoła, biblioteka, dom kultury. W szkole pani wicedyrektor oznajmiła, że po lekcjach wszystkie sale zajęte kółkami, a gdy Danuta spytała, jakimi, wymieniła ich tyle, że brzmiało to jak wyuczoną obroną. W bibliotece kierowniczka najpierw się uśmiechała, po czym przypomniała o ciszy i skargach czytelników. W domu kultury zaproponowano im piwnicę z pingpongowymi stołami, mokrą od wilgoci. Grzegorz spojrzał na sufit i szepnął:

Tu się głosy posadzą…

Najgorsze nie były odmowy, tylko słowa, które do nich przylgnęły. Grupa wiekowa, niewłaściwe wykorzystanie, niepasujący do profilu. W jednym z urzędów kobieta zza monitora rzuciła:

Przecież dla siebie jesteście. To ćwiczcie w domach.

Weronika wychodząc na zewnątrz, uświadomiła sobie, że idzie za szybko, jakby przed czymś uciekała.

W piątek i tak przyszli pod Dom Kultury, z przyzwyczajenia. Drzwi zamknięte, ta sama kartka jak przedtem, tylko obok dołożono nową: Osobom postronnym wstęp wzbroniony. Weronika trzymała teczkę z nutami i nie wiedziała, co zrobić z dłońmi. Pan Grzegorz spojrzał na ich drobną grupkę.

Nie rozchodzimy się odezwał się. Idziemy do biblioteki. Załatwiłem godzinę, w czytelni, jak jest pusto.

A jak nas wyrzucą? cicho spytała pani Zofia Krzemień, zawsze najspokojniejsza.

To nas wyrzucą odparł Grzegorz. Ale spróbujemy.

Do biblioteki szli całą gromadą. Ludzie na przystanku patrzyli: jedni ciekawie, inni z irytacją, jakby zajmowali za dużo miejsca.

W bibliotece przywitał ich szczupły bibliotekarz w swetrze.

Tylko proszę cicho… spłoszył się szybko. Znaczy, śpiewajcie, tylko wiecie…

Będziemy ostrożni obiecała Weronika.

Ustawili się pomiędzy regałami z książkami patrzącymi grzbietami jak surowi świadkowie. Nie było pianina, więc pan Grzegorz sam podał dźwięk cicho, ledwie szeptem. Weronika bała się, że się rozpadną bez instrumentu, ale stało się inaczej: zaczęli słuchać się uważniej. Oddechy blisko siebie liczyły się bardziej niż zwykłe wsparcie klawiszy.

Najpierw ludzie w czytelni podnosili głowy, ktoś marszczył brwi. Jedna pani w puchowej kurtce szepnęła: Co to ma być? i demonstracyjnie zamknęła książkę. Ale potem, gdy zaintonowali zwykłą, dobrze znaną pieśń taką, którą śpiewały nawet te osoby, które nigdy nie były w chórze w sali zrobiło się ciszej niż przed ich wejściem. Cisza nie była biblioteczna tylko wsłuchana.

Po próbie bibliotekarz podszedł.

U nas rzadko tak się dzieje powiedział. Ale następnym razem lepiej tam, przy oknie, mniej ludzi przeszkadzacie.

Grzegorz pokiwał głową, jakby zaoferowano mu scenę.

Tyle, że następny raz nie nastąpił. Za trzecim razem kierowniczka wezwała bibliotekarza i przy nas powiedziała:

Już się skarżono. To biblioteka, nie klub.

Weronika patrzyła na swoje dłonie, brakowało jej słów. Miała ochotę powiedzieć: To nie klub, to chór, ale nie mogła zebrać się na odwagę. Grzegorz podziękował i wyprowadził ich przed budynek.

No i proszę powiedziała cicho pani Zofia. Wstyd.

To słowo zabolało bardziej niż powinniście w domu siedzieć. Bo przyszło z własnej strony.

Nie wstydzimy się odpowiedziała ostro Danuta. My śpiewamy.

Śpiewamy powtórzyła Zofia a ludziom przeszkadzamy.

Weronika szła obok niej, czując, jak coś kruchego w niej się kołysze. Rozumiała Zofię. Sama tęskniła za salą, gdzie wszystko było na swoim miejscu, nikt nie mówił, że są zbędni. Ale tej sali już nie było jakby zabrano jeden pokój z własnego życia.

Pod wejściem do przejścia podziemnego pan Grzegorz się zatrzymał.

