**Dziennik, wtorek**
Gdy Kasia płaciła za zakupy, Jarek odsunął się na bok. Kiedy zaczęła pakować torby, wyszedł ze sklepu. Gdy tylko znalazła się na chodniku, zobaczyła go, jak pali papierosa.
Jarek, weź torby, proszę powiedziała Kasia, podając mu dwie ciężkie siatki.
Spojrzał na nią, jakby kazała mu zrobić coś nielegalnego, i zapytał zdenerwowany:
A ty co?
Kasia zmieszała się. Co miałoby znaczyć a ty co? Przecież to oczywiste mężczyzna powinien pomóc. Dziwne, żeby kobieta dźwigała ciężary, podczas gdy on szedł z pustymi rękami.
Są bardzo ciężkie odpowiedziała.
No i? Jarek upierał się.
Widział, że zaczyna się złościć, ale na złość postanowił nie ulec. Ruszył przed siebie, pewny, że nie da rady go dogonić. *Brać torby? Co ja jestem, jakiś wielbłąd juczny? Albo służący? Jestem facetem! Sam decyduję, co robię. Niech sobie taszczy, przecież nie umrze!* myślał. Dzisiaj akurat miał ochotę upokorzyć żonę.
Jarek, gdzie idziesz? Zabierz torby! krzyknęła Kasia, ledwie powstrzymując łzy.
Wiedział, że są ciężkie sam napychał wózek. Do domu było niedaleko, zaledwie pięć minut piechotą, ale z takim obciążeniem droga wydawała się nie mieć końca.
Kasia szła, walcząc z płaczem. Miała nadzieję, że Jarek tylko żartuje i zaraz wróci, ale on oddalał się coraz bardziej. Chciała rzucić wszystko, lecz machinalnie ciągnęła torby dalej. Gdy dotarła pod blok, osunęła się na ławkę w przedsionku, wyczerpana. Chciała wyć ze złości i zmęczenia, ale wstydziła się płakać na ulicy. Ale czy miała to przełknąć? Nie. On nie tylko ją obraził, lecz celowo upokorzył. A przecież przed ślubem był taki troskliwy Wiedział, co robi.
Dzień dobry, Kasiu! Głos sąsiadki wyrwał ją z zamyślenia.
Dzień dobry, Pani Jadwigo odpowiedziała, wymuszając uśmiech.
Pani Jadwiga, z domu Nowak, mieszkała piętro niżej i była bliską przyjaciółką babci Kasi. Po jej śmierci pomagała dziewczynie we wszystkim. Innej rodziny prawie nie było matka mieszkała w innym mieście z nowym mężem i dziećmi, a ojciec dawno zniknął. Pani Jadwiga stała się jedyną bliską osobą.
Bez wahania Kasia postanowiła oddać jej zakupy. W końcu nie dźwigała ich na próżno. Emerytura Pani Jadwigi była niska, a Kasia lubiła ją rozpieszczać smakołyśmi.
Chodźmy, pomogę Pani zanieść powiedziała, znów chwytając ciężkie torby.
W kuchni sąsiadki wyłożyła wszystko, mówiąc, że to dla niej. Gdy Pani Jadwiga zobaczyła śledzie, pasztet, brzoskowe w syropie i inne przysmaki, na które nie mogła sobie pozwolić, wzruszyła się tak bardzo, że Kasia poczuła wyrzuty sumienia, że nie robi tego częściej. Pożegnały się czule, a Kasia poszła na górę.
W domu mąż wyłonił się z kuchni, przeżuwając kanapkę.
A gdzie torby? zapytał Jarek, jakby nic się nie stało.
Jakie torby? odpowiedziała zimno. Te, które miałeś mi pomóc nieść?
No weź, nie dramatyzuj! zaśmiał się nerwowo. Zła jesteś?
Nie odparła spokojnie. Tylko wyciągnęłam wnioski.
Jarek spięł się. Spodziewał się krzyków, awantury, łez Ta cisza była gorsza.
Jakie wnioski?
Nie mam męża westchnęła. Myślałam, że wyszłam za mąż, a okazało się, że za dupka.
Nie rozumiem udawał obrażonego.
Co tu rozumieć? spojrzała mu prosto w oczy. Chcę mężczyzny, a ty, widzę, chcesz kobiety, która będzie mężczyzną. Przerwa. Więc potrzebujesz raczej męża.
Twarz Jarka poczerwieniała ze złości, zacisnął pięści. Ale Kasia już tego nie widziała była w sypialni, pakując jego rzeczy.
Jarek dość długo się opierał. Nie chciał wyjść. Nie rozumiał, jak taki drobiazg mógł zniszczyć małżeństwo.
Przecież było dobrze! Co złego, że sama niosłaś torby? protestował, gdy wrzucała mu ubrania do walizki.
Mam nadzieję, że sam ją poniesiesz odparła, ignorując jego słowa.
Wiedziała, że to dopiero pierwsze ostrzeżenie. Gdyby puściła płazem ten brak szacunku, upokorzenia tylko by przybywało. Dlatego zamknęła mu drzwi przed nosem, kończąc sprawę.



