Gdy podeszłam do stołu, teściowa wymierzyła mi policzek: Gotowałam dla syna, a ty z dziećmi jedz gdzie chcesz!
Zosia zapięła kurtkę młodszej córce i sprawdziła, czy starszy syn ma dobrze zawiązane buty. Za oknem samochodu migały nagie drzewa, niebo zasnuły szare chmury, a droga wiodła coraz dalej od miasta. Kamil siedział za kierownicą i nucił melodię, wystukując palcami rytm muzyki płynącej z radia.
Mamo, a babcia ma huśtawkę? zapytał siedmioletni Miłosz, wiercąc się na tylnym siedzeniu.
Nie wiem, kochanie odparła Zosia. Pewnie tak. Babcia ma duży ogród.
A będziemy mogli się pobawić? odezwała się młodsza, czteroletnia Jagoda. Dziewczynka była zmęczona podróżą.
Oczywiście uspokoiła ją Zosia. Tylko najpierw przywitamy się z babcią i zjemy obiad.
Kamil spojrzał na żonę w lusterku wstecznym.
Zosiu, nie martw się tak powiedział. Mama się zmieniła. Mówiła, że tęskniła za wnukami. Będzie szczęśliwa, że was widzi.
Zosia skinęła głową, ale nie odpowiedziała. Słowa męża brzmiały pewnie, ale w środku wszystko się ściskało z niepokoju. Elżbieta Janicka nigdy nie była ciepłą, miękką kobietą. Teściowa trzymała się na dystans, rzucała uszczypliwe uwagi, a każde spotkanie z nią było dla Zosi próbą.
Ostatni raz cała rodzina odwiedzała Elżbietę dwa lata temu. Wtedy teściowa cały wieczór krytykowała, jak Zosia ubiera dzieci, jak gotuje, jak się zachowuje. Kamil milczał, a Zosia zaciskała zęby i znosiła. Od tamtej pory widywali się rzadko, głównie w neutralnych miejscach kawiarniach, parkach. Ale teraz Kamil nalegał na tę wizytę.
Mama jest sama, tęskni mówił. Dzieci podrosły, powinniśmy częściej ją odwiedzać. A dom ma ładny, przestronny. Odpoczniemy na wsi.
Zosia nie protestowała. Może Elżbieta naprawdę się zmieniła. Może z wiekiem zmiękła. Ludzie potrafią się zmieniać.
Samochód skręcił z szosy na polną drogę, minął kilka działek i zatrzymał się przy wysokim płocie. Za nim widać było parterowy dom z dużymi oknami i dachem pokrytym ciemną dachówką. W ogrodzie stały jabłonie, które już straciły liście, i stara altanka.
Kamil zgasił silnik, wysiadł i otworzył furtkę. Zosia pomogła dzieciom wyjść, wzięła Jagodę za rękę i poprowadziła do domu. Miłosz biegł przodem, ciągnąc za sobą plecak z zabawkami.
Drzwi domu otworzyły się, a na progu stanęła Elżbieta. Teściowa była wysoką, szczupłą kobietą z krótkimi siwymi włosami i ostrymi rysami twarzy. Usta układały się w uśmiech, ale oczy pozostawały zimne.
No to przyjechaliście powiedziała Elżbieta zamiast powitania. Mam nadzieję, że nie na długo? U mnie jest czysto, nie brudźcie.
Zosia zastygła w progu, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Kamil objął matkę za ramiona.
Mamo, jesteśmy na weekend powiedział. Chcieliśmy z tobą pobyć, wnuki tęskniły.
Elżbieta obrzuciła dzieci wzrokiem od stóp do głów.
Tęskniły, mówisz? przeciągnęła. No to wchodźcie, skoro już jesteście. Tylko buty zdejmujcie przy drzwiach. I od razu umyjcie ręce.
Zosia pomogła dzieciom zdjąć kurtki i buty, ustawiła je starannie przy wejściu. Miłosz i Jagoda przytulali się do matki, onieśmieleni obcym otoczeniem.
W domu pachniało jedzeniem czymś sytym, z cebulą i mięsem. Zapach był przyjemny, a Zosia poczuła głód. Śniadanie jedli dawno, w drodze tylko przegryzali ciasteczka.
Elżbieta przeszła do kuchni, nie oglądając się. Kamil wziął walizki i zaniósł je na górę. Zosia została z dziećmi w przedpokoju, niepewna, co dalej.
Mamo, chce mi się pić szepnęła Jagoda.
Zaraz, kochanie obiecała Zosia.
W kuchni wszystko lśniło czystością garnki na kuchence błyszczały, blaty lśniły, żadnego bałaganu. Elżbieta stała przy kuchence i mieszała coś w garnku.
Elżbieto, mogę dzieciom dać wody? zapytała Zosia.
Szklanki są w szafce odparła teściowa, nie odwracając się. Tylko uważaj, żeby nie stłuc.
Zosia nalała wody i podała dzieciom. Miłosz i Jagoda chciwie wypili. Pogłaskała córkę po głowie i wróciła do kuchni.
Może pomóc? zaproponowała.
Elżbieta zmierzyła synową wzrokiem.
Możesz pokroić warzywa pozwoliła. Tylko równo, nie byle jak. Nie lubię dużych kawałków.
Zosia wzięła nóż i deskę. Teściowa postawiła przed nią miskę z ogórkami i pomidorami. Kroiła starannie, drobno, próbując zadowolić.
Elżbieta co jakiś czas zerkała i marszczyła brwi.
Zawsze tak kroisz? zapytała. Nierówno wychodzi.
Przepraszam szepnęła Zosia. Postaram się lepiej.
No to się postaraj burknęła Elżbieta.
Kamil zszedł na dół, zajrzał do kuchni.
Mamo, pachnie przepysznie! powiedział. Co gotujesz?
Duszona wołowina odparła Elżbieta, a jej twarz zmiękła. Twoja ulubiona. Pamiętasz, jak prosiłeś o to w dzieciństwie?
Oczywiście! ucieszył się Kamil. Nikt tak nie gotuje jak ty!
Teściowa uśmiechnęła się z zadowoleniem.
Idź, odpocznij, synku. Zaraz będzie gotowe.
Kamil skinął głową i poszedł do salonu. Zosia wciąż kroiła warzywa. Ręce pracowały mechanicznie, myśli błądziły. Dlaczego mąż nie zaproponował pomocy? Dlaczego zostawił ją samą na pastwę teściowej?
Co się gapisz? warknęła Elżbieta. Rób szybciej, nie mamy całego dnia!
Zosia przyśpieszyła. Pokrojone warzywa włożyła do miski. Elżbieta zabrała ją, oceniła zawartość krytycznym wzrokiem i postawiła na stole.
Teraz poustawiaj talerze rozkazała.