Zróbmy to tu powiedział niespodziewanie.

Tu? Danuta rozejrzała się. Ludzie spieszyli się z zakupami, ktoś niósł siatki. W rogu chłopak grał na gitarze.

Jest dobra akustyka zauważył Grzegorz. I nikt nie może nas stąd wygonić.

Weronice zadrżały dłonie. Było jej wstyd, jak przed wyjściem na szkolną akademię. Ale pan Grzegorz już stał przy ścianie i podniósł rękę.

Tylko jedno, a zobaczymy.

Zaczęli cicho, nieśmiało, jakby próbowali wodę. Akustyka była rzeczywiście dobra dźwięk wracał miękko, głosy się rozpływały. Ludzie przechodzili, niektórzy się uśmiechali, inni udawali, że nie słyszą. Dziewczynka zatrzymała się i pociągnęła mamę za rękaw.

Mamo, patrz! Babcie śpiewają!

Matka najpierw chciała ją odciągnąć, ale sama przystanęła. Weronika zauważyła, że jej twarz staje się łagodniejsza.

Nie wszyscy byli życzliwi. Mężczyzna z reklamówką stanął i powiedział głośno:

Co tu odprawiacie? Przejście, nie koncert!

Nie blokujemy odparł spokojnie Grzegorz.

Co mnie to obchodzi machnął ręką. Do domu śpiewać.

Weronice drżała broda. Śpiewała dalej, ale głos stał się cieniutki jak nitka. Skupiła wzrok na płytkach podłogi i myślała: Jak przerwę, to już nie wrócę. Więc trzymała się wspólnego dźwięku jak barierki.

Po utworze ktoś klasnął najpierw jeden, potem jeszcze ktoś. To nie była scena, bardziej wdzięczność za to, że w przejściu zrobiło się nie tylko o pośpiechu.

Widzicie? powiedziała Danuta, z dumą.

Widzimy odparła Zofia, ale nie uśmiechnęła się.

Za tydzień wiedzieli już, gdzie stawać, żeby nie przeszkadzać. Próbowali w parku, gdzie rano spacerowały mamy z dziećmi i emeryci z kijkami. Próbowali w holu przychodni to było najtrudniejsze: ludzie byli podenerwowani, kaszlali, narzekali na kolejki. Ale któregoś razu, gdy zaśpiewali krótką pieśń, kobieta z bandażem na ręce powiedziała:

Dziękuję. Przynajmniej zapomniałam o wynikach badań.

Weronika zapisała sobie to w pamięci jako małe zwycięstwo.

Grzegorz nazywał to śpiewaj tam, gdzie jesteś. Nie robił z tego wielkich haseł, po prostu tak tłumaczył, czemu spotykają się znów pod przystankiem czy w parku.

Nie tylko dla siebie śpiewamy powiedział kiedyś po próbie w parku. Siedzieli na ławce, Weronika trzymała butelkę wody, nie mogła odkręcić nakrętki. Pan Grzegorz jej pomógł, a ona przez chwilę miała ochotę się rozpłakać.

To dla kogo? spytała Zofia.

Żeby miasto pamiętało, że ma głos odparł Grzegorz. I żebyśmy my pamiętali.

Słowa były proste, ale Weronika poczuła, że trafiają w sedno. Przypomniała sobie, jak po śmierci męża długo nie mogła odebrać telefonu jakby głos był niepotrzebny. A tutaj był potrzebny, nie tylko jej.

Największy konflikt wybuchł tam, gdzie nikt się nie spodziewał. W centrum handlowym, w kawiarni na drugim piętrze, gdzie Grzegorz załatwił godzinkę, w środku tygodnia. Właściciel, czterdziestolatek, przez telefon powiedział: Śpiewajcie do woli, klienci posłuchają. Przyszli, zestawili stoliki, ustawili krzesła w półokręgu. Weronika ostrożnie powiesiła płaszcz, położyła teczkę na kolanach.

Pierwsze dwie pieśni się udały, kilku gości nagrało filmiki, ktoś się uśmiechał. Weronika poczuła się znowu jak w sali, nie na ulicy. Wtedy podszedł ochroniarz.

Kto pozwolił? spytał bez gniewu, raczej urzędowo.

Umówiliśmy się z właścicielem.

Regulamin jest ochroniarz popatrzył po ludziach Nie wolno organizować występów bez zgody administracji. Była skarga, ktoś mówi, że za głośno.

