Gdy wrócił z pracy, kota nie było.
Patryk był typowym chłopakiem z Poznania, cichy, ułożony, bez nałogów i skłonności do szaleństw. W dniu swoich 25. urodzin rodzice podarowali mu klucze do dorosłości czyli pieniądze na wkład własny do kawalerki w bloku z wielkiej płyty. Potem już sam miał walczyć z bankiem, kredytem hipotecznym w złotówkach i tym całym dorosłym życiem. Pracował jako programista (a jakże!), w biurze typu open space, ale w duszy marzył tylko o ciszy i spokoju. Kontaktów z ludźmi unikał skuteczniej niż z ulicą podczas śniegu z deszczem.
Aby nie zwariować od tego samotnego życia, adoptował kota ze schroniska na obrzeżach Poznania. Kociak miał lekko pokrzywione przednie łapki, przez co był skazany na wieczną drugą kategorię. Sąsiedzi, co znali matkę kota, mówili, że to już najlepiej jednym ruchem rozwiązać sprawę, czyli humanitarnie. Patryk jednak nie był z kamienia zrobiło mu się żal futrzastego łobuza i przygarnął go pod swój skromny dach. Nazwał go Hipolit, bo jak stwierdził, każdy Hipolit zasługuje na dom. Chopaki żyli sobie razem: Patryk śpieszył się z roboty do Hipolita, a ten czekał na niego na wycieraczce, miaucząc jakby był już rodziną.
Po pewnym czasie Patryk zaczął spotykać się z koleżanką z pracy. Dziewczyna nazywała się Jagoda (podobno w dzieciństwie wróżyli jej, że będzie gwiazdą disco polo), była przebojowa, szybko okręciła Patryka wokół palca i już po trzech tygodniach wprowadziła się do jego kawalerki. Szybko się okazało, że Hipolit jest jej solą w oku i poprosiła, żeby go oddał komuś, kto się zna. Patryk nie zgodził się ani trochę tłumaczył cierpliwie, że Hipolit jest dla niego ważny, bo zawsze wraca, nie narzeka na polski klimat i nie je chipsów z kanapy.
Jagoda nie była typem, który łatwo z czegoś rezygnuje. Nie ustąpiła i raz po raz drążyła temat: No bo zobacz, wstyd kogoś zaprosić, bo kot taki… hm, nieestetyczny. Przecież nas wyśmieją! Patryk stał rozdarty jak obywatel na wyborach: serce po jednej stronie, lojalność po drugiej.
Rodzice Patryka nie pałali sympatią do Jagody. Uważali, że jest bezczelna, kręci nosem na wszystko, a z przytulania się do syna robi teatr. Radzili mu, żeby nie pędził w kierunku legalizacji związku, tylko spojrzał dwa razy.
Sytuacja osiągnęła punkt kulminacyjny, gdy rodzina Jagody wpadła na niedzielny obiad oczywiście barszcz z uszkami w wersji instant i karp z Lidla. Ojciec Jagody, zaraz po wejściu, spojrzał na Hipolita, wybuchnął śmiechem i rzucił: Dziwoląg! Na wsi by się śmiali! Patryk poczuł, że to już czerwona linia i zaczął bronić kota, jakby to był zabytkowy FSO Polonez. Przez cały wieczór Jagoda i jej ojciec wymyślali, gdzie by tu upchnąć kota, a matka zanosząc się śmiechem, podpowiadała, by może na wieś, do babci, tam psy już są. Atmosfera godna polskiego wesela, tylko zamiast tortu ironia.
Następnego dnia, kiedy Patryk wrócił z pracy, Hipolita nie było. Spytał Jagodę zaniepokojony, gdzie podział się kot. Jagoda odparła sucho, że oddała go do przychodni weterynaryjnej, po to, żeby się nim zajęli, bo tam mają serce. Patryk ruszył w miasto na poszukiwania jeździł tramwajem z Górczyna na Winograd, dzwonił do schronisk, pytał sąsiadów Po pięciu godzinach spotkał Hipolita w schronisku w Antoninku. Kot, gdy zobaczył swojego pana, zamruczał tak głośno, że aż usłyszeli go wolontariusze.
Wróciwszy do domu, Patryk spojrzał Jagodzie w oczy, kazał jej się spakować i wyprowadzić się z jego kawalerki. Powiedział, że nie chce jej więcej widzieć, bo nie zna rzeczy ważniejszych niż lojalność względem kota z krzywymi łapami.
Jagoda rano spakowała walizkę, cicho zatrzasnęła drzwi i wyszła z przekonaniem, że świat się pomylił, skoro kot jest ważniejszy od niej. Hipolit razem z Patrykiem cieszą się teraz spokojem, a Hipolit znowu czeka na Patryka na wycieraczce, mrucząc, jakby wszystkie sprawiedliwości świata były po jego stronie.



