Dzisiaj znów myślałam o tym, jak dziwnie potoczyły się nasze losy. Gdyby nie ty, Darek…
Zosia i ja przyjaźniłyśmy się od przedszkola. W podstawówce siedziałyśmy w jednej ławce, w liceum dzieliłyśmy sekrety. Zosia zawsze była piękna – wysoka, zgrabna, z gęstymi kasztanowymi włosami. Chłopacy lgnęli do niej jak muchy do miodu. Ja? Niska, niepozorna, zawsze w cieniu.
Po maturze Zosia poszła na kosmetyczkę, bo uważała, że studia to strata czasu. Ja wybrałam szkołę medyczną – marzyłam, by pomagać ludziom. Mimo różnic, byłyśmy nierozłączne. Codziennie dzwoniłyśmy, plotkowałyśmy godzinami. Zosia opowiadała o swoich podbojach, a ja słuchałam, czasem się śmiejąc, czasem pocieszając ją po kolejnym rozstaniu.
Aż pewnego dnia poznałam Darka.
Szedł na hulajnodze elektrycznej ulicą Waryńskiego. Deszcz właśnie przestał padać, chodnik był zalany kałużami. Nie zauważył mnie, zajęty rozmową przez telefon. W ostatniej chwili krzyknęłam i uskoczyłam na bok – prosto w błoto.
„Ale cymbały jeżdżą!” – warknęła starsza pani stojąca obok.
On zatrzymał się i spojrzał. Stałam pośrodku kałuży, z butami pełnymi wody.
„Przepraszam. Po co wtaplałaś się w tę kałużę? I tak bym cię ominął” – powiedział, podjeżdżając bliżej.
„Daj spokój” – burknęłam.
„Wsiadaj, podwiozę” – zaproponował.
Opuściłam wzrok, ale w końcu wskoczyłam. Przez całą drogę trzymałam się kurczowo kierownicy, a wiatr muskał mi twarz. Nagle pochylił się i szepnął mi do ucha:
„Która klatka?”
Gęsia skórka przeszła mi po plecach.
„Trzecia” – wydukałam.
Zatrzymaliśmy się pod samymi drzwiami.
„Darek” – przedstawił się.
„Agnieszka”.
„Przepraszam za ten bałagan… Może pójdziemy jutro do kina? Znajomi rozjechali się po wakacjach, a samemu jakoś smutno” – rzucił niespodziewnie.
„Dobra” – odparłam, choć serce waliło mi jak młot.
W domu mama od razu zauważyła mój szeroki uśmiech.
„Co się stało?” – spytała.
„Nic, wdepnęłam w kałużę” – skłamałam, zamykając się w łazience.
Następnego dnia czekałam przed blokiem. Już myślałam, że mnie wystawił, aż nagle usłyszałam za plecami:
„Cześć!”
Był. I znów jechaliśmy razem, a ja czułam, jak jego klatka dotyka moich pleców. Po seansie szliśmy pieszo, rozmawiając o wszystkim.
Nazajutrz Zosia dzwoniła, wypytując:
„Z kim byłaś wczoraj w kinie?”
„Z kimś” – bąknęłam, dumna, że wreszcie i ja mam kogoś.
Tego samego wieczoru spotkaliśmy się z Darkiem znowu – i wtedy wyszła nam naprzeciw Zosia. Patrzyła na niego tym swoim hipnotyzującym spojrzeniem, a on jak zahipnotyzowany. Kilka chwil później zostałam sama.
Zosia wyznała mi potem, że się zakochała. Nie umiałam się na nią długo gniewać. Po roku wzięli ślub, a ja zostałam przyjaciółką rodziny.
Ukończyłam medycynę, pracowałam w prywatnej klinice. Oni żyli szczęśliwie – aż do tamtej nocy.
Dzwonek o trzeciej nad ranem.
„AgTo był Darek, który przez łzy powiedział tylko: „Zosia nie żyje, a ja nie czuję nóg.”