Przecież śpiewamy cicho odpowiedziała Danuta.

To nie ma znaczenia westchnął. Kazali zakończyć.

Weronika zobaczyła, jak Zofia robi się blada, szybko zaczęła zbierać nuty.

A nie mówiłam… szepnęła. Wstyd.

Nie trzeba się wstydzić powiedziała cicho Weronika, sama się sobie dziwiąc, że przemawia do Zofii. Przecież nic złego nie robimy.

Przeszkadzamy odcięła Zofia. Nie chcę, żeby na nas patrzono jak na… na tych, co nie wiedzą, gdzie ich miejsce.

Grzegorz stał pośrodku, niby pomiędzy dwoma murami.

Zróbmy tak zaproponował. Dokończymy jeden utwór i idziemy. Bez sporów.

Nie wolno, od razu musi być cisza pokiwał głową ochroniarz.

Właściciel kawiarni wyszedł zza ladą, rozkładał ręce.

Przepraszam, myślałem, że można…

Damy panu mandat ostrzegł ochroniarz. Lepiej nie.

Weronika poczuła, jak wraca ten dawny suchy gniew. Ale razem z nim zmęczenie. Miała już dość ciągłych tłumaczeń, że wolno jej oddychać i śpiewać.

Pozbierali rzeczy w milczeniu. Teczki szurały, krzesła skrzypiały. Weronika wzięła płaszcz, zajęła się guzikami, żeby czymś zająć ręce. Słyszała, jak ktoś z gości rzucił: Szkoda, było dobrze. I to szkoda na chwilę ogrzało jej serce.

Na zewnątrz Zofia odezwała się:

Ja już nie przyjdę. Przepraszam.

Danuta wybuchła:

Oczywiście. Tylko trudność i zaraz znikasz.

Danusia przerwał jej pan Grzegorz. Teraz nie czas.

Weronika patrzyła, jak Zofia oddala się na przystanek, drobna, skulona. Miała ochotę ją dogonić, ale coś ją zatrzymało. Rozumiała, że każdy ma swój limit.

Wieczorem Weronika długo siedziała w kuchni. Herbata wystygła, nie zauważyła nawet. W głowie brzmiało: Gdzie miejsce?. Nagle zrozumiała, że nie próbują odzyskać sali, tylko dawną pewność. A może potrzebują nie miejsca, ale sposobu bycia razem, nawet jeśli komuś to przeszkadza.

Następnego dnia zadzwonił Grzegorz.

Pani Weroniko, czy może pani wejść do biblioteki? Nie tam, gdzie nas wyproszono, tylko do dziecięcej, na sąsiedniej ulicy. Nowa kierowniczka. Rozmawiałem, ale dobrze, gdyby ktoś z was sam wyjaśnił, że nie będziemy przeszkadzać.

Weronika poszła. W bibliotece dziecięcej było jasno, na ścianach wisiały obrazki, w kącie stało stare, ale zadbane pianino. Kierowniczka, kobieta w krótkich włosach, słuchała uważnie.

Wieczorami u nas pusto powiedziała. Dzieci idą do domu, kółek brak. Tylko warunek: proszę śpiewać niezbyt głośno, a raz w miesiącu zrobić „otwartą godzinę” dla wszystkich. Bez wielkiej sceny, po prostu żeby kto chce, mógł przyjść.

Damy radę odpowiedziała Weronika i poczuła, że coś w niej się prostuje.

I jeszcze dodała kierowniczka. Mama jest w pani wieku. Też mówi, że nie ma dokąd pójść. Może do was dołączy.

Kiedy Weronika wyszła na ulicę, szła wolniej, nie z powodu zmęczenia, ale dlatego, że nie musiała się już śpieszyć.

Chór zebrał się w parku, by usłyszeć nowinę. Byli prawie wszyscy, tylko Zofii brakowało. Danuta słuchała z ustami zaciśniętymi, jakby bała się ucieszyć za szybko.

To nie Dom Kultury powiedział Grzegorz. Ale mamy miejsce. I plan: raz w miesiącu otwarta godzina, poza tym próby.

A jak znów nas wyrzucą? spytał ktoś.

Poszukamy dalej. Teraz już wiemy, że się da.

Weronika uniosła rękę.

A Zofia? spytała.

Grzegorz westchnął.

Zadzwonię do niej. Ale niech ktoś z was też.

