Gdyby tylko wiedział, co nas czeka…

Gdybym tylko wiedział, że tak się potoczy…

Autobus podskakiwał na wybojach. Kierowca klął, omijając kałuże, czasem nawet wyjeżdżał na przeciwny pas. Ludzi w autobusie było niewielu, w końcu dzień roboczy.

Krzysztof patrzył przez okno na szary, osiadły śnieg. Jeszcze jeszcze trochę i stopnieje całkiem, a lato będzie tuż za rogiem. Na kolejnej dziurze autobus znów podskoczył, a kierowca splunął przekleństwem.

— Tak to można i kół pozbawić.

W końcu przed nimi pojawił się płot cmentarza, za którym ciemniały rzędy nagrobków.

Za każdym razem, gdy tu przyjechał, Krzysztofa ogarniało ciężkie uczucie nieuchronności i ulotności życia. Nie chciało mu się myśleć, że kiedyś i on spocznie w takim miejscu. Przyjeżdżał tu nie z potrzeby serca, ale z obowiązku. Tak wypada – odwiedzać groby bliskich w odpowiednie dni. Zawstydził się własnych myśli i głośno westchnął.

Autobus zatrzymał się przed bramą. Drzwi otwarły się z trzaskiem, a pasażerowie zaczęli wysiadać, rozprostowując nogi. Ludzie od razu skierowali się ku straganom z plastikowymi kwiatami ustawionym wzdłuż ogrodzenia. Krzysztof też powoli przeszedł obok, wypatrując żywych kwiatów. Od jaskrawych, woskowanych płatków aż oczy bolały. Na końcu zauważył kobietę, przed którą stało wiadro z czerwonymi goździkami.

Kupił cztery i wszedł na cmentarz. Ścieżki tonęły w błocie. Omijał kałuże, ale nawet pod rozmiękłym śniegiem woda chlupała pod butami. Pożałował, że nie włożył nowszych butów.

Dotarł prawie do skraju lasu i skręcił w lewo. Grób żony znalazł od razu po krzyżu. „Trzeba zamienić go na nagrobek. Albo poczekać? Syn może później ogarnie od razu dla nas obojga?” Wokół już nie było tymczasowych krzyży. Rozejrzał się po rozciągającym się przed nim mieście umarłych. Mnóstwo nowych grobów pojawiło się od jego ostatniej wizyty jesienią.

Przestąpił niskie ogrodzenie i stanął w śniegu, udeptując go stopni. I tak przemókł.

— Cześć, Danuto.

Z wyblakłej fotografii w ramce przytwierdzonej do krzyża uśmiechała się do niego żona. Lubił to zdjęcie. Zapamiętał ją właśnie taką, choć na fotografii miała zaledwie trzydzieści sześć lat.

Przypomniał sobie tamte urodziny. Rano wybiegł po kwiaty, a gdy wrócił, Danuta już wstała, ubrana w nową sukienkę. Podarował jej wtedy złote kolczyki. Natychmiast je założyła i uśmiechnęła się radośnie. Zdążył nawet zrobić zdjęcie. Jakby to było wczoraj…

— Wszystkiego najlepszego. Dziń skończyłabyś pięćdziesiąt sześć lat. — Krzysztof zastanawiał się, gdzie wetknąć goździki.

Cały grób był zasypany sztucznymi kwiatami wbitymi w ziemię. One nie blakły, nie niszczały, jakby ktoś przyniósł je wczoraj.

Krzysztof pochylił się, wyrwał zmarzniętą gałązkę żółtych kwiatów przed samym krzyżem i wetknął ją w śnieg u stóp grobu. Na jej miejsce położył goździki. Ziemia była zmarznięta, łodygi zbyt wiotkie, by się przebić. Śnieg i tak wkrótce stopnieje, a kwiaty opadną. Wyglądały skromnie na tle jaskrawych plastikowych bukietów. Ale przynajmniej były prawdziwe.

— Tęsknię. Ale nie mogę tu często przychodzić. Wybacz i nie gniewaj się. To ja powinienem tu leżeć, nie ty. A życie potoczyło się, jak się potoczyło…

Mówił długo, opowiadał o nowościach, patrząc na zdjęcie, aż nogi całkiem zdrętwiały. Ciszę co chwilę przerywało krakanie wron. I od tego robiło się jeszcze smutniej.

— Idę już, Danusiu. Włożyłem stare buty i przemoczyłem nogi. A nawet nie ma mnie kto zbesztać. Pojawię się po Wielkanocy, gdy będzie sucho. Wtedy uporządkuję grób, przyniosę nowe zdjęcie – takie samo. Jesteś tu zbyt piękna. Wybacz mi wszystko. — Westchnął, przestąpił ogrodzenie i nie oglądając się, ruszył w stronę wyjścia.

Na przystanku czekało już kilka osób. Gdy w końcu wsiedli do autobusu, prawie nie czuł palców u nóg.

Ledwo dotarł do domu. Natychmiast zdjął mokre buty i skarpety, nastawił czajnik, a gdy się zagotował, wypił dwie kawy z miodem. Włożył suche wełniane skarpety, włączył telewizor i położył się na kanapie. Leciał jakiś film. Od gorącego napoju zrobiło mu się sennie…

***

Anka trafiła na ich budowę po technikum. Młoda, błysk w oku, piegi na nosie, a uśmiech jak wiosenne słońce przebijające się przez chmury. Krzysztof nie mógł oderwać od niej wzroku. Miał żonę, syna w trzeciej klasie, a tu… Dziewczyna ciągle wpadała mu w oczy. I co miał zrobić? Udawać, że jej nie widzi?

Pewnego dnia, niedługo przed świętami, spotkali się na przystanku. Anka otulała się kołnierzem płaszcza. W dużych oczach odbijały się światła latarni. Krzysztof zerkał na nią ukradkiem. Gdy podjechał autobus, przepchnął się za nią i usiadł obok.

— Cześć, Anka. Do domu? — spytał, by zacząć rozmowę.

— Tak. A ty?

— Ja też. — Krzysztof zamilkł na chwilę. — Choinkę już macie?

— Nie. Tata zawsze kupował żywą. Leżała na balkonie. A 30 grudnia stroiliśmy ją razem. I ten zapach w mieszkaniu! Od razu robiło się świątecznie.

— Ale dziś jest 30 grudnia. Masz żywą choinkę na balkonie? — zapytał.

Anka zaśmiała się dźwięcznie. Krzysztof się rozmarzył.

— Rodzice daleko, a ja mam sztuczną. Teraz wrócę, wyjmę z pudełka, postawię i ubiorę. Koniecznie zawieszę cukierki. Tak robiła mama. Potem wypiję herbatę i będę się w nią wpatrywać. — Znów się zaśmiała.

Krzysztof wyraźnie widział ten pokój, choinkę, zarumienioną Ankę sięgającą po bombkę… A w kuchni cicho bulgoczący czajnik…

— Mogę do ciebie wpaść? W gości? — wyrwało mu się niespodz— Nie, Danusiu, już nigdy nikogo nie pokocham — szepnął Krzysztof do ciemności, czując, jak samotność wsiąka w niego jak zimna woda w zmarzniętą ziemię.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jedenaście + trzy =

Gdyby tylko wiedział, co nas czeka…