Gdzie rozbrzmiewa muzyka

Gdzie rozbrzmiewa dźwięk

Wiera Pawłowna zdążyła już zdjąć płaszcz i wyciągnąć z torby teczkę z nutami, gdy na drzwiach sali ktoś przykleił kartkę formatu A4. Pomyślała najpierw, że to pewnie jakieś ogłoszenie o bezpieczeństwie przeciwpożarowym, ale przeczytała: Od pierwszego dnia miesiąca pomieszczenie zamknięte. Remont. Stawka najmu podniesiona. Podpis zarządcy oraz numer telefonu.

W środku już wrzało od rozmów. Ktoś rozgrzewał głos, ktoś szukał okularów, ktoś zażartował, że i im by się przydał remont, ale żart nie chwycił. Dyrygent chóru, pan Sergiusz Nowicki, stał przy pianinie i trzymał w dłoni kartkę, jakby mógł wyrwać z niej inną, bardziej przyjazną rzeczywistość.

Najpierw się rozśpiewamy powiedział spokojnie, choć Wiera słyszała, jak się powstrzymuje, żeby nie poniosły go nerwy.

Ćwiczenia zawsze mieli te same. W tym tkwiło ich ocalenie. M-m-m, na-na-na, miękkie kroki w górę, potem w dół. Wiera czuła, jak dźwięk zbiera się w jej piersi, staje się już nie tylko jej, lecz wspólny. Odkąd przeszła na emeryturę, a w domu zrobiło się zbyt cicho, chór trzymał ją za ramiona. Nie był obowiązkiem, lecz miejscem, gdzie nie znikała.

Po rozśpiewce pan Sergiusz podniósł rękę.

Sytuacja jest taka. Proszą nas przerwał na moment, szukając słów a właściwie stawiają przed faktem dokonanym. Salę zamykają na remont. A czynsz teraz będzie trzy razy wyższy. Tego nie udźwigniemy.

Jak to nie udźwigniemy? zaraz odezwała się pani Nina Pietrowa, która zawsze mówiła jako pierwsza. Przecież jesteśmy przy domu kultury, to nie prywatna firma.

Dom kultury podlega teraz pod inną instytucję odpowiedział Sergiusz Nowicki. Dziś mi to tłumaczyli. Optymalizacja. I jeszcze spojrzał na kartkę, jakby było tam coś osobistego. Usłyszałem: Siedzielibyście już państwo w domu. Młodzi potrzebują miejsca.

Wiera poczuła, jak coś narasta w jej gardle. Nawet nie żal, a bardziej gniew, suchy jak kaszel. Przypomniała sobie, jak tu wieszali szaliki na oparciach krzeseł, przynosili ciasto na czyjeś urodziny, jak w grudniu ustawiali na parapecie małą sztuczną choinkę i śpiewali tak, że nawet dozorca wychodził posłuchać i udawał, że tylko sprawdza kaloryfery.

Przeszkadzamy komuś? spytała, zaskoczona, że głos jej nawet nie zadrżał.

Przeszkadzamy tym, którym się wydaje, że jesteśmy zbędni odpowiedział Sergiusz. Ale nie będziemy się spierać z powietrzem. Zastanówmy się, co dalej.

Najpierw postanowili wywalczyć. Tak też powiedzieli: wywalczyć, choć nikt z nich nie miał o tym pojęcia. Następnego dnia Wiera poszła do urzędu dzielnicy razem z Sergiuszem i jeszcze dwiema chórzystkami. Wzięli ze sobą pismo, listę uczestników, kopię podziękowania za udział w festynie miejskim. Wiera ubrała swój ciemny kostium i białą bluzkę, jak na rozmowę kwalifikacyjną.

Pachniało kawą z automatu i papierami. Sekretarka, młoda kobieta z nienagannym manicure, nawet nie podniosła wzroku.

W jakiej sprawie?

Chór Kalina odezwał się Sergiusz. Zamykają nam salę.

Proszę złożyć wniosek przez portal mruknęła. Albo przez punkt obsługi mieszkańca.

Już napisaliśmy wtrąciła się Nina, podając pismo. Tu jest podpisane.

Papierów nie przyjmujemy sekretarka spojrzała na nich w końcu, ale raczej ze zmęczeniem niż złością. Wszystko przez system.

A system Wiera się zacięła. Potrafiła zapłacić czynsz przez telefon, ale system brzmiał jak drzwi bez klamki. A jeśli trzeba porozmawiać?

Proszę się zapisać na wizytę odparła. Najbliższy termin za dwa tygodnie.

Po dwóch tygodniach dowiedzieli się, że to w gestii właściciela, a właściciel to zarządca, u którego warunki są komercyjne. Sergiusz pytał, prosił choćby na okres remontu, choćby czasowo. Odpowiadano gładko, regulaminowo. Wiera słuchała i czuła, że tutaj ich głosy nie tworzą chóru tu każdy głos gaśnie pod sufitem.

Próbowali jeszcze w szkole, bibliotece, domu kultury. W szkole zastępczyni dyrektora powiedziała, że wszystko po lekcjach zajęte przez kółka zainteresowań, a kiedy Nina spytała, jakie to kółka, wyliczyła je błyskawicznie, jakby się broniła. W bibliotece kierowniczka najpierw się uśmiechnęła, ale zaraz wspomniała o ciszy i skargach czytelników. W domu kultury zaproponowano im piwnicę, gdzie stały stoły do ping-ponga i pachniało wilgocią. Pan Sergiusz tylko spojrzał w sufit i szepnął:

Tam pogubimy głosy.

Najgorsze nie były same odmowy, ale określenia, które do nich przylgnęły. Grupa wiekowa, niecelowe, niezgodne z profilem. Jakaś urzędniczka, nawet nie odrywając wzroku od ekranu, rzuciła:

Przecież to dla siebie robicie, prawda? To ćwiczcie w domach.

Wiera wyszła na dwór i zorientowała się, że idzie za szybko, jakby przed czymś uciekała.

W piątek przyszli mimo wszystko pod dom kultury, z przyzwyczajenia. Drzwi zamknięte, na szybie nadal ta sama kartka, ale teraz doklejono kolejny: Osobom postronnym wstęp wzbroniony. Wiera stała z teczką w rękach i nie wiedziała, co z nimi zrobić. Podejść podszedł Sergiusz i ogarnął ich wzrokiem.

Nie rozchodzimy się powiedział. Idziemy do biblioteki. Udało mi się załatwić godzinę w czytelni, póki ludzi niewielu.

A jak nas wyproszą? spytała cicho pani Walentyna Serochowa, która zwykle nie polemizowała.

To trudno odpowiedział Sergiusz. Przynajmniej spróbujemy.

Do biblioteki mieli dziesięć minut piechotą. Szli jak szkolna wycieczka, tylko bez opiekuna. Wiera czuła, że ludzie na przystanku im się przyglądają jedni z zaciekawieniem, inni niechętnie, jakby zajmowali za dużo miejsca na chodniku.

W czytelni przywitał ich szczupły mężczyzna w swetrze.

Tylko po cichu rzucił i zaraz się zmieszał. Nie w tym sensie Śpiewajcie, jasne. Tylko u nas

Będziemy delikatni obiecała Wiera.

Ustawili się pomiędzy regałami, książki patrzyły grzbietami jak surowi świadkowie. Sergiusz nie szukał pianina, bo i tak go nie było. Sam dał ton, cicho, niemal szeptem. Wiera na początku bała się, że się rozjadą, ale stało się odwrotnie zaczęli słuchać siebie nawzajem jeszcze uważniej. Oddech obok był teraz ważniejszy niż oparcie klawiszy.

Na początku ludzie w czytelni podnosili głowy, ktoś marszczył brwi. Jedna pani w kurtce szepnęła: Co to za jedna? i ostentacyjnie zamknęła książkę. Ale gdy zaczęli prostą, znaną wszystkim piosenkę nawet tym, którzy nigdy nie śpiewali w chórze w sali zapadła cisza inna niż biblioteczna: cisza słuchania.

Po próbie podszedł do nich bibliotekarz.

U nas, wiecie, rzadko tak żywo. Tylko następnym razem lepiej tam, pod oknem. Mniej się przeszkadza.

Sergiusz skinął głową, jakby dostał scenę.

Ale następny raz już nie nadszedł. Przy trzeciej próbie kierowniczka zawołała bibliotekarza i przy nich powiedziała:

Już dzwonili. Ludzie się skarżą. To biblioteka, nie klub.

Wiera patrzyła na swoje ręce. Chciała powiedzieć: To nie klub, tylko chór, ale nie znalazła słów. Sergiusz podziękował, zebrał wszystkich i wyszli na zewnątrz.

No i wstyd szepnęła Walentyna, to słowo zabolało bardziej niż siedźcie w domu. Bo przyszło z wnętrza.

Nie wstyd, tylko śpiewamy odparła ostro Nina.

Śpiewamy powtórzyła Walentyna a ludzie narzekają. Przeszkadzamy.

Wiera szła obok i czuła, jak w środku kołysze się coś kruchego. Rozumiała Walentynę. Sama też tęskniła za dawną salą, gdzie wszystko było na miejscu, a nikt nie mógł powiedzieć, że są zbędni. Ale tej sali już nie było. To była strata swojego pokoju w życiu.

Sergiusz zatrzymał się przy wejściu do przejścia podziemnego.

To może tutaj rzucił nagle.

Tu? Nina rozejrzała się wokół. Ludzie schodzili, wchodzili, spieszyli się, ktoś taszczył torby. W kącie stał nastolatek z głośnikiem, grał na gitarze i nucił swoje.

Tu jest dobra akustyka odpowiedział Sergiusz. I nikomu nie jesteśmy winni żadnych zgód.

Wiera poczuła, jak lodowacieją jej dłonie. Było jej wstyd z wyprzedzeniem, jak przed akademią w szkole. Ale dyrygent już stał przy ścianie i podnosił rękę.

Tylko jeden kawałek powiedział. Żeby spróbować.

Zaczęli cicho, jakby sprawdzali wodę. Przejście podziemne przyjmowało głos miękko, zwracało go gęstszym. Ludzie przechodzili, czasem ktoś się uśmiechnął, czasem udawał, że nie słyszy. Jakaś dziewczynka zatrzymała się i pociągnęła mamę za rękaw.

Mamo, patrz, babcie śpiewają!

Mama chciała ją odciągnąć, ale potem samej się zmiękła twarz.

Nie wszyscy jednak reagowali ciepło. Mężczyzna z reklamówką zagadał na głos:

Co to ma być? Tu się chodzi, a nie koncertuje!

Nie blokujemy przejścia spokojnie odpowiedział Sergiusz.

Mam to gdzieś! Śpiewajcie sobie w domu!

Wiera poczuła drżenie podbródka. Śpiewała dalej, ale głos jej stawał się cieńszy. Wzrok miała wbity w kafle pod nogami i myślała: Jeśli teraz się zatrzymam, już nie zacznę. Trzymała się wspólnego dźwięku jak poręczy.

Po piosence ktoś klaskał. Najpierw jeden, potem kolejni. Nie jak na scenie raczej podziękowanie za chwilę, w której w przejściu robiło się mniej pośpiechu.

No widzicie Nina aż jaśniała w głosie.

Widzimy odpowiedziała Walentyna, chociaż bez uśmiechu.

Tydzień później już wiedzieli, gdzie mogą stanąć, by nie blokować ruchu, i kiedy jest najmniej ludzi. Przetestowali park, gdzie rano spacerowały matki z wózkami i seniorzy z kijkami. Próbowali hallu przychodni, czekając na numerek. Tam było najtrudniej: ludzie byli nerwowi, kaszleli, ktoś pokrzykiwał, że długo czeka. Ale kiedy zaśpiewali cicho króciutką piosenkę, kobieta z bandażem na ręce powiedziała:

Dziękuję. Przynajmniej na chwilę przestałam się martwić o wyniki badań.

Wiera zapamiętała to jak drobne zwycięstwo.

Sergiusz nazywał to śpiewaj tam, gdzie stoisz. Nie robił z tego hasła tak po prostu tłumaczył, dlaczego znów spotykają się przy przystanku albo na skwerze.

Nie tylko dla siebie to robimy powiedział kiedyś po próbie w parku. Siedzieli na ławce, Wiera miała w ręku butelkę wody, ale nie mogła odkręcić zakrętki. Pomógł jej Sergiusz tak zwyczajnie, że aż łzy jej stanęły w oczach.

To dla kogo? spytała Walentyna.

Dla miasta żeby pamiętało, że ma głos odparł. I żebyśmy my pamiętali.

Słowa zwykłe, a Wiera poczuła, że trafiają w samo sedno. Przypomniała sobie, jak po śmierci męża długo nie mogła rozmawiać przez telefon, jakby głos stracił użytek. W chórze znów był potrzebny nie tylko jej.

Konflikt pojawił się tam, gdzie się nie spodziewali. W galerii handlowej, w małej kawiarni na piętrze. Sergiusz dogadał się z właścicielem: Śpiewajcie, ludziom się spodoba. Przesunęli stoliki, ustawili krzesła w półkole. Wiera powiesiła płaszcz na oparciu, teczkę ułożyła na kolanach.

Pierwsze dwa utwory poszły dobrze. Kilku ludzi nagrało na telefon, ktoś się uśmiechał. Wiera poczuła się jak znów w sali. I wtedy podszedł ochroniarz.

Kto pozwolił? spytał służbowo.

Właściciel odparł Sergiusz. Uzgodnione.

Mamy regulamin ochroniarz rozejrzał się, szukając poparcia. Bez zgody administracji nie wolno. Ludzie się skarżą, że głośno.

Cicho śpiewamy powiedziała Nina.

Cicho czy nie, ja muszę przerwać westchnął ochroniarz.

Wiera zauważyła, że Walentyna pobladła. Zebrała nuty.

A nie mówiłam? szepnęła. Wstyd.

Nie trzeba Wiera zaskoczyła samą siebie, że odezwała się do Walentyny. Przecież zrobiliśmy coś dobrego.

Przeszkadzamy Walentyna nie patrzyła nikomu w oczy. Nie chcę, żeby na mnie patrzono jak na kogoś nie na miejscu.

Sergiusz tkwił pomiędzy nim a chórem między dwoma murami.

Może tak: zaśpiewamy jedną i kończymy, bez kłótni?

Nie można ochroniarz pokręcił głową. Teraz.

Wyszedł właściciel kawiarni, rozłożony ręce.

Panowie, przecież

Dostanie pan karę mruknął ochroniarz. Lepiej nie.

Wiera poczuła jak wraca jej dawny suchy gniew, ale razem z nim przyszło coś jeszcze: zmęczenie. Miała dość udowadniania, że ma prawo oddychać i brzmieć.

Zebrali rzeczy w milczeniu. Teczki szeleściły, krzesła zgrzytały. Wiera założyła płaszcz, dopięła guziki, by mieć zajęte ręce. Przy wyjściu usłyszała, jak ktoś ze stolika rzuca: Szkoda, było miło. Jakoś to szkoda ją ogrzało.

Na dworze Walentyna powiedziała:

Ja już nie przyjdę. Przepraszam.

Nina od razu ostro:

Oczywiście, jak tylko trudniej, odpuszczasz.

Nie teraz, Nina powstrzymał ją Sergiusz.

Wiera patrzyła, jak Walentyna idzie ku przystankowi, mała, skulona. Chciała dogonić, ale nogi stanęły. Każdy miał swój próg.

Wieczorem długo siedziała w kuchni. Herbata przestygła, nie zauważyła nawet. W głowie dźwięczało jej: Gdzie miejsce. Zrozumiała, że cały ten czas nie chodziło o salę, tylko o dawny spokój. Może trzeba czegoś innego: sposobu, by być razem, nawet jeśli inni nie chcą.

Następnego dnia zadzwonił Sergiusz.

Wiero odezwał się możesz podejść do biblioteki? Nie tej starej, do dziecięcej, obok rynku. Nowa kierowniczka. Gadaliśmy ale potrzeba kogoś z was, by wyjaśnić, że nie będziemy przeszkadzać.

Wiera poszła. W dziecięcej bibliotece było jaśniej, ściany ozdobione rysunkami, pod oknem stało stare, ale zadbane pianino. Kierowniczka słuchała uważnie.

Wieczorami pusto powiedziała. Dzieci wychodzą, zajęć nie ma. Warunek śpiewacie cicho, raz w miesiącu otwarte spotkanie. Bez sceny, ludzie mogą przyjść posłuchać.

Zgoda odpowiedziała Wiera, czując, jak coś w niej się rozprostowuje.

I jeszcze moja mama jest w waszym wieku. Ciągle mówi, że nie ma gdzie pójść. Zapraszam ją do was.

Wychodząc, Wiera złapała się na tym, że idzie wolniej i pierwszy raz od dawna nie chce uciekać.

Sergiusz zebrał chór w parku, żeby ogłosić wiadomość. Przyszli niemal wszyscy, poza Walentyną. Nina słuchała, zacięta, jakby bała się cieszyć.

To nie sala domu kultury powiedział. Ale to miejsce. Raz w miesiącu spotkanie z publicznością, poza tym próby.

A jak znowu nas wyrzucą? ktoś zapytał.

To będziemy szukać dalej odparł. Już wiemy, że potrafimy.

Wiera zapytała:

A Walentyna?

Sergiusz westchnął.

Zadzwonię. Ale lepiej, jak wy też.

Wiera zadzwoniła wieczorem. Walentyna milczała długo, w końcu powiedziała:

Nie chcę, żeby na mnie patrzyli jak na

Jak na żywą osobę? spytała cicho Wiera. To niech patrzą. Nie żebrzemy, śpiewamy.

Słyszała tylko jej oddech.

Pomyślę odezwała się Walentyna.

Pierwsza próba w dziecięcej bibliotece była nieśmiała. Pianino trochę rozstrojone, ale Sergiusz twierdził, że to ćwiczy słuch. Wiera usiadła przy oknie, teczkę ułożyła na kolanach. Widziała, jak ktoś zagląda do korytarza, dzieci ciągną rodziców za rękaw, starsza pani w chuście stoi w drzwiach, niezdecydowana.

Proszę, niech pani wejdzie przekazywała spojrzenie, i kobieta w końcu usiadła na skraju krzesła.

Otwarte spotkanie wyznaczono na sobotę. Nie reklamowali szeroko, tylko kartkę na drzwiach i ogłoszenie w grupie osiedlowej: Chór 55+ śpiewa w bibliotece. Zapraszamy. Wiera bała się, że nikt nie przyjdzie wtedy będzie wstyd najbardziej. Ale w sobotę w korytarzu zrobił się tłok. Przyszli znajomi, dzieci z rodzicami, nawet bibliotekarz z tamtej biblioteki, który prosił kiedyś o ciszę. Przyszedł chłopak z przejścia z gitarą, stał w drzwiach uśmiechnięty.

Nie urządzali koncertu. Sergiusz powiedział:

Zaśpiewamy, co potrafimy. Jeśli ktoś chce może dołączyć.

Wiera zobaczyła Walentynę przy ścianie, w płaszczu, gotową uciec. Podeszła, chwyciła za rękaw.

Proszę zdjąć płaszcz mówi szeptem. Jest ciepło.

Posłucham.

Posłuchasz od środka wręczyła jej partie chóralne. Tu twoja.

Walentyna patrzyła na nuty jak na most, przez który trudno przejść. W końcu zdjęła płaszcz i usiadła obok.

Gdy zaczęli, Wiera poczuła, jak nawet mała sala staje się ich miejscem nie dlatego, że ktoś pozwolił, ale bo wnieśli tu własny rytm oddechu. Ludzie słuchali tuż przy nich. Ktoś szeptał słowa pod nosem, ktoś z zamkniętymi oczami słuchał melodii. Raz chór się rozjechał, pianino nie trafiło w ton, a Sergiusz tylko się uśmiechnął. Wiera zrozumiała, że nie potrzebuje już idealnego brzmienia, by poczuć się na swoim miejscu.

Po ostatniej piosence nie było brawo, tylko kilka osób podeszło i powiedziało dziękuję. Dziesięcioletni chłopiec spytał:

Mogę do was?

Nina się roześmiała.

Jeszcze musisz poczekać rzuciła łagodniej niż zwykle. Przyjdź posłuchać.

Kierowniczka podeszła do Sergiusza.

Róbmy tak: w środy i piątki po osiemnastej sala jest wasza. W maju mamy święto podwórka wtedy możecie wyjść i zaśpiewać na dworze. Nie na scenie tak po prostu, pod drzwiami.

Sergiusz skinął głową, usta mu zadrżały, odwrócił się niby po nuty.

Gdy wszyscy wychodzili, zbierali krzesła. Wiera pozamykała swoją teczkę, upewniła się, że ma wszystkie kartki. Walentyna podeszła.

Ja zaczęła i ucichła.

Przyszła pani odpowiedziała Wiera.

Przyszłam odparła Walentyna i uśmiechnęła się ostrożnie, jakby próbowała nowego wyrazu twarzy. I wie pani co? Nie jest mi wstyd.

Wiera skinęła głową. Wyszła na miasto: samochody, ludzie, witryny, pośpiech. Ale w środku miała coś innego. Nie głośno, nie na pokaz, jak pewność, że jeśli masz głos i są obok ci, z którymi oddychasz jednako, to miejsce się znajdzie nawet jeśli co dzień trzeba je tworzyć od nowa, z powietrza.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwanaście − 11 =

Gdzie rozbrzmiewa muzyka