Gdy los wyrywa cię z domu i rzuca w obce strony

Ach, dzieci moje posłuchajcie, opowiem wam, jak to bywa, kiedy życie wyrywa cię z rodzinnego domu i rzuca w obce ściany nie z dobrej woli, lecz z bezsilności.

Kiedyś też myślałem, że rodzina to opoka. Że mąż wesprze, że w domu będzie ciepło nie tylko od kaloryferów, ale i od serca. A wyszło no właśnie tak.

Mieszkała u nas Kinga, pracowita dziewczyna jak mrówka. I pracę ogarniała, i dom w czystości trzymała, i obiad gotowała, i rachunki płaciła. A jej mąż, Marek, leżał całymi dniami na kanapie, grał w swoje gry. Kiedyś pracował, ale potem stwierdził, że szef to tyran, zespół do niczego, i zwolnił się. Obiecał, że szybko znajdzie lepszą robotę, ale już siedem miesięcy to szybko ciągnie się jak listopadowa słota.

A do tego w ich domu była jeszcze jego matka, Wanda. O, język miała ostrzejszy niż żyletka. Cokolwiek Kinga ugotowała wszystko nie tak: owsianka za gęsta, śmietana za kwaśna, barszcz za słodki, kotlety za suche. I zawsze swojemu synkowi pobłażała: Ty, Marku, nie bierz byle jakiej roboty, przecież jesteś mądry, z wykształceniem!

A Kinga dźwigała wszystko na swoich barkach. I pieniądze zarabiała, i obiad gotowała, i po wszystkich zmywała. Nawet herbatę z ciastkiem nosiła do salonu, bo im było wygodniej siedzieć przed telewizorem niż wstać.

Ile razy błagała męża, żeby chociaż dorywczą pracę wziął on tylko odpowiadał: Nie będę się rozpraszał byle czym, szukam czegoś porządnego. A jego matka dodawała: Nie naciskaj na niego, i tak się martwi.

Myślicie, że ktoś ją usłyszał? Gdzie tam! Oni mieli swoją prawdę: skoro ona pracuje to im wystarcza. A że padała ze zmęczenia? To szczegóły.

Sam tak kiedyś żyłem Pamiętam, jak dźwigałem wszystko na sobie, a wdzięczności zero. Najpierw myślisz, że jeszcze trochę i się zmieni, potem że wytrzymasz dla rodziny. A w końcu rozumiesz: wytrzymujesz dla tych, którzy cię nawet nie doceniają.

Mówią, że sam jestem winny, że skończyłem w domu opieki. Może i tak. Bo nie odszedłem wcześniej, kiedy jeszcze miałem siły, nie powiedziałem dość. A znosiłem, aż padłem na twarz.

I Kinga w końcu spakowała walizkę i wyszła. Nie wiem dokąd, ale wiem dlaczego. Bo zmęczyła się byciem kucharką, sprzątaczką, kasjerką i jeszcze niedostateczną w oczach tych, dla których się poświęcała.

Tak to, dzieci moje Dbajcie o siebie. Bo jeśli wy sami o siebie nie zadbacie nikt tego za was nie zrobi.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć + jedenaście =

Gdy los wyrywa cię z domu i rzuca w obce strony