Gdyby tylko wiedzieć, co się stanie…
Autobus podskakiwał na wybojach. Kierowca klął, omijając kałuże, czasem nawet wyjeżdżając na przeciwny pas. Ludzi w środku było niewielu – pracujący dzień przecież.
Kazimierz patrzył przez okno na osiadły, zszarzały śnieg. Jeszcze trochę i zniknie całkiem, a lato tuż-tuż. Na kolejnym wyboju autobus znów podskoczył, a kierowca znów sięgnął po soczyste przekleństwo.
— Tak i bez kół można zostać.
Wreszcie w oddali pojawił się płot cmentarza, za którym majaczyły rzędy nagrobków.
Za każdym razem, gdy tu przyjeżdżał, Kazimierz czuł ciężką, nieuniknioną beznadziejność i ulotność życia. Myśleć, że i on kiedyś tu spocznie, nie chciało mu się. Przyjeżdżał nie z potrzeby serca, ale z obowiązku. Tak wypada – odwiedzać groby bliskich w odpowiednie dni. Zawstydził się własnych myśli i głośno westchnął.
Autobus zatrzymał się przed bramą. Drzwi z hukiem się otwarły, a pasażerowie zaczęli wysiadać, rozprostowując nogi. Ludzie od razu skierowali się ku stoiskom z sztucznymi kwiatami ustawionym wzdłuż ogrodzenia. Kazimierz też powiódł wzrokiem, szukając żywych. Od jaskrawych, woskowanych płatKwiaty znalazł w końcu u starszej kobiety, która stała na końcu rzędu z wiadrem czerwonych goździków.