Weronika zadzwoniła wieczorem. Zofia długo milczała, w końcu powiedziała:

Nie chcę, by na mnie patrzono jak na…

Na żywą osobę? szepnęła Weronika. Niech patrzą. Nie żebrzemy. Śpiewamy.

W słuchawce słyszała jej oddech.

Pomyślę odparła Zofia.

Pierwszą próbę w bibliotece dziecięcej zaczęli niepewnie. Pianino było już trochę rozstrojone, ale pan Grzegorz uznał, że to nawet uczy uważności. Weronika usiadła pod oknem, teczkę trzymała na kolanach. Widziała, jak ktoś zagląda do korytarza, jak dzieci ciągną rodziców za rękaw, jak starsza pani w chustce stoi przy drzwiach i nie wie, czy wejść.

Spojrzeniem powiedziała jej: Proszę wejść, i kobieta usiadła na brzegu krzesła.

Otwarta godzina przypadła na sobotę. Nie robili wielkiej reklamy, tylko powiesili ogłoszenie, napisali w lokalnej grupie: Chór 55+ śpiewa w bibliotece. Można dołączyć do słuchania. Weronika bała się, że nikt nie przyjdzie i zrobi się jeszcze bardziej niezręcznie. Ale w sobotę na korytarzu zrobiło się tłoczno: pojawiło się kilku znajomych, dzieci z rodzicami, bibliotekarz z poprzedniej filii i chłopak z przejścia z gitarą, który tylko się uśmiechał z progu.

To nie był koncert. Pan Grzegorz powiedział:

Zaśpiewamy to, co nam dziś w duszy gra. Kto ma ochotę, niech śpiewa razem z nami.

Weronika dostrzegła Zofię ta stała przy ścianie, w płaszczu, gotowa w każdej chwili wyjść. Podeszła, złapała ją za rękaw:

Zdejmij płaszcz, jest ciepło.

Posłucham odpowiedziała Zofia.

Posłuchasz od środka odparła Weronika i podała jej teczkę. Tu twoje partie.

Zofia spojrzała na teczkę z wahaniem, jakby miała przejść most nad przepaścią. Ale po chwili zdjęła płaszcz i siadła obok.

Kiedy zaczęli śpiewać, Weronika poczuła, że ta mała sala staje się ich. Nie dlatego, że pozwolono im śpiewać, tylko dlatego, że sami wnieśli tam porządek swojego oddechu. Ludzie słuchali bez scenicznego oddalenia śpiewali pod nosem, niektórzy po prostu siedzieli z zamkniętymi oczami. W pewnym momencie piosenka się rozjechała, pianino nie trafiło w ton, a pan Grzegorz tylko się uśmiechnął nie przerwał.

Weronika nagle zrozumiała, że nie musi być idealnie, by czuć, że jest na swoim miejscu.

Po ostatniej pieśni nie było owacji, ktoś tylko podszedł i podziękował. Chłopiec, może dziesięcioletni, zapytał:

Mogę do was dołączyć?

Danuta się zaśmiała.

Jeszcze za wcześnie, przychodź posłuchać!

Kierowniczka podeszła do Grzegorza.

Zróbmy tak powiedziała. W środy i piątki po szesnastej sala jest wasza. W maju jest święto podwórka. Może zaśpiewacie wtedy na dworze, pod biblioteką?

Grzegorz pokiwał głową, Weronika zobaczyła, jak jego usta drgają ze wzruszenia. Odwrócił się, niby poprawić nuty.

Kiedy wszyscy już wyszli, zostali pomagać przy krzesłach. Weronika podniosła teczkę, sprawdziła, że wszystko ma, zamknęła torbę. Zofia podeszła do niej.

Ja… zaczęła, ale się zatrzymała.

Przyszłaś powiedziała Weronika.

Przyszłam powtórzyła Zofia i pierwszy raz się uśmiechnęła, niepewnie, jakby próbowała nowej miny. I wie pani, nie wstydzę się.

Weronika kiwnęła głową. Wyszedłszy na ulicę zobaczyła, że świat się nie zmienił: ludzie, tramwaje, szyldy, pospiech. Ale w środku rozbrzmiewało coś innego. Nie głośno, nie dla wszystkich coś w rodzaju pewności, że jeśli tylko masz głos i tych, którzy oddychają z tobą równo, miejsce zawsze można znaleźć. Nawet jeśli za każdym razem trzeba je sobie wyśpiewać na nowo.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy + 18 =

Gdzie rozbrzmiewa muzyka